Noc w Muzeum Uśmiechów
Lena pracowała nocą w Muzeum Uśmiechów, ukrytym nad starą kliniką dentystyczną przy rynku. W plecaku nosiła własny zestaw: soniczną szczoteczkę, nitkę, miękki skrobak do języka i mały płyn. Rutyna dwóch minut, kolistych ruchów i nitkowania po kolacji uspokajała ją lepiej niż radio. Jutro miała rutynową kontrolę u dentystki, więc odkładała cukierki i popijała tylko wodę. Tego wieczoru mintowy zapach w salach był jednak zbyt intensywny, jakby ktoś płukał mury.
Najbardziej lubiła gigantyczny ząb trzonowy z przejściem w środku oraz lśniące, stuletnie lustro po babci. Doktor Zofia Wierzba podarowała je muzeum, mówiąc, że wszystko odbija lepiej, gdy szkliwo jest czyste. Gdy Lena przechodziła obok, tafla zaparowała od środka i zapisała się na niej zdanie. Nitkuj, zanim wniknę — litery popłynęły jak osad, zostawiając na palcu słodkawy pyłek.
Lena przyłożyła latarkę z telefonu i zobaczyła w lustrze mapę miasta, narysowaną filmem nalotu. Rzeka błyszczała jak nitka, mosty wyglądały jak niciowe łuki, a ciemne plamy puchły jak nieczyszczone kieszonki. Z głębi sali dobiegło delikatne bzyczenie, rytmiczne jak szczoteczka z włączonym timerem dwóch minut. W tym samym momencie ząb trzonowy zadrżał i wysunął z boku maleńkie drzwiczki serwisowe.
Zamknięte na coś jak szczoteczki międzyzębowe, drzwiczki migały czerwienią, a z wnętrza dobiegało ciche skrobanie kamienia. Regulamin zabraniał otwierania instalacji, lecz lustro znowu zapisało słowa, tym razem z kroplami jak po płukance. Wejdź tylko czystym sercem i czystym szkliwem — a potem syknęło jak świeżo nalany płyn. Lena przewlekła nitkę przez kratkę, zaczepiła o maleńki kluczyk i powoli przeciągnęła go do siebie.
Dla odwagi odmierzyła porcję płynu, przepłukała usta przez trzydzieści sekund i wypluła do zlewki serwisowej. Na powierzchni pojawiły się niewidoczne wcześniej znaki, składające się w linię jak instrukcja szczotkowania. Zgodnie z nimi Lena przesunęła kluczyk, usłyszała kliknięcie i poczuła ciepły, słodkawy podmuch ze środka. Za progiem brzmiał chór szeptów powtarzających rytm: dwa razy dziennie, po dwie minuty, bez pośpiechu. Lena zacisnęła dłoń na szczoteczce, wcisnęła przycisk z miękkim piknięciem i zrobiła pierwszy krok w ciemność.
Korytarz był gładki jak szkliwo, lecz przy krawędziach pulsowały drobne kolonie, przypominające rozsypany cukier. Na suficie połyskiwały kryształki fluoru, a w oddali poruszył się ktoś w cieniu bardzo cicho. — Oddaj szczoteczkę, Leno — szepnęło echo głosem babci, tylko że bardziej lepkim i obcym. Z kieszeni płaszcza zadzwoniła minutowa klepsydra, którą nosiła na dyżury, chociaż nigdy jej nie używała. Przed nią wyłoniła się sylwetka z uśmiechem zbyt białym, bez konturów, z luką jak czarna brama. Powietrze zgęstniało, szczoteczka zawibrowała mocniej, a z ciemności wyciągnęła się ku niej ręka z niewidocznym nalotem.
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?