Osiem zero osiem
W październikowy czwartek Liceum nr 3 pachniało mokrą wełną i kredą. Korytarz na drugim piętrze był tak długi, że echo dzwonków potrzebowało kilku sekund, by wybrzmieć w wysokim sklepieniu. Na ścianach wisiały zdjęcia dawnych klas — uśmiechy sprzed lat, jednolite mundurki, krzywe frędzle na dyplomach. Przechadzając się tamtędy między siódmą a ósmą lekcją, myślałam o tym, że za kilka miesięcy będę jedną z takich twarzy. Trochę to koiło, a trochę wbijało w żołądek zimny gwóźdź.
Trzymałam aparat w rękach jak talizman. Mój projekt na ostatni rok nazywał się roboczo „Szkoła, która patrzy”. Fotografowałam rzeczy, których nikt nie fotografuje: zarysowania na poręczach, wypłowiałe planery lekcji, cieniuutkie pęknięcia w szybie sali 102. W sali 204 — tej, której teoretycznie nie wolno było używać po remoncie — zegar na ścianie niby stał, a jednak wskazówki co jakiś czas drgały, jakby miały tik nerwowy. Zdążyłam kiedyś zrobić temu kilka zdjęć przez przeszklone okienko w drzwiach.
— Znowu polujesz na kurz? — Michał pojawił się obok mnie bezszelestnie. Zawsze tak robił. Przez to, że prawie nie chodził, tylko sunął, bo w myślach pewnie przekształcał wzory. Jego plecak był cięższy od niego; w środku dzwoniły śrubki od jakiegoś samoróbkowego wahadła.
— Kurz też ma historię — mruknęłam, zgrywając zdjęcia na telefon, by je szybko obejrzeć.
— Brzmi jak opis na twojego Instagrama, gdyby nie to, że i tak wrzucasz tylko czarno-białe rzeczy — wtrąciła Nika, opierając się o kaloryfer. Jej słuchawki zwisały z kołnierza bluzy; między słowami słychać było cichutki podkład muzyczny. Nika prowadziła szkolny podcast — zbyt szczery, żeby nie denerwować nauczycieli, i zbyt dobry, by mogli go zbanować. — Dziś nagrywamy o stresie przed maturą. Masz pięć minut po chemii?
— Mam dziesięć — odparłam. — Ale przyjdźcie ze mną do 204. Wydaje mi się, że coś się tam… no, zmienia.
Zawahałam się na tym słowie, starając się nie brzmieć zbyt patetycznie. Nie chciałam, żeby brzmiało, jakbym szukała taniej sensacji. Jednak gdy powiększyłam jedną z fotografii na ekranie, zimno zamarło mi w palcach. W prostokącie okienka drzwi odbijał się korytarz — nasz korytarz, wiadomo — ale zamiast zwykłej tabliczki z numerem 204, widniał tam biały kartonik z czarnym napisem: „8:08”. Tak po prostu. Jakby ktoś przykleił na drzwi godzinę.
— Jakiś żart? — Michał zmrużył oczy. — Sprawdź dane zdjęcia.
Przesunęłam palcem. 13:17. Przysłona 2.8. Czas 1/50. ISO 400. Wszystko normalne. Tylko że... przypomniałam sobie, że na samym zdjęciu zegar w środku sali — ten niby martwy — też wskazywał 8:08, choć fotografowałam go nie o ósmej rano, tylko po poludniu, zanim uciekliśmy na polski.
— Zegar zawsze stoi na tej godzinie — parsknęła Nika. — Przecież to mem w naszej szkole. „Jesteś spóźniony? Nie, jest 8:08”.
— Ale tabliczka na drzwiach nie — powiedziałam cicho.
Zanim zdążyliśmy cokolwiek uzgodnić, radiowęzeł zapiszczał. Zwykle to oznaczało, że opiekunka, pani Trojan, będzie przypominać o zabraniu zgód na wycieczkę, albo puści składankę z lat dziewięćdziesiątych o 8 rano. Teraz jednak głośniki na całym piętrze zaskrzeczały i usłyszałam… swój własny głos.
— Uwaga, próba ewakuacyjna za osiem minut. Powtórzę: za osiem minut. Zbiórka przy sali 204 — oznajmiła ja, chociaż ja niczego nie nagrywałam.
