Did You Know?

Oranżeria, lis i kruk


Oranżeria, lis i kruk
Mira zawsze wybierała najdłuższą drogę do domu, tę przez stary park botaniczny, gdzie żeliwne ławki pachniały deszczem, a szyby oranżerii migotały jak skóra jakiegoś śpiącego zwierzęcia. Tego wieczoru mgła pełzała nisko, wciskała się między korzenie platanów i nasiąkała blaskiem latarni tak ciepłym, że przypominał bursztyn. Dźwigała na ramieniu torbę z notatnikiem i stetoskopem, termos chybotał przy biodrze. Była po dyżurze w klinice dla zwierząt — za ciężkim o dwóch nad ranem łapczywie wyłapuje się krople ciszy. Znalazła go, zanim on znalazł ją. Cynamon, rudawy lis o czarnych skarpetkach, stał na murku przy bramie i udawał, że wcale jej nie zauważa. Ogonem omiatał powietrze wolno, jak wachlarzem. Gdy podeszła, zeskoczył bezszelestnie na żwir i zbliżył się o trzy kroki, nie więcej. Z pyska zwisał mu skórzany pasek, stary i popękany, do którego przynitowano miedzianą płytkę. Położył ją przy butach Miry, jakby składał dar. „Cóż ty wyniuchałeś, królu parkowych ścieżek?” — szepnęła, kucając. Na płytce widać było wybity numer, kilka liter i delikatny grawer liścia palmowego. Przesunęła po nim palcem; ciepło metalu nie miało sensu na takim chłodzie. Z góry spadł krótki cień i zahaczył o latarnię. Pióro — kruk z jednym białym piórkiem dokładnie w środku czarnego skrzydła — przysiadł na popękanej dłoni kamiennego botanika, który od lat nie patrzył już na róże, tylko na puste miejsce po nich. Pióro przekrzywił głowę, jakby oceniał jej torbę pod względem dostępności błyszczących przedmiotów. „Nie teraz, złodzieju” — uśmiechnęła się Mira, choć zęby sterczały jej przez wargę. W powietrzu było coś, czego nie umiała nazwać. Zwykle o tej porze park tętnił cichym życiem: nocne owady, liście, które nigdy nie są bez ruchu, nawet gdy brak wiatru. Teraz było jak za szybą akwarium, w którym ktoś na chwilę odłączył pompę. Zniknął szum obwodnicy, nawet zegar na kościele po drugiej stronie rzeki nie wygłosił pełnej godziny. Cisza miała brzegi. Cynamon chapnął zębami skórzany pasek, pociągnął raz, drugi, a potem, upewniwszy się, że Mira patrzy, odwrócił się i ruszył alejką. Nie biegł, tylko szedł, od czasu do czasu obejmując się za siebie. Pióro wydał z siebie ciche „krr”, rozwinął skrzydła i poszybował tuż nad szpalerem cisów. Mira poprawiła czołówkę, wzięła płytkę i, nie pytając już samą siebie, po prostu poszła za nimi. Łagodne światło latarni kończyło się przy oranżerii. Z bliska wyglądała jak zatopiony statek: szyby mleczniały, metalowe żebra ciemniały od rdzy, a w środku, mimo zakazu wstępu, ciągle dogorywały cienie dawnych palm. Kłódka, która przez lata trzymała łańcuch, leżała w mokrej trawie. Nie była pęknięta — przecięto ją czymś ostrym i pewnym, a krawędzie cięcia błyszczały świeżo, jakby ktoś zrobił to pięć minut temu. „To nie deszcz na to wpadł” — mruknęła Mira w głos, który miał brzmieć pewnie. Szczerbaty uśmiech pękniętej szyby odpowiedział jej swoim milczeniem. Cynamon zniknął przez uchylone skrzydło drzwi. Pióro nie czekał. Przeleciał w poprzek szklarniowej nawy i opadł na żeliwną belkę, zerkając to jednym, to drugim okiem. Mira wciągnęła powietrze. Pachniało ziemią parującą spod ciepła, choć w nocy było ledwo kilka stopni. Pachniało też czymś jeszcze: słoną nutą daleką, jak oddech morza przyłożony do ucha, chociaż do zatoki stąd były kilometry. Przesunęła światło czołówki po wnętrzu. Liście, które dawno powinny zbrązowieć, pozostawały nieprzyzwoicie zielone. Po poręczy cieknął cienki strumień wody, brylantował, nim spadał w ciemność. Na prawo plątanina pnączy opleciona wokół słupa tworzyła wzór przypominający spiralę muszli. Coś błysnęło. Nie, to tylko oczy kota, który zwinął się jak kłębek przy donicy i udawał sen. Dokądkolwiek skierowała światło, zwierzęta już tam były: jeż, który znieruchomiał tak doskonale, że wyglądał jak odlew; dwa gołębie, nienaturalnie zgodne; gruby, pręgowany szczur, który nie był ani trochę przemykliwy. Oglądały ją i czekały. „No dobrze” — powiedziała, kładąc na ziemi miedzianą płytkę, jak by była biletem wstępu. — „Pokaż mi to, po co mnie tu przyprowadziliście.” Cynamon obszedł ją łukiem i zatrzymał się przy samym środku oranżerii, tam gdzie posadzka z ceramicznych płytek układała się w rozetę. Znała ją: centralny punkt, dawne serce systemu nawadniania. Kiedy klęknęła, poczuła pod dłonią delikatne drżenie, tak subtelne, że mogło być złudzeniem. Przyłożyła policzek do chłodnej glazury. Drżenie było. Jednostajne, jak pierwszy ton, który w orkiestrze łapie kontrabas. Pióro zaskrzeczał, raz, przeciągle, i zaczął stukać dziobem w żeliwną belkę. Raz, dwa, pauza. Raz, dwa, trzy. Cynamon drgnął, ogon zafalował mu jak język ognia. A potem, z podłogi — z samego jej środka — odpowiedział dźwięk. Nie był głośny. Bardziej obecność niż brzmienie, jak uderzenie w membranę, która nie jest po tej stronie, co ty. Mira pochyliła się niżej. „Ktoś tam jest?” — zabrzmiało głucho, zanim zrozumiała, że to nie ona mówiła na głos. Dźwięk, jakkolwiek powstał, ułożył się w rytm, w którym było coś ludzkiego: trzy krótkie, dwa dłuższe. A może tylko chciała tak to usłyszeć. Siadła po turecku na zimnych płytkach, dotykając palcami krawędzi rozetki. Z bliska zobaczyła napisy pokrywające ceramikę: wytarte nazwy odmian, numery i daty, litery, które czas lizał od lat. Jeden z numerów, jak na złość, zbiegał się z tym, który widniał na miedzianej płytce. W żołądku poczuła ciężar, który nie był jeszcze lękiem, ale już nim pachniał. Zgasła latarnia na zewnątrz. Prawie od razu zapaliła się z powrotem, słabsza, a potem zgasła po raz drugi, jak oko, które skleił sen. W oranżerii zrobiło się ciemniej i cieplej. Para zaczęła malować powietrze niewidzialnymi pędzlami. Gdzieś po lewej zaszeleściła jaszczurka; kot podniósł głowę i nie ruszył się. Jeż odchrząknął w sposób, w jaki jeże potrafią odchrząknąć, czyli absurdalnie poważnie. Mira wsunęła palce w szczelinę między płytkami. Była tam, cienka, jakby ktoś niedawno przejechał po glazurze nożem. Z głębi dmuchnął żar — nie ogień, raczej wspomnienie lata, które zapomniało wyjść z tej ziemi. Przyłożyła ucho do posadzki, zamknęła oczy, a wtedy znowu usłyszała stukanie. Tym razem odpowiedział mu Pióro: dwa krótkie, przerwa, jeden długi, niemal śpiew. Dźwięk od dołu zawahał się, jakby wyczekując instrukcji, i powtórzył sekwencję. „Nie rób mi tego” — mruknęła do własnego serca, które zaczęło wystukiwać zbyt wiele odpowiedzi naraz. Myśli podsuwały obrazy: stare tunele nawadniające, o których opowiadał prof. Kwieciński; zakopane w ziemi zbiorniki, zbyt ciasne dla ludzi; legendy o tym, że z oranżerii schodziło się kiedyś do ciepłowni, a z ciepłowni — do jeszcze starszych korytarzy. I głos pielęgniarki z recepcji: „Pani Mira, pani to zawsze ma nosa.” Cynamon zaszczekał krótko, prawie bezgłośnie, tylko poruszeniem gardła. Jego uszy były wysoko, ogon uniesiony ostro. Pióro, bez ostrzeżenia, zsunął się z belki, zraszając ją śniegiem piór, i wylądował na rozetce, rozkładając skrzydła tak, że dotknął czarnymi lotkami jej nadgarstków. Jego oczy były jak czarne guziki z błyszczącą głębią. Mira miała wrażenie, że kruk patrzy nie na nią, tylko „przez” nią, gdzieś pod spód. Gdzieś za nimi spadła kropla. Potem druga. Krople ułożyły się w rytm — nie parkowy, nie zegarowy. Ziemia pod rozetą drgnęła mocniej, już nie jak kontrabas, tylko jak bęben tuż obok żeber. W szczelinie, do której wcisnęła palce, zapulsowało światło. Nie było białe ani żółte. Przypominało barwę świtu w zamkniętych powiekach, gdy stoisz plecami do morza i czujesz, jak robi się jasno, zanim to zobaczysz. Mira odsunęła dłoń gwałtownie; ceramika była nagle zbyt ciepła. Płytki westchnęły. Coś pod nimi poruszyło się, jakby ktoś od dołu spróbował unieść pokrywę. Linie spoin zapracowały jak linie dłoni na mgnienie przed zaciśnięciem pięści. Powietrze nabrzmiało, zwierzęta znieruchomiały jednym ciałem, a słona nuta z głębi nagle zgęstniała, jakby przyłożyć usta do muszli i usłyszeć nie szum, tylko wzywanie. W tym samym momencie z rozetki popłynął długi, przeciągły dźwięk — jakby oddech wydepnął sobie drogę przez glinę — a krawędź jednej z płytek powoli zaczęła się unosić. Pod spodem, w wąskiej szparze, zapłonął pasek światła. Mira wstrzymała oddech, Cynamon napiął łapy, Pióro przywarł do ziemi, a to, co było pod posadzką, poruszyło się raz jeszcze, bliżej, tak blisko, że przez łunę dało się dojrzeć kontur...


Author of this ending:

Age category: 18+ years
Publication date:
Times read: 33
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.