Osiem Uderzeń Ciszy
Od kiedy pamięta, Mira zbierała sekundy jak inni kamyki z plaży. Mieszkała nad zakładem zegarmistrza dziadka, między zapachem oleju a tykaniem sprężyn. Tego wrześniowego poranka burza zgasiła pół Gdyni, a szkolny dzwonek zaniemówił. Wtedy Mira policzyła do ośmiu i wszystko stanęło, oprócz niej. Krople zawisły w powietrzu, struna deszczu rozciągnęła się nad boiskiem jak szkło. Jej serce dudniło jak metronom, a palce ślizgały się po czasie.
Najpierw myślała, że to przypadek, lecz następnego dnia wróciło jeszcze wyraźniej. Przećwiczyła zatrzymanie w opustoszałym basenie, licząc bicie serca do ośmiu. Po dziewiątym świat ruszał jak przerwana piosenka, trochę szybciej, trochę krzywo. Ustaliła zasady: nie zatrzymuj czasu bez potrzeby, nie chwal się nikomu. Nauczyła się poruszać w ciszy, jak nurek w ciemnej, gęstej wodzie. Wtedy w jej skrytce ktoś zostawił kartkę: „Zatrzymujesz? Dach, 20:08”.
Szkolny dach pachniał solą i smołą, a wiatr pchał mewy nad stadion. Mira wspięła się po wąskich schodkach, czując, jak zegarek dziadka grzeje nadgarstek. Wskazówka sekundowa czasem cofała się tam o jeden tik, bez powodu. O dwudziestej osiem dziewczyna była sama, aż drzwi zaskomlały metalem. Wyszedł Natan z równoległej klasy i spojrzał tak, jakby już znał odpowiedź. Nad nimi brzęczały neony galerii, tłumiąc oddechy jak miękka folia.
— Ile masz uderzeń? — zapytał po cichu, jakby to była sprawa oczywista. — Wystarczy — odparła, nie zdradzając liczby, która dudniła w jej żyłach. Natan skinął i wskazał na port i zbiorniki paliwowe, gdzie miasto migotało po burzy. — Ktoś inny też potrafi zatrzymywać, wiesz; ostatniej nocy czas stanął bez ciebie, prawda? — Nie przyszliśmy tu sami — dodał i spojrzał ponad parasolem anten.
W tej chwili niebo zadrżało zieloną smugą, jakby ktoś pchnął wskazówkę. Świat drgnął i przycichł, choć Mira niczego nie policzyła jeszcze. Zatrzymała, odruchowo, pierwszy tic w gardle, i zobaczyła ciężarówki uniesione na pół milimetra. Pośród nieruchomych mew stanęła postać w żółtym sztormiaku, krocząc po powietrzu. Uśmiechnęła się do nich, jak do dawnych znajomych, i rzuciła błyszczący sekundnik w ciemność, gdzie ktoś odpowiedział trzaskiem. Z dachu klatki schodowej napłynęło zimno, niosąc znajomy zapach ozonu.
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?