Zamarliśmy. Nawet świetlówki przestały delikatnie brzęczeć, jakby i one chciały to usłyszeć raz jeszcze. Kilka drzwi uchyliło się jednocześnie i z klas wysunęły się głowy, śmiechy, pomruki. Ktoś krzyknął: „Haha, Lena, fajne!” Ktoś inny cmoknął z poirytowaniem. Pani Trojan wybiegła z pokoju nauczycielskiego jak wichura, pióra w jej puchatej kamizelce falowały w przeciągu.
— Kto to puścił?! — zakrzyczała do przestrzeni. — Kto ma klucze do radiowęzła?
Wskazówki na moim nadgarstkowym zegarku zadrżały. 13:22. W głośnikach zapiszczało raz jeszcze, jakby ktoś tracił zasięg.
— Za siedem minut… — tym razem mój głos był przyciszony, jak zza drzwi. — Sala 204.
— Lena? — Nika spojrzała na mnie ostro. — Robiłaś to?
— Nie. Przysięgam. Nie byłam dziś nawet przy radiowęźle.
— To idziemy — uciął Michał, bardziej ciekawy niż przestraszony. — Zanim zacznie się zbiegowisko.
Zbliżając się do 204, czułam, jak chłód wyciąga się z podłogi jak mgła, oplatając kostki. Może to kwestia nieszczelnych okien w tej części budynku, może przeciągu. Drzwi do sali były ciężkie, drewniane, podrapane. Lakier spękał jak błoto po suszy. Tabliczka z numerem odpadła z jednego rogu i ktoś umocował ją szarym plastrem. Pod spodem tkwił mały, świeżo przybita karteczka: „Nie otwierać. W trakcie opracowania”. Rozśmieszył mnie ten biurokratyczny dobór słów. Co można „opracowywać” w zamkniętej sali latami?
Patrząc przez wąskie okienko, widziałam rząd ławek przykryty prześcieradłami, szafę na mapy, ciemną, błyszczącą tablicę. I zegar. Oczywiście. Zegar z czarnymi cyframi i blaszanymi wskazówkami. 8:08.
— Ktoś tu robi performance — wyszeptała Nika, wyciągając telefon. — Może to akcja samorządu?
— Albo błąd systemu — burknął Michał. — Radiowęzeł ma automaty do ogłoszeń, nie? Można zaprogramować. Ale… — zawahał się. — Twój głos.
Nie powiedziałam, że ten ton brzmiał jak ja w nocy, kiedy już nie udaję, że nad wszystkim panuję. Jak ja tuż po przebudzeniu, kiedy pamiętam sen, ale już nie potrafię go opowiedzieć.
— Za pięć minut — rozległo się z głośników, w których trzaskało jak przy burzy. — Prosimy o ciszę na korytarzach.
Klasowe drzwi zaczęły się domykać. Niektórzy uczniowie wyjrzeli, zerkając na nas nieufnie, jakbyśmy byli częścią widowiska. Pani Trojan kłóciła się przez telefon, nerwowo gestykulując. Ktoś uruchomił aplikację do mierzenia czasu i co chwilę krzyczał: „Zostały cztery i pół! Cztery!”
Wysunęłam aparat i zrobiłam zdjęcie tabliczki na drzwiach. Klik. Potem kolejne. Na ekranie zobaczyłam coś, czego nie dało się od razu wytłumaczyć: drobne przetarcia na lakierze układały się w litery. Jakby ktoś pisał paznokciem. „Wejdź, zanim zniknie”. Mrugnęłam. Na żywo nie było żadnych liter. Tylko pęknięcia.
— Widzicie? — Pokazałam im ekran. — Tu są słowa.
— To artefakt z kompresji — powiedział Michał, choć jego głos nie brzmiał przekonująco. — Wzór przypadkowy.
— Za trzy minuty — szum radiowęzła przybrał na sile, jakby ktoś przykładał mikrofon do swetra.
Ktoś z pierwszej klasy zaczął klaskać w rytm jakiegoś gagu. Nika nachyliła się do mnie tak blisko, że poczułam zapach jej gumy miętowej.
— Jeśli to prank, to przytomny. Jeśli nie… — przerwała.
