Did You Know?

Obce konstelacje


Obce konstelacje
Nad zatoką, tam gdzie wiatr pędzi przez wąskie ulice jak listonosz, który zawsze się spóźnia, stało planetarium Orion. Szara kopuła przycupnięta między klonami przypominała ślimaczy domek, a odpadające litery na fasadzie układały się w słowo O R I — jakby budynek sam sobie urwał oddech. Plakaty sprzed lat, wyblakłe do koloru dymu, wciąż wisiały w gablotach: zaproszenie na noc spadających gwiazd, wykład o kometach, uśmiechnięta twarz kobiety podpisanej: dr Hanna Kuraś. Iga zatrzymała się na schodach. W kieszeni miała okrągły mosiężny żeton, zimny jak lód mimo ciepłej dłoni. Na jego krawędzi ktoś kiedyś wyrył wiatraczek gwiazd — siedem drobnych promieni zbiegających się w środku. Znalazła go w pudełku po igłach do maszyny, kiedy porządkowała rzeczy babci Hanny. Tam, na dnie, obok starej fotografii kopuły, było też jedno krótkie zdanie: „Jeśli potrafisz usłyszeć ciszę, Orion przemówi”. – Zobaczysz, to tylko pajęczyny i kurz – mruknął Tymon, który niechętnie przyznał, że ciekawość pociągnęła go tu równie mocno jak Igę. Miał plecak wypchany zeszytami i plątaniną przewodów, bo zawsze „na wszelki wypadek” nosił przy sobie pół warsztatu. – Miasto zapowiada remont, ale dziś nikogo nie ma. Tylko my, drzewa i echo. Hol był chłodniejszy niż świat na zewnątrz. Pod nogami jęknęły deski, zapachniało nalotem starej farby i filcu. Zegar nad kasą stał na 19:17, jakby czas utknął w niewygodnej pozycji. Po prawej, za kotarą, czekał korytarz do sali projekcyjnej. Drzwi były lekko uchylone; gdzieś głębiej majaczył półmrok. Iga uniosła kotarę i spojrzała pytająco na Tymona. Skinął głową. Sala pod kopułą była większa, niż zapamiętała z fotografii. Rzędy foteli, pofalowane jak grzbiet morza, patrzyły w górę. Pośrodku stał projektor – czarny, nieregularny, przypominający potężny nasionnik, z którego wystawały kuliste obiektywy. Na konsoli obok rzędu przełączników znalazła płytkie, okrągłe zagłębienie. Takie samo jak żeton w jej kieszeni. – Nie – powiedział Tymon odruchowo. – Nawet nie wiemy, czy tu jest prąd. – Jak nie spróbuję, będę o tym myśleć do końca świata – odparła Iga cicho. – A wczoraj śniło mi się… – urwała. Sen wciąż kleił się do niej jak mgła: ogromne niebo, które nie mieściło się w żadnym z opowiedzianych jej nieb. Żeton wsunął się w zagłębienie tak gładko, jakby czekał tam od zawsze. Coś kliknęło głęboko w maszynie – krótki, pewny dźwięk, przypominający zamykany futerał. Przez sekundę nic się nie działo. Potem usłyszeli niskie mruczenie, przechodzące w drżenie, jakby metaliczny głos witał dawno niewidzianych gości. Ciemność zgęstniała. Na kopule najpierw wykwitła jedna kropka światła, potem druga, dziesiąta, setna. Gwiazdy zapalały się po kolei, bez pośpiechu, układając się w obraz nieba. Iga ściągnęła ramiona; to nie były znane wzory. Żaden Wóz, żaden Łabędź, żadna Korona. Linie, które same rysowały się między punktami, skręcały pod innymi kątami niż w atlasach. Nazwy, które pojawiły się pod konstelacjami, nie należały do żadnego alfabetu, który Iga widziała. Litery były miękkie i ostre jednocześnie, przypominały fale i cięcia żyletki. – To jakieś stare oznaczenia? – Tymon przysunął się bliżej, w zachwycie zapominając o ostrożności. – Albo próba? Może ktoś zmodyfikował oprogramowanie. – To nie komputer – szepnęła Iga. – Ten projektor jest starszy niż nasze rodziny. Na podłodze, tuż przed sceną, pojawił się jasny okrąg, jakby ktoś postawił tam lampę. Obrzeża tego światła pulsowały we własnym rytmie: raz wyraźniej, raz łagodniej, jak oddech. Mruczenie przerodziło się w melodie niskich tonów, z których można by ułożyć ocean. Z sufitu spływały drobinki kurzu i lśniły jak plankton. Iga wyciągnęła rękę. Wierzch jej dłoni rozgrzał się nagle pod żetonem, który został w konsoli. Promienie na jego brzegu, ledwie widoczne wcześniej, teraz błyszczały matowo, jak rozrysowane ołówkiem. Drgnęła. – Czujesz to? – zapytała. Tymon już nic nie odpowiadał. Patrzył na kopułę jak zaczarowany. Napisy na niebie zaszemrały, choć nie było żadnego dźwięku liter. Iga poczuła, że rozumie jedno słowo. Nie dlatego, że potrafiła je odczytać. Raczej dlatego, że gdzieś w środku, w łopatkach albo między palcami, coś podpowiedziało jej sens. Słowo brzmiało jak pęknięcie lodu i znaczyło: „Wejście”. Pod jasnym okręgiem podłoga rozsunęła się bezszelestnie, jak