Did You Know?

Nocny dyżur w Filii nr 7


Nocny dyżur w Filii nr 7
Na ulicy Pliszek zawsze pachniało chlebem i drukiem. Chlebem – bo piekarnia naprzeciwko wypiekała nocą chałki o kształcie, który można by zgłosić do konkursu plastycznego. Drukiem – bo Filia nr 7 Miejskiej Biblioteki Publicznej trzymała w sobie tyle papieru, że niejedna drukarnia mogłaby się poczuć zawstydzona. Neon nad drzwiami mrugał jak zamyślone oko: „Ciche radości” – i to naprawdę był oficjalny napis. Ktoś kiedyś źle zrozumiał hasło o ciszy w bibliotece, zamówił szyld, a potem nie miał serca go zmieniać. Basia miała dziś pierwszy w życiu nocny dyżur. Teoretycznie w ramach akcji „Czytaj, zanim zaśniesz!” – praktycznie dlatego, że reszta załogi zgodnie stwierdziła, iż ma już plany. Maria składała meblościankę, Zbyszek „na pewno nie idzie do pubu” (co powiedział tak pewnie, że Basia aż zaczęła mu kibicować), a dyrektorka zapisała się na jogę, jeżeli tylko joga pozwoli jej leżeć bez ruchu i scrollować oferty grantów. Basia była z tych, co nie robią wielkich postanowień. Niosła swój sweter w cytryny jak pancerz i kubek termiczny jak sztandar. Jej włosy miały dokładnie tyle objętości, ile trzeba, żeby klienci pytali: „A ma pani coś lekkiego na weekend?” – i żeby mogli mieć na myśli zarówno książkę, jak i fryzurę. Oficjalnie była bibliotekarką. Nieoficjalnie – dyżurną tłumaczką formularzy („Proszę pani, co to znaczy ‘akcesja’ i czy to boli?”), strażniczką długopisów („Jeśli zaniesie pan nasz długopis do domu, nie wywoła to w pana życiu rewolucji, ale w naszym – tak”), oraz pogromczynią zakładek z suszonych szczypiorków. Miała też asystenta: kota o imieniu Pan Rabarbar. Kot był koloru jesiennej miedzi i miał zwyczaj kłaść się na katalogach alfabetycznych w taki sposób, w jaki kładzie się ktoś, kto ma plan ukryty pod futrem. – Panie Rabarbarze – powiedziała Basia, wkładając do czytnika kartę czasu pracy, która chrobotała jak karp w wigilię – dziś noc nasza. Pamiętaj: jak przyjdą studenci, nie siadasz na laptopach. Jak przyjdą postrzyżyny, podajemy numer do fryzjera. Jak przyjdzie rozgrzany dramat, gasimy go herbatą z odzysku. Pan Rabarbar odpowiedział mruknięciem, którego nie powstydziłby się basista w alternatywnym zespole z lat dziewięćdziesiątych. Usiadł na parapecie i spojrzał z wyraźną oceną na ulicę Pliszek. Ruch był niewielki. Deszcz szeptał po kostce brukowej, a latarnie snuły swoje złote przecinki wzdłuż chodnika. O dwudziestej pierwszej przyszło trzech licealistów przygotowujących się do konkursu o Europie. Mówili z taką pewnością o jednej z epok, że Basia cichutko sprawdziła w encyklopedii, czy przypadkiem nie zmieniła się właśnie chronologia świata. Później zajrzał pan Fredek, stały czytelnik, który za każdym razem przynosił parasol, choć niebo pękało od słońca albo jak dziś – padało horyzontalnie i parasol nic nie pomagał. Oddał trzy kryminały („Nie było w nich przepisów na ogórki, więc się zawiodłem”) i wypożyczył atlas grzybów („W ramach prewencji, pani Basiu”). Tuż po dwudziestej trzeciej biblioteka złapała oddech. Cisza przysiadła wśród regałów jak wygodny ptak. Basia parzyła herbatę w kubku z napisem: „Zostaw mnie, czytam”, a Pan Rabarbar śledził złożone ruchy czajnika jak film akcji. Wtedy zadzwonił dzwonek przy zsypie na zwroty. Dzwonek przy zsypie na zwroty nie powinien dzwonić. Był dumnym instrumentem ciszy: klienci wpychali książki do metalowego brzucha budki na zewnątrz, a książki lądowały miękko w koszach przykrytych kocami. Żadnego dzwonienia. Żadnych fajerwerków. A jednak – dzyń. Potem drugi raz – dzyń, na nutę zaskoczonego grzebienia. I trzeci – o, już trochę nachalnie. – To niemożliwe – powiedziała Basia głośno, bo tak się łatwiej negocjuje z rzeczywistością. – Zsypy nie dzwonią. One akurat nie. Poszła korytarzem do niewielkiego pomieszczenia, gdzie stały kosze na zwroty, a obok nich – wózek na niespodzianki: rzeczy zostawione między stronami. Z tego wózka biblioteka uzbierała przez lata pulę znaków świata: bilety tramwajowe, zdjęcia anonimowych ślubów, listy zakupów pełne filozofii („Cukier, mleko, odwaga”), a nawet list do kogoś, kto nazywał się „Drogi Panie Nikt”. Zanim zdążyła uchylić klapę zsypu, z westchnieniem odwróciła ją paczka leżąca na podłodze. Duża, żółta, z taką ilością