Pęknięcie w katalogu
Deszcz bił o okna Biblioteki Miejskiej przy Foksal tak równo, jakby ktoś po drugiej stronie szkła przesuwał po nim gęsty grzebień. Była noc, godzina, o której zwykle zostają tylko czytniki, ich zielone diody i pan Roman z portierni, człowiek o stu kluczach i jednym, nieco za dużym płaszczu. Lena skręciła kubek z herbatą do końca, aż zakliknęło wieczko. Znała ten budynek lepiej niż niektóre mieszkania, w których mieszkała — pęknięcia w tynku, duszny zapach kartonu, oddech rur, które raz grzały bez pamięci, a raz milczały jak obrażone.
„Jeszcze tylko to” — powiedziała do siebie półgłosem, przyciskając do piersi teczkę z fiszkami. W dziale map zaszła pomyłka: zaginęła kartka prowadząca do planów miasta, które istniało niecałe siedem lat i rozmyło się na skraju ubiegłego wieku, jakby ktoś je wymazał gumką. W dzienniku zmian z dzisiejszego dnia — jej charakter pisma, jej podpis, a jednak pamięć nie miała zdjęcia tej chwili. Pomyślała o zmęczeniu i o tym, że może znów zacznie mówić do kotła w kuchni, jak robiła to babka Halina, mrucząc do pary opowieści o drzwiach, które pojawiają się tylko podczas burzy.
Pan Roman wychylił głowę z portierni, poprawiając czapkę. — Znowu na dół, panno Leno?
— Na chwilę. Jak coś, proszę krzyczeć — odpłaciła uśmiechem, jak zawsze nieco krzywym. Znała jego zwyczaj zgrywania strażnika z filmu, gdy zostawała do późna. Tyle że dziś jego radio, zazwyczaj zbyt głośne, szeptało ledwie słyszalnie, jakby bało się zakłócić rytm deszczu.
Winda z kratą westchnęła i ruszyła w dół, do magazynów. Kiedy drzwi rozsuwane zabrzęczały i stanęły, uderzył ją chłód piwnicy, zapach starego kleju, ebonitu i czegoś jeszcze, słodkiego, zupełnie nie na miejscu. Bez. Zatrzymała się na moment, nasłuchując. Skąd w listopadzie wziął się bzowy zapach? Przypomniała sobie ogród babki Haliny, gałęzie ciężkie od pąków, wiosenne wieczory, kiedy dźwięk tłuczonych naczyń w sąsiedztwie mieszał się z piosenką z radia.
Przez chwilę miała wrażenie, że słyszy tamto radio — ten sam stary sopran — ale to był tylko wiatr, który zdołał znaleźć drogę do kratki wentylacyjnej. Uśmiechnęła się do własnych nerwów i skręciła w alejkę z katalogami. Setki drobnych szuflad, mosiężne uchwyty, papierowe etykiety — alfabet, alfabety w alfabecie. Palec prześlizgiwał się po „A”, „At”, „Atlas—Azalia”. Kiedy pociągnęła szufladkę oznaczoną 17-K, drgnęła. Była cięższa niż wszystkie pozostałe, jakby w środku ktoś zaszył kamień.
Wysunęła ją ostrożnie i stanęła z cienką kasetką w dłoniach. W środku — porządek, rząd kart równy jak grzebień, ale między „Atlas drogowy województwa...” i „Atlas ziół — wydanie…” tkwiła karta, jakiej nie widziała w żadnym spisie. Papier lekko popękany na brzegach, ink nasycony, jakby świeży: „Atlas Dróg, które Pomyślały”. Sygnatura udawana, niby z ich systemu, ale liternictwo inne, staranniejsze, z drobną gwiazdą o ośmiu ramionach przy numerze. Gwiazdę pamiętała z haftów Haliny — pojawiała się na ściereczkach, obrusach, brzegach poduszek, w kątach oczu babki, kiedy przymykała powieki, snując opowieści.
— Dziwne — mruknęła, choć dźwięk zniknął w grubej ciszy magazynów. Sięgnęła w głąb szuflady i poczuła, że palce dotykają czegoś chłodnego. Nie kartonu. Drewno? Odsunęła garść fiszek i sięgnęła jeszcze dalej. Źródło chłodu było za plecami katalogu, tam, gdzie powinna być ściana. Położyła szufladkę na regale i chwyciła oburącz front, żeby wyciągnąć całość. Nigdy tego nie robiła; katalogi bywały narowiste, ale poddał się z zaskakującą łatwością, jakby ktoś smarował prowadnice świeżym olejem.
Za rzędem drewnianych szuflad nie było tynku ani cegły. W miejscu, gdzie spodziewała się tylnej ściany, widniało pęknięcie szerokie jak drzwi, od góry do dołu, wypełnione światłem bez źródła. Powietrze, które od niego płynęło, pachniało wyraźniej bzem, ale i czymś jeszcze: kurzem ogrzanych słońcem stron i metalem rozgrzanego zębatkami zegarka. Lena poczuła, jak skóra na ramionach pokrywa się drobną gęsią skórką. Za pęknięciem nie było zwyczajnego pomieszczenia. Widziała wąski korytarz, tapetowany kartkami, fiszkami, pergaminami, różnymi formatami papieru, nakładającymi się jak dachówki. Drgały delikatnie, jakby oddychały. A kiedy zrobiła krok w bok, wszystko poruszyło się w odpowiedzi, szmer przeszedł po stronie papieru, miejski odpowiednik leśnego liścia, który ociera się o drugi liść.