skóra owocu nacinana ostrzem. Nie był to szyb ani ukryty schowek. Schody – wąskie, z metalu o kolorze grafitu – prowadziły w dół pod scenę. Nie świeciły lampy, ale i tak widzieli, gdzie stawiać stopy, jakby ich oczy dostroiły się do innego zakresu światła. Z dołu powiało chłodem, ale nie takim piwnicznym; raczej świeżym, pełnym soli, igliwia i czegoś jeszcze, co przypominało zapach nagrzanego kamienia po burzy. – Nie jestem fanem schodów donikąd – Tymon odchrząknął i spróbował się uśmiechnąć, ale uśmiech nie bardzo mu wyszedł. – Mimo wszystko… to jest absolutnie niesamowite. – Pójdziemy kawałek i wrócimy – zdecydowała Iga, sama dziwiąc się spokojowi własnego głosu. – Tylko sprawdzimy. Babcia by chciała wiedzieć. – Twoja babcia narysowała kiedyś na ławce mapę nieba, pamiętasz? – Tymon próbował nawiązać ton rozmowy sprzed chwili. – Może chciała, żebyś też coś narysowała. – Spojrzał na jej dłoń. – Tylko nie zapomnij o żetonie. – On chyba nigdzie nie ucieknie – Iga zerknęła na konsolę. – Chociaż… Promienie na brzegu żetonu poruszyły się, lub tak się jej zdawało, składając jak wachlarz. Kopuła żyła swoim rytmem. Konstelacje, które nie miały nazw w żadnym z ich zeszytów, przesuwały się powoli, jakby czekały, aż ktoś je wreszcie nazve. Od strony korytarza dobiegł daleki, głuchy stuk, jak kropla, która spada co jakiś czas w głąb pustego domu. Iga postawiła stopę na pierwszym stopniu. Metal pod palcami nie był zimny – miał temperaturę powietrza w sierpniową noc po długim dniu. Pod palcą znalazła się cienka, ledwo wyczuwalna rysa. W ciemności odczytała ją opuszkami. To nie była rysa. To były znaki. Linia, kropka, łuk. Nie znała tego alfabetu, a jednak wiedziała, że znaczy to: „Ostrożnie”. – Znasz mnie – powiedziała w kierunku schodów, sama nie do końca pewna, do kogo to mówi. – Zawsze staram się. – Wiedziała, że to brzmi głupio, ale słowa popłynęły same, jakby ktoś otworzył kran tuż obok serca. Tymon westchnął, zapiął plecak na piersi i stanął obok. – Trzymamy się razem – postanowił. – I liczymy kroki. Jeśli dojdziemy do piętnastu i nic, zawracamy. Okej? – Okej. Zeszli trzy stopnie. Pięć. Siedem. Światło z kopuły nie gasło, ale nie było to zwykłe światło, które rzuca cienie. Wszystko wokół miało kontury jasne i miękkie, jakby ktoś widział je oczami, które nigdy się nie męczą. Dziesięć. Jedenaście. Dwunasty stopień lekko zadrżał, jakby odpowiedział na ich obecność. Trzynasty okazał się nieco szerszy, a na czternastym, gdy Iga postawiła stopę, poczuła wyraźnie to samo, co na brzegu żetonu: siedem promieni zbiegających się w punkt. – Czternaście – wyszeptał Tymon. – Jeszcze jeden. Pod spodem otworzyła się przestrzeń, której nie można było nazwać piwnicą. Sufit nie istniał. Zamiast niego rozciągało się niebo, ale nie to, które znali. Było bliżej, gęstsze, pełne powolnych, drgających smug, jakby ktoś zawiesił w powietrzu rzeki światła. Na horyzoncie łagodnym łukiem unosiła się forma, przypominająca drugi księżyc albo kopułę unoszącą się nad kopułą. Nie było żadnego szumu wentylacji, żadnego brzęczenia lamp. Był tylko ten niski, kojący dźwięk, którym oddychał Orion, oraz bardzo daleki, rytmiczny stuk, przypominający kroki na kamiennych płytach. I wtedy Iga to usłyszała. Słowo zanurzone w szumie, w dmuchnięciu niewidzialnego wiatru, w migotaniu punktów. Słowo, które nie przeszło przez uszy, tylko dostało się do środka jak swobodny lot. „Iga.” Zatrzymała się z nogą nad piętnastym stopniem. Tymon odwrócił głowę ku niej z pytaniem w oczach. Żeton w konsoli nad nimi zamigotał jak żółta ryba pod wodą. Na dalekim końcu tej niemożliwej sali coś poruszyło się cicho, zostawiając za sobą falę światła, jak ślad płetwy tuż pod powierzchnią. – Słyszałeś? – wyszeptała. Tymon nie odpowiedział. Patrzył w dół, gdzie w jasnym powietrzu rysował się korytarz z zarysowaną na ścianach mapą, której kontury układały się w kształty zbyt regularne, by były przypadkiem. Jeden z tych kształtów pulsował dokładnie w tym rytmie, co żeton. Dokładnie w tym samym. I wtedy od strony pulsującego kształtu, z miejsca, gdzie nie powinno być żadnego wejścia, rozległ się najcichszy z dźwięków – dźwięk rozchylającej się szczeliny, jakby ktoś po drugiej stronie właśnie do nich…


Author of this ending:

Age category: 13-15 years
Publication date:
Times read: 33
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.