Noc w Muzeum Rzeczy
Lena miała dwadzieścia cztery lata i pierwszy raz nocny dyżur w muzeum. Miejskie Muzeum Rzeczy Zwykłych pachniało kurzem, metalem i długo trzymaną ciszą. Uwielbiała etykiety, porządek i to, że rzeczy dawały się opisać. Słyszała jednak plotkę, że po północy przedmioty mówią do tych, co słuchają. Uśmiechnęła się na myśl o bajkach, położyła notes i sprawdziła zamek gablot.
Po dwunastej zostało tylko buczenie wentylacji i zielone punkty znaków wyjścia. Zegar w holu odmierzający wiek miasta zatrzymał się cicho na trzydziestej trzeciej minucie. Coś zaszurało w gablocie z pamiątkową latarką, potem zadźwięczała pęknięta filiżanka. Lena odsunęła zasłonę i usłyszała krótki szept dobiegający spod grubego szkła nocnego. — Zimno — mruknęła latarka, której nie włączano od dwudziestu pięciu lat. — Notuj — powiedziała filiżanka — bo pamięć czasem przecieka szybciej niż glazura. Mosiężny kompas drgał w drewnianej skrzynce, a igła wskazywała kierunek, którego tu nie było.
Najpierw stuknęło coś w kącie sali technik, jakby ktoś ćwiczył rytm palcami. Maszynie do pisania w futerale opadła klapka, wózek przesunął się, taśma zaświszczała. Na białej kartce pojawiły się litery, równiutkie, aż obce w tej porze. L E N A, potem numery: trzynaście kropka sto trzynaście, zapisane bez wahania. — To nie było w planie — wyszeptała, ale palce już dotykały futerału. — Z listy zniknęła skrzynia, znak jest, a rzeczywistości brak — zadzwoniła filiżanka. Kompas zaszemrał: — W lewo, nie w prawo, tam gdzie północ się marszczy.
Lena znalazła kartę inwentarzową z tego numeru, pociągniętą ołówkiem na marginesie. Ktoś dopisał: weszło świtem bez nadawcy, do czasu wyjaśnień nie otwierać. U stóp regału stała skrzynia z dębowych desek, wzmocniona pasem ciemnej stali. Sznur zdawał się świeższy niż reszta, jakby ktoś wymienił go przez roztargnienie. Latarka mrugnęła trzema błyskami, zupełnie jak litery S O S na starym afiszu. W środku muzeum nagle wydało się więcej kierunków, niż pozwalał plan ewakuacji.
Wzięła pęk kluczy i wróciła, stawiając kroki, które brzmiały obco na linoleum. W budce ochrony grało radio nocne, lecz portier spał z otwartą książką. Lena kucnęła przy skrzyni i uniosła wieko na szerokość dłoni. Zapachniało solą, rdzą i czymś, co przypominało mokre zapałki po ognisku. W głębi coś pukało równo, jak zegar, który woli milczeć pod cudzą ręką. — Tylko odrobinę — poprosiła maszyna — i będziemy mogli wreszcie zacząć mówić głośniej.
Pod palcami Leny pociągły się śruby, aż jedno z kółek jęknęło i odskoczyło. Nagle zgasły lampki awaryjne i zapaliła się tylko jedna, nad magazynem C. Na papierze w maszynie pojawił się nowy wiersz: NIE SAMA, IDŹ ZA GŁOSEM. W drewnie skrzyni zaszumiało jak w muszli, kompas obrócił się i wskazał ciemny korytarz. A wtedy winda, której nie wezwała, zatrzymała się na jej piętrze z pojedynczym dźwiękiem. Ktoś lub coś stanęło tuż za drzwiami, a skrzynia drgnęła od wewnętrznego, niecierpliwego stukania.
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?