Did You Know?

Nocna taśma


Nocna taśma
Mgła wpełzała w podwórko jak powolny oddech miasta. Po drugiej stronie bramy łukowe okna dawnej łaźni lśniły mlecznym blaskiem; teraz mieściło się tu Archiwum Dźwięków Miejskich, miejsce, w którym cisza bywała równie gęsta jak taśmy na metalowych szpulach. Lena przysunęła do ust termos z herbatą, odsunęła ciężkie drzwi i wsunęła się do środka. Zapach kurzu, emulsji i dawno wyschniętego mydła uderzył ją znajomą falą. „Dobranoc, Pani Leno,” skinął głową Janek, ochroniarz o miękkim głosie i dłoniach tak dużych, że karty magnetyczne wyglądały w nich jak bilety na karuzelę. Z radia przy jego biurku sączył się słaby szum pasma, przeplatany krótkimi trzaskami. „Dobranoc. Spokojnego obchodu,” odpowiedziała i wzięła od niego książkę wejść. Podpisała się, dorysowując z rozpędu maleńką nutę przy nazwisku — gest, który towarzyszył jej od stażu. Korytarz prowadzący do magazynu A był chłodny i długi, jakby zrobiony z samego półcienia. Neon nad drzwiami do studia migotał dwukrotnie, zanim zaskoczył pełnym światłem. Lena włączyła główny zasilacz, a potem lampy w regale z lat 60., na którym uśmiechały się do niej znajome pudełka w kolorze zgaszonego kremu. Wszystko, czego dotykała, odkładała z czułością: kalka, lniana ściereczka, pędzelek do kurzu, paczka bawełnianych rękawic. Na biurku leżał pakunek, którego nie pamiętała z wczoraj. Szary papier, czerwony sznurek związany starannie, jak przy opakowaniu cukierków od dziadka. Nie było nadawcy — tylko krótki dopisek niebieskim atramentem: „Do rąk własnych: Lena W.” Zerwała sznurek, rozchyliła papier. W środku spoczywała szpula na tyle dobrze zachowana, że papierowa etykieta nadal trzymała się jedwabistych krawędzi. „Linia 0 — przejazd kontrolny — 31 X”. Dwie pierwsze cyfry roku były zamazane, reszta — „74” — czytelna. Lena uniosła taśmę w światło lampy. Mocne, ciężkie tworzywo, charakterystyczne dla końcówki epoki żelazowych głowic. Zapach magnetycznego nośnika wypełnił powietrze ostrą, metaliczną nutą. „Która to szafka... tramwaje, tramwaje...” mruknęła pod nosem, sunąc palcem po teczkach w katalogu. Rękopiśmienny spis, numerowany drobnym, równym pismem pani Wiesławy, kustoszki, która przeszła na emeryturę dwadzieścia lat temu. „Linia 0” nie widniała w żadnym spisie. Lena sięgnęła więc po gruby, oprawny w materiał dziennik wpływów. Przekładała stronę po stronie. 1974. Październik. Jest: „31 X – przyjęto: test torowiska – noc – brak autorów, brak podpisu”. Pod spisem drobnym pismem dopisano, inną ręką: „trasa zlikwidowana 1975, nie kursuje”. Na zewnątrz po asfalcie nie zostało ani śladu torów. Ulica pod oknami archiwum zmieniła się w ścieżkę rowerową, a dawny słup trakcyjny służył jako drabinka dla pnącza z dzikim winem. Lena uśmiechnęła się do własnej pamięci — babcia opowiadała jej kiedyś o dzwonu „zera”, który brzmiał inaczej niż wszystkie, bo motorniczowie mieli do niego osobisty stosunek. „Dzwonek jak sygnet,” mówiła babcia, „mniejszy, ale twardszy w głosie.” „Janek?” Lena wychyliła głowę ze studia. Ochroniarza nie było w recepcji; na krześle zostawił rozłożony płaszcz, a radiotelefon zamruczał przeciągłym, przytłumionym s-s-s. Cisza dodatkowo się zagęściła. Przeniosła taśmę do Studera, starego, ciężkiego