Did You Know?

Okno w kałuży


Okno w kałuży
Od rana padało. Deszcz bębnił w parapety, kapał z liści lipy i robił mokre wzorki na chodniku. A potem, jakby ktoś wyłączył kran, wyszło słońce. Całe podwórko pachniało mokrym kurzem, mydłem z prania i świeżymi liśćmi. Lila wciągnęła kalosze w cytryny, zarzuciła kolorową pelerynę i zbiegła po schodach. Za nią, jak pomarańczowy płomień, wybiegł Burak. Burak nie był warzywem. Burak był kotem o rudej sierści, białym pyszczku i ogonie, który zawsze wyglądał, jakby opowiadał własną historię. Na podwórku wszystko było znane: trzepak, ławka, piaskownica, wielki klon, co sięgał prawie dachu. I kałuże. Dużo kałuż. Największa rozlała się pod trzepakiem jak okrągłe lustro. Lila podeszła do niej z rozmachem, gotowa pluskać, ale zatrzymała się w pół kroku. Ta woda była inna. Nie odbijał się w niej blok ani balkon mamy. Nie skrzywiła jej wiatrem żadna gałązka. W kałuży kołysały się chmury, ale miały kształt wielkich ryb z miękkimi płetwami. Pośrodku wisiało mleczne koło, jak księżyc, chociaż był dzień. Dookoła koła migały maleńkie światełka, jakby ktoś rozsypał cukier i nauczył go świecić. Burak usiadł, podwinął łapki i zamruczał tak cicho, jakby mruczał przez sen. Lila pochyliła się i dmuchnęła w taflę. Zamiast rozbryzgu pojawił się krąg, a potem drugi i trzeci. Kręgi nie rozchodziły się po zwykłej wodzie. One tańczyły, jak świetlne obrączki. Lila zerwała z klonu liść. Położyła go delikatnie na kałuży. Liść nie zamókł. Zadrżał, zakręcił się w miejscu i zaczął płynąć w głąb, chociaż wyglądał, jakby płynął po płaskim. Po chwili zniknął. Ani plusku. Ani kropli. — Słyszysz? — szepnęła Lila, bo nagle wszystko wydawało się zbyt głośne. Burak przekrzywił głowę. Z kałuży dobiegał cichy dźwięk, jak dzwonek gdzieś w trawie. Albo jak dzwonek przy drzwiach, tylko bardzo daleki. Lila przykucnęła. Woda pachniała czymś, czego nie znała. Trochę jak powietrze przed burzą, a trochę jak świeżo rozkrojone jabłko. W głębi widać było coś, co przypominało łąkę. Tylko że trawa falowała, jak morze, a dmuchawce były duże jak piłki. — To okno — powiedziała sama do siebie. — Okno do... czegoś. Burak wysunął łapkę i dotknął wody. Łapka zniknęła po kostkę, jakby zanurzył ją w miękkim, ciepłym powietrzu. Lila krzyknęła i chwyciła kota za ogon, ale Burak spokojnie wyjął łapę. Była sucha. Pachniała nieznajomym wiatrem. — Buraku, widziałeś? — Lila roześmiała się, choć trochę szybciej biło jej serce. Nad kałużą przysiadła jaskółka. Zajrzała do środka, zaskrzeczała cichutko i odleciała, jakby się spieszyła z wiadomością. Na sznurku obok trzepaka kołysały się prześcieradła i przez chwilę wyglądały jak białe żagle. Coś poruszyło się pod powierzchnią. Woda uniosła się jak oddech. Wśród kręgów wynurzył się papierowy statek. Prawdziwy, z zagiętych kartek, z małym masztem. Na maszcie dyndał maleńki dzwoneczek, co cieniutko dzwonił przy każdym podmuchu. Lila zamrugała. Statek dopłynął do brzegu i zatrzymał się dokładnie przy jej kaloszu. Nie był mokry. Na boku miał przyklejoną żółtą karteczkę. Stało na niej równo: Lila i Burak. — Przecież nikt tego nie mógł napisać — powiedziała Lila do kocich uszu. — Oprócz... — urwała, bo nie wiedziała, oprócz kogo. Burak dotknął statku nosem i dzwoneczek zadzwonił, jakby ktoś szeptał: dzyń. Lila ostrożnie wzięła statek w dłonie. Papier był ciepły, nie z papieru do rysowania, tylko jakby z czegoś powietrznego. Zajrzała do środka. Znalazła tam niesforną wstążkę w kolorze nieba i malutki, srebrny guziczek. Gdy dotknęła guziczka, tafla kałuży zapulsowała. Kręgi, które wcześniej tańczyły, zaczęły układać się w ścieżkę. Jeden jasny krążek, potem drugi, trzeci, jak schodki w dół. Ale dziwne schodki, bo zaczynały się w zwykłej kałuży, a kończyły