Zerknęła odruchowo za siebie. Nikt nie szedł alejką. Żarówki jarzeniówek na suficie zamigotały, jedna, ta przy drzwiach do wind, zamrugała i zgasła, zostawiając odległy kąt w nieprzyjemnym półmroku. „Nie panikuj” — chciała powiedzieć na głos, ale zamiast tego przełknęła ślinę. Korytarz za katalogiem wydawał się nie mieć cienia: światło było wszędzie i nigdzie, jak w chłodnym dniu, kiedy chmury są cienkie, a jednak nie widać słońca.
Sięgnęła po kartę „Atlas Dróg, które Pomyślały”. Papier był ciepły. Litery lekko drgnęły, tylko tyle, jakby to jej palce zadrżały. Gdy podniosła ją bliżej twarzy, zauważyła, że gwiazda przy numerze nie jest rysunkiem. To była cienka, metalowa płytka, wciśnięta w papier, chłodna na języku powietrza. Dotknęła jej. Przez skórę przeszła fala, coś pomiędzy dźwiękiem a obrazem: huk pociągu i pejzaż, który cofa się szybciej, niż powinna go pamiętać. Płyteczka rozgrzała się pod opuszkiem do temperatury mleka prosto z garnka. Korytarz za przejściem pojaśniał.
Z lewej półki zeskoczył Profesor, biblioteczny kot, stalowoszary, z białym plamkami na łapach. Zwykle ignorował wszystko poza własnym snem, ale teraz stanął przed pęknięciem i uniósł łeb, wciągając powietrze, jakby właśnie natknął się na zapach starego domu. Spojrzał na Lenę, na przejście i bez namysłu wsunął się między listwy katalogu. Zniknął po trzech krokach. Jego pazury raz zadzwoniły o metal i raz o szkło, a potem — cisza. Z drugiej strony coś poruszyło kartkami, jakby poprawiło koci grzbiet.
— Profesor? — zawołała Lena, i to „o” było w jej własnych uszach dłuższe, niż powinno. Odpowiedziało jej coś pomiędzy westchnieniem a ziewnięciem, ale nie w powietrzu biblioteki, lecz z wnętrza. Głos, albo nie-głos, który właził w myśli bez pytania.
Przesunęła katalogowy front na bok, tworząc szeroki jak jej barki przesmyk. Poczuła, że musi zostawić sobie ślad. Wyciągnęła z kieszeni pasmę czerwonej tasiemki, którą związywała kiedyś rulony planów, i przywiązała drugi koniec do mosiężnego uchwytu 17-K. Pociągnęła, sprawdziła węzeł. Trzymał. Wszystko w jej ruchach było nagle chirurgicznie precyzyjne, jakby ktoś inny sterował dłońmi. Oddech zwolnił, a słowa babki przyszły przez lata bez wysiłku: „Nigdy nie kłóć się z drogą, która cię woła. Sprawdź tylko, czy masz czym wrócić”.
Wsunęła stopę w czarnym półbucie na próg. Pod podeszwą nie było betonu. Coś sprężystego, miękko twardego, jak chodzenie po grubej książce rozłożonej na płasko, ale żywej. Kartki w korytarzu nadymały się i opadały jak płuco. Drugi krok położyła ostrożniej; w świetle zobaczyła na czymś, co przypominało listwę, drobne ślady — cztery okrągłe znaczenia i jeden wydłużony, jak po kociej łapie. Wzór powtarzał się dalej, w głąb, aż znikał w rozedrganym powietrzu.
— Leno — usłyszała.
Nie to, że ktoś zawołał z biblioteki. Nie to, że echo odbiło się od rur. Głos przyszedł z wnętrza korytarza, miękki, podszyty śmiechem, z którym znała sen od dziecka. Gdyby miała wątpliwości, rozpadłyby się na dźwięk tej samogłoski, którą babka wypowiadała zawsze trochę dłużej, kiedy kładła jej rękę na głowie i mówiła: „Idź po dzbanek”. Tyle że babka Halina nie żyła od trzech lat.
Światło w magazynie przygasło, jakby ktoś przyłożył do niego dłoń przez byle materiał. Z sufitu, wciąż daleko, kapała woda — dwa, trzy, dwa, trzy — lecz krople nie uderzały w posadzkę, tylko wisiały chwilę w pół, jak zastanowione. Tasiemka, którą przywiązała, naprężyła się, jakby ktoś od środka pociągnął ją lekko, po przyjacielsku, zachęcając.
Lena objęła wzrokiem przejście raz jeszcze. Każdy szczegół biblioteki był na swoim miejscu, nawet mała rysa na trzeciej od góry listwie, którą zrobiła kiedyś, uderzając o nią kartonem. W torbie poczuła ciężar teczki, w kieszeni klucze. Wszystko, co było nią, było obwieszone tymi przedmiotami. Tylko zapach bzu przeszedł przez barierę, jak dłoń przez wodę.
— Leno — powtórzyło wnętrze. Tym razem dźwięk miał coś jeszcze. Oddech, który jakby znał jej własny. Bardziej prośba niż rozkaz. Bardziej obietnica niż pytanie.
Pod palcami, wciąż opartymi o metalową gwiazdę, poczuła lekkie pulsowanie. Coś miękkiego zachichotało w głębi, szmer przeszedł po fiszkach, wzdłuż i wszerz, przypominając morską falę. Z odległego końca korytarza zamajaczył cień. Nie był człowiekiem. Nie był kotem. Był ruchem, który miał zamiar stać się kimś, albo czymś. Cienie nie rzucają blasku, a ten, o ironio, miał na krawędziach wąski, mleczny połysk.
Lena wzięła oddech i uniosła stopę, żeby postawić ją głębiej, za próg. W tej samej chwili wszystkie kartki, jak na ciche polecenie, uniosły się lekko i okręciły o włos, zwracając do niej białe pola, puste jak świeży śnieg. A potem, z miejsca gdzie cień zwężał się w punkt, coś zrobiło krok, i to coś…
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?