taśmy, jakby ktoś naprawdę nie chciał, żeby cokolwiek z niej wyszło. Adres wypisany był starannie, kaligrafią z czasów, kiedy kaligrafia znała słowo „nadzór”: „Pani Barbara, Filia nr 7, ul. Pliszek 3, tuż przy piekarni, drzwi z neonem”. Zamiast daty – pieczęć: 30 lutego. Basia uniosła brwi w sposób, który mógł wygrać konkurs uniesionych brwi. – Trzydziesty lutego? – zapytała wszechświat. Wszechświat odpowiedział chrupaniem Pana Rabarbara, który właśnie znalazł suchą karmę w torebce z kisielem (nie pytajcie). Basia pochyliła się, dotknęła paczki i – gdy tylko palce zetknęły się z tekturą – usłyszała coś jeszcze: ledwie uchwytne, jak znak wodny, trrrrrr. Jakby wewnątrz działała stara maszyna do pisania… albo ktoś próbował przypiąć spinaczem chmurę. – Ja wiem, że to nie jest film – powiedziała Basia do Pana Rabarbara – ale jak za chwilę wyskoczy z tego pudełka statystyk, który powie „pani tu podpisała, że w nocy otwiera przesyłki”, to ja formalnie odmówię. Ostrożnie przysunęła paczkę na biurko, obok pieczątki „Wypożyczono do” oraz karteczek samoprzylepnych w kolorze aspiracji. Na wierzchu, tuż przy szwie, ktoś przykleił małą karteczkę. Była to karteczka, która nie próbuje być sympatyczna. Napisała: „Nie otwierać przed północą”. Basia sprawdziła zegarek. Jedenasta pięćdziesiąt trzy. Siedem minut do godziny, której ludzie zwykle nie witają z tekturą w dłoniach. – Klasyka – mruknęła. – Zasada numer jeden: jeśli napisane jest „nie otwierać”, otwierasz… sensownie. Po północy. Chociaż… Dział Procedur Filialnych (czyli Basia z wczoraj) twierdził, że niczego nie otwiera się bez protokołu. Dział Życia (czyli Basia z dziś) odpowiadał, że protokół czasem musi mieć poczucie humoru. Dział Kot (czyli Pan Rabarbar) pstryknął wąsami jak świadek przysięgły i przysiadł tak, by widzieć paczkę bez zbędnych ruchów głową. Czas sunął leniwie po ścianie. Z zewnątrz dobiegło pukanie deszczu o szyld piekarni. Gdzieś daleko przejechał ostatni nocny autobus, zostawiając w powietrzu wstęgę światła, która nie wiedziała, czy już spać, czy jeszcze nie. Basia odsunęła nożyczki na bok – obyło się bez drastycznych cięć, przynajmniej na razie – i rozprostowała palce. – Dobrze – powiedziała o dwunastej zero zero, kiedy zegar na ścianie wydał z siebie dźwięk, który brzmiał jak „trudno”. – Jeżeli ma się wydarzyć coś dziwnego, to niech chociaż zdarzy się punktualnie. Zerwała pierwszy pasek taśmy. Z pudełka buchnął zapach starych papierów i… czegoś jeszcze. Czegoś podobnego do jesiennego powietrza, które pamiętało wrzesień w lipcu. Ugryzła drugi pasek taśmy, ale zaraz przestała – nawet w takich chwilach człowiek powinien mieć granice. Nożyczki poszły w ruch. Pod wieczkiem leżała koperta, a na kopercie – list. Odręcznie. Pismo było zdecydowane, bez zawijasów i bez wahania. „Basiu, nie panikuj. To jest instrukcja. Gdy usłyszysz trzykrotne puknięcie, zgaś światło i…” I nic. Dalej był kleks. Wielki, bezwstydny. Jakby ktoś posmarował zdanie masłem i zjadł połowę. – Świetnie – powiedziała Basia do listu. – To, że nie panikuję, to już łaska. Pan Rabarbar położył łapę na kopercie jak notariusz. Reguły narracji znał lepiej niż ktokolwiek: jeśli w tekście pojawia się trzykrotne puknięcie, to… Puk. Basia zamarła. Rozejrzała się. Drzwi? Okno? Kaloryfer, który zawsze stukał jak poeta w blokowisku? Puk. Puk. To nie był kaloryfer. To nie było okno. To było – Basia poczuła, jak skóra na rękach robi się jej wrażliwa na wszystkie spółgłoski świata – z kierunku zsypu na zwroty. Metalowy brzuch bibliotecznej budki odpowiedział dźwiękiem, jakby ktoś od środka próbował przywołać kelnera. Puk. Puk. Puk. – Zsypy nie pukają – szepnęła Basia, i dokładnie w tej chwili neon nad drzwiami mrugnął raz, drugi, a potem w całej bibliotece zgasły światła, zostawiając tylko jeden wąski pasek blasku tuż przy klapie zwrotów, jakby ktoś specjalnie zrobił scenę z reflektorem. Pan Rabarbar podniósł ogon w wykrzyknik. Basia uniosła dłoń do włącznika… i wtedy zza kraty klapy rozległ się czyjś szept, bardzo wyraźny, w dodatku doskonale znajomy: „Pani Barbaro, proszę tego nie robić. Jeśli pani naciśnie, wszystko się zacznie szybciej.”


Author of this ending:

Age category: 18+ years
Publication date:
Times read: 30
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.