magnetofonu przewijakowego, który uciszał ją na równi z głaskaniem starego kota. Zdjęła szklaną pokrywę, wsunęła szpulę, poprowadziła taśmę przez rolki i głowicę, drugą ręką sięgnęła po słuchawki. Odkręciła potencjometr do zwykłego poziomu nocnego słuchania, nacisnęła „Play”. Najpierw pojawił się bezpieczny, równy szum nośny, a potem — jakby ktoś otworzył okno w nieznanym pokoju — wdarły się dźwięki z innej godziny miasta. Metaliczny chrzęst wieczornych koszy, krople na rynnach, odległe kroki na bruku, pojedynczy gwizd. I w końcu to: zgrzyt ciężkiej stali, przeciągły jęk, a zaraz potem klaśnięcie dzwonka. Nie nosił w sobie echa tych nowoczesnych, ostrych brzęczyków z sygnałów ostrzegawczych. Był krótki, zdecydowany, jak potwierdzenie, że koła znów dotknęły czegoś, co je pamięta. Lena przymknęła powieki. Siedziała w dobrze oświetlonym studiu, ale przez ułamek sekundy miała wrażenie chłodu, jaki idzie od otwartych drzwi, kiedy z korytarza wpełza jesień. Motorniczy — męski głos, lekko chrypiący — wyraźnie wypowiedział komunikat sprzed lat: „Proszę odsunąć się od krawędzi. Linia 0. Przejazd kontrolny. Bez pasażerów.” „Świetnie,” szepnęła Lena. Obracała pokrętłami, zapisywała numer ujęcia i czas. Chciała później porównać pogłos z planem stacji, którą — jeśli to nie był żart — minął ten pojazd. Wtedy usłyszała coś jeszcze cichszego, jak przesunięcie paznokcia po mikroskopijnej rysie: „Lena.” Otworzyła oczy. Dźwięk mógł być przypadkiem: suma szumu, trzasku i jej umysłu goniącego wzorce. Cofnęła nagranie kilka sekund, wsłuchała się. Metaliczna fala, powietrze, oddech w kabinie. Nic. A potem — w innym miejscu taśmy — to samo. „Lena.” Nie szept, raczej wydech z ledwie zaznaczoną literą „n”, jakby ktoś próbował wymówić obce imię językiem przyzwyczajonym do innych głosek. „Janek?” zawołała głośniej, zdejmując słuchawki. „Słyszysz coś na radiu?” Odpowiedziało jej tylko stęknięcie starej windy za ścianą i pukanie rzadkiej wody o parapet. Sięgnęła po dziennik. Otworzyła go na roku 1975, potem 1980, potem 1990. W każdym październiku ktoś o tym samym, równym charakterze pisma dopisywał drobne adnotacje przy „linii 0”: „taśma uzupełniona”, „kolejny przejazd kontrolny”, „bez numeru rewizji”. Pismo pani Wiesławy, bez wątpienia — tyle że ona od dawna żyła w domku za miastem i uprawiała dalie. Ruch na ulicy przycichł. Mgła pogrubiła się, przylgnęła do szyb, jakby ktoś smarował je mlekiem. Lena przysunęła do siebie kolejne zwoje dokumentów, ale dłonie nagle stały się niespokojne, odczuła delikatny dreszcz, który nie miał nic wspólnego z zimnem. Wróciła do Studera. Głos motorniczego brzmiał teraz bliżej, jakby kabina znajdowała się tuż przy mikrofonie: „Przejazd próbny. Przesiadki brak. Następny przystanek...”. W tym miejscu taśma zaszumiała, jakby ktoś dotknął jej palcem. Radiotelefon Janka zapiszczał ostrzej niż zwykle. Lena podbiegła, nacisnęła przycisk. „Janek? Jesteś?” Z trzasków wyłonił się oddech, potem chrobot butów. „Pani Leno... Słyszy to pani? Na podwórku... dzwonek...” Głos urwał się, jak nożyczkami. Z radia popłynął jednostajny, wysoki pisk, który zniknął nagle, zostawiając w uszach bolesną lukę. W studiu zapadło coś, co przypominało brak czasu. Zegar na ścianie — stary, z