gdzieś na łące pełnej dmuchawców wielkich jak chmury. Lila poczuła w brzuchu łaskotanie. To łaskotanie, które przychodzi, gdy wiesz, że coś dopiero się zaczyna. Rozglądnęła się. Wszystko było jak zawsze i jednocześnie inne. Nawet dźwięki z klatki schodowej stały się cichsze, jakby ktoś przykrył je miękkim kocem. — Może to zaproszenie — wymamrotała. — Albo list od... od łąki? Burak odpowiedział krótkim mew. Napiął wąsy i skinął głową. Czy koty potrafią kiwać głową? Ten potrafił. Lila uklękła przy brzegu kałuży. Słońce przesunęło się kawałek i zaświeciło tak, że wszystko byliutko błysnęło. W głębi zobaczyła ścieżkę z jasnych kamyków. Po lewej rosły kwiaty, które wyglądały jak parasole, a po prawej wiły się srebrne trawy, wyższe od niej. Coś przefrunęło. Nie ptak. Coś, co miało skrzydełka jak trzy listki. Nagle z wody podniósł się szept. Cichy, miękki, jakby ktoś mówił przez poduszkę: — Lila... Dziewczynce zrobiło się gorąco w policzki. — Tu jestem — odpowiedziała odruchowo i natychmiast rozejrzała się, czy nikt jej nie słyszał. Nikogo nie było. Tylko prześcieradła na sznurku i jedna skromna chmurka, która przystanęła nad klonem. Znowu dzwoneczek. Dzyń. Dzyń. Statek w jej dłoniach zadrżał, jakby miał w środku maleńkie serce. Wstążka poruszyła się i musnęła jej palec. Lila nagle poczuła, że pragnie stanąć na pierwszym świetlnym kółku. Choćby na chwilkę. Choćby końcem kalosza. — Tylko dotknę — powiedziała. — Zobaczę, czy to naprawdę. Burak podążył za jej wzrokiem i postawił łapki tuż przy brzegu. Jego ogon opowiadał teraz historię o przygodzie: gruby na końcu i uniesiony wysoko. Lila wyciągnęła rękę. Chciała złapać równowagę, więc dotknęła palcami powierzchni wody. Była ciepła. Nie mokra. Nadgarstek zapachniał trawą, której tu nie było. Gdzieś bardzo daleko zabrzmiał śmiech. Dziecięcy, lekki jak bańka mydlana. Kałuża zafalowała raz, drugi i nagle zrobiła się głęboka jak studnia. Dno zniknęło. Zamiast niego zobaczyła niebo, które nie było jej niebem. Było fioletowe, a po nim płynęły jasne owale. Dwa większe i jeden mniejszy. Z głębi popłynęło do niej cudze machanie. Jakby ktoś na dole stał i machał oburącz, prosząc: dalej, dalej, nie zatrzymuj się. Lila poczuła, że śmieje się i trochę boi jednocześnie. Ale to było dobre bać się tak od środka, jak gdy stoisz na najwyższym schodku zjeżdżalni i świat na chwilę jest większy. Świetlne kółka stały się wyraźniejsze. Pierwsze z nich dotknęło prawie czubka jej kalosza, jak żaba, która prosi, żeby na nią wskoczyć. Drugi błysnął tuż obok i w jego środku zamigotało coś, co mogło być piórkiem albo promykiem. — Buraku — szepnęła Lila. — Jeśli pójdziemy, wrócimy na kolację. Na pewno. Kot zamrugał zgodą. Przeciągnął się, jakby chciał powiedzieć: po prostu idź, ja już idę. Lila nabrała powietrza. Położyła papierowy statek na brzegu, żeby nikt go nie porwał. Przycisnęła go srebrnym guziczkiem. Związała wstążkę wokół nadgarstka. Wstała. Oparła jedną rękę o trzepak, a drugą wyciągnęła nad wodą. W tej samej chwili coś poruszyło się pod powierzchnią, tuż przy czubku jej buta. Cień. Najpierw wąski jak nitka, potem szerszy, jaśniejszy, jakby ktoś wylewał światło z dzbanka. Dzwoneczek na maszcie zadźwięczał głośniej, prześcieradła na sznurku zafalowały, a powietrze nad kałużą zaśpiewało miękko, jak muszla przy uchu. I wtedy z samego środka wody, dokładnie naprzeciwko jej kalosza, coś musnęło ją delikatnie od spodu, jak dotknięcie dłoni, która czeka po drugiej stronie.


Author of this ending:

Age category: 5-7 years
Publication date:
Times read: 33
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...

Download Materials

Download coloring pages and other materials for this story.


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.