Dotknęłam klamki. Była zimna jak metal wystawiony na styczniowy mróz, choć na zewnątrz panował wilgotny październik. Skóra zrobiła mi się gęsia. Za szybą, po drugiej stronie sali, jakby coś mignęło. Czy to odbicie lampy? Czy tylko mózg próbował dopasować cienie do historii?
— Nie możemy po prostu wejść. — Michał złapał mnie za rękaw. — Jest kartka „Nie otwierać”. Za to są dyżurni, kamery…
— Za dwie minuty — mój własny głos w głośnikach zabrzmiał teraz wyraźnie, jakby mikrofon był tuż obok. — Proszę, ustawcie się w parach.
W parach. Pamięć mięśni z podstawówki sprawiła, że zrobiłam pół kroku w bok i uśmiechnęłam się, absurdalnie.
— Dobra, jeśli chcesz zrobić to zdjęcie, zrób je teraz — syknęła Nika. — Ale jeśli coś odwalimy, biorę to na podcast, jasne?
— Nika — ostrzegł ją Michał.
— Minimalna szkoda maksymalny zysk — Nika mrugnęła. — Żartuję. Trochę.
Wyjęłam z kieszeni cienkie rękawiczki bez palców. Nie chciałam zostawiać śladów, chociaż to i tak nie miało sensu — byłam już widziana. Wokół tłum gęstniał, ale w pewnym promieniu wokół 204 robiło się dziwnie cicho. Jakby dźwięk cofał się o pół kroku. Zobaczyłam, że pani Trojan przestała mówić i patrzy na nas, z palcem w powietrzu, jakby zatrzymała się w kadrze. Jej twarz była bladoniebieska od światła jarzeniówki.
— Za minutę — powiedziała ja z głośników. — Powtórzę: za minutę.
Ekran mojego aparatu rozjaśnił się. Czas: 8:07. Pisnęłam cicho. Zerknęłam na telefon. 13:28. Ekran aparatu migał, jakby próbował się dostroić do jakiejś innej fali. Na ułamek sekundy przez wizjer zobaczyłam salę nie taką, jak była przed remontem, ale taką, jak z jakichś bardzo starych zdjęć: w rogu stał planetarium z mosiężnym szkieletem, na ścianie wisiała mapa nieba, a tablica była pełna kredowych kropek połączonych liniami.
— Widzieliście to? — szepnęłam.
— Co? — Michał był blady. — Lena, odstaw ten aparat.
— Za trzydzieści sekund — radiowęzeł prawie już szeptał. — Zachowajcie spokój.
Palce na klamce zaczęły drżeć nie dlatego, że było zimno. Boję się różnych rzeczy: wyników, szpilek w wypowiedziach dorosłych, ciszy po kłótni w domu. Teraz bałam się, że jeśli nic nie zrobię, stracę coś, co ma znaczenie tylko teraz — jak światło o konkretnej godzinie, które już się nie powtórzy.
— Lena — powiedziała Nika, tym razem poważnie. — Albo to ty, albo ktoś, kto bardzo cię słuchał. Albo… ktoś, kto cię zna lepiej niż ty sama. Jeśli otworzymy, nie ma odwrotu.
Zegar za szybą wydawał się większy, jakby przesunął się do przodu, choć to było absurdalne. 8:07:45. 8:07:46. 8:07:47.
— Za dziesięć… dziewięć… osiem… — liczył mój głos. Nie był mój. Był, a nie był. Jak echo z miejsca, w którym jeszcze nie byłam.
Wtedy od strony zamka dobiegło ciche kliknięcie. Nie takie, jakie wydaje klucz przekręcony w pośpiechu, ale miękkie, jak rozpuszczanie lodu pod dłonią. Klamka pod moją dłonią opadła o milimetr. Za drzwiami coś poruszyło powietrze i z wnętrza sali, zamkniętej od miesięcy, powiało chłodem o zapachu mchu i dawno zgaszonych gwiazd.
— Siedem… sześć… — szumiały głośniki.
Michał zacisnął palce na moim rękawie. Nika wyciągnęła dyktafon i uniosła brew. Ja zaczerpnęłam powietrza, wsunęłam paznokcie pod metal i pchnęłam, kiedy szkolny dzwonek zabrzmiał na całym piętrze po raz pierwszy raz tego dnia, zupełnie nie o tej porze…
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?