kulistą szybą i wyblakłymi cyframi — wskazał północ i zatrzymał się, choć Lena wiedziała, że mechanizm wymieniano w zeszłym miesiącu. W tej bezruchowej sekundzie poczuła, jak lekko drgnęła taśma na szpuli, chociaż napęd był zatrzymany. W korytarzu otworzyły się ciężkie, przeciwpożarowe drzwi, tak jak otwiera je przeciąg, kiedy ktoś śpieszy się schodami. Lena wyszła ze studia, stanęła na miękkiej wykładzinie łącznika. Mgła weszła do środka cienką strużką pod progiem, a wraz z nią zapach mokrej stali. Na stoliku pod ścianą leżał zeszyt z logami patroli; na jego okładce pojawił się pasek wilgoci, jak smuga dłoni. A na karcie z dzisiejszą datą, w miejscu „uwagi”, ktoś cienkim, równym pismem — identycznym jak w dzienniku wpływów — wpisał: „Przejazd 00:15. Pasażer: Lena W.” Serce uderzyło jej mocniej, jakby znalazło w piersi nieuwagę i postanowiło z niej skorzystać. „Dobry żart, Janek,” mruknęła, choć dobrze wiedziała, że Janek pisze jak leń z pierwszej klasy, drukowanymi blokami. Złapała telefon, odruchowo namierzyła ikonę połączenia. Ekran rozświetlił się bladym światłem i od razu pociemniał; „Brak sieci”, mimo że w archiwum zasięg zwykle miał się jak zaczarowany. Z powrotem w studiu taśma ruszyła bez jej dotyku. Szpula, jak zaklęta, rozkręcała się równym tempem, a głowica podawała do słuchawek dźwięk tak żywy, że Lena odruchowo cofnęła się o pół kroku. „Przystanek Nadbrzeżna,” oznajmił ten sam męski głos, tym razem z osobliwą miękkością, jakby mówił do kogoś, kogo nie chciał spłoszyć. „Uwaga na stopień.” „Nie ma takiej ulicy,” wyszeptała Lena, choć pamięć — uparte zwierzę — wysunęła od razu obraz starych planów, na których Wisła miała inaczej narysowaną skarpę, a dawna Nadbrzeżna rzeczywiście biegła tam, gdzie dziś domy i parking. Na biurku, obok ołówka i listwy antystatycznej, leżał teraz przedmiot, którego wcześniej nie było: pergaminowy, stary bilet tramwajowy, cienki jak skrzydło ćmy. Dwie drobne dziurki po kasowniku układały się w liczbę „0”. Na odwrocie ktoś dopisał ołówkiem: „Wsiadasz? 00:15”. Godzina na zegarze nadal stała. Ale gdzieś poza murami łaziennej cegły metal odezwał się znów: dzwonek, raz, drugi, trzeci — krótkie, twarde klaśnięcia. Lena podeszła do okna. Mgła skłębiła się przy chodniku jak piana, ale pośród bieli na ułamek sekundy zobaczyła coś niemożliwego: cienką, ciemną linię połyskującą pod światłem latarni, jakby asfalt na moment odsunął się, odsłaniając dwa równoległe ślady. Irański dywan mgły przesunął się znów i wszystko znikło. Za to na ścianie studia pojawił się ruchomy pasek światła, wędrujący tak, jak wędruje reflektor przesuwający się po szybach. Studer zamruczał głębiej, jakby ktoś dodał mu prądu. W słuchawkach zabrzmiał chłodny podmuch, potem skrzypienie drzwi, a zaraz potem znajome, oszczędne: „Drzwi zamykać.” Na zewnątrz dzwonek odpowiedział mu raz jeszcze, krótszym, bardziej stanowczym klaśnięciem. Lena poczuła, jak w dłoni mięknie skórzany pasek od zegarka. Palce same odnalazły zamek okna. Pociągnęła lekko, aż mechanizm wydał ten charakterystyczny dźwięk, miękki i niepokojący, jak oddech tuż przy uchu...


Author of this ending:

Age category: 18+ years
Publication date:
Times read: 29
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.