Nela i drzwi w chichoczącym lesie
Słońce dopiero wsuwało złote palce przez firanki, kiedy Nela usłyszała pod oknem cichutkie chichoty. Najpierw jeden, jak szelest papierka. Potem drugi, jak dzwoneczek schowany w kieszeni. A potem cała garść chichotów, które kulały się po parapecie jak groszki.
– Słyszysz? – szepnęła Nela do Fiuka.
Fiuk był kieszonkowym smokiem. Mieścił się w dłoni, miał łuski w kolorze zielonego jabłuszka i ogonek, który lubił układać się w znak zapytania. Kiedy ziewał, z pyska unosiła się nie dym, tylko ciepła para o zapachu szarlotki.
– Słyszę – mruknął Fiuk, przeciągając skrzydełka. – To chyba śmieją się liście. Albo... słońce łaskocze poranek.
Chichoty popłynęły dalej, za płot, aż do brzegu Chichoczącego Lasu. Nela wsunęła kalosze w żółte kropki, schowała Fiuka do kieszeni kurtki i pobiegła ścieżką, którą znały tylko jej stopy i dwa wróble z sąsiedztwa.
Las pachniał mokrym drewnem i miodem. Paprocie robiły ukłony, a promienie słońca bawiły się w berka między gałęziami. Co kilka kroków Nela słyszała cichutki chichot, jakby ktoś mówił: „Tu jestem! No chodź!”
– Zobacz – szepnął Fiuk, wysuwając nosek z kieszeni. – Ślady.
Na mchu, tuż przy ścieżce, błyszczały odciśnięte listki. Każdy świecił jak mały lampion. Były w kształcie klonu, ale jakby zrobione z porannej rosy i kawałka tęczy.
– Jakby ktoś chodził iskrami – powiedziała Nela i delikatnie postawiła stopę obok, żeby nie rozmazać blasku.
Ślady prowadziły coraz głębiej. Minęli pień, który wyglądał jak fotel dla olbrzyma, i mostek zrobiony z trzech spróchniałych gałęzi. Na chwilę zawisła nad nimi ważka o skrzydłach jak szkło. Gdzieś w krzakach zaszeleścił jeż w kapeluszu z liścia – przynajmniej tak pomyślała Nela, bo naprawdę coś mu wystawało na czubku głowy.
– Idziemy dobrze – powąchał powietrze Fiuk. – Pachnie jak... jak śmiech.
Ślady błyszczały najmocniej przy starym dębie. Był tak stary, że jego kora miała zmarszczki jak mapa rzek i ścieżek. U jego stóp leżały żołędzie, które stukały cichutko jak paciorki w dłoniach. Nad dębem kołysał się liść, który wcale nie chciał spaść, choć wiatr robił piruety.
Nela położyła dłoń na korze. Była chropowata i ciepła, jakby drzewo miało w środku herbatę. Fiuk usiadł jej na ramieniu i dmuchnął odrobiną pary. Para zatańczyła, osiadła na korze i nagle na pniu pojawiły się linie. Najpierw jedna, prosta jak promyk. Potem druga, trzecia, czwarta. Linie połączyły się i narysowały prostokąt.
– Drzwi – wyszeptała Nela, aż w brzuchu jej zawibrowało.
W miejscu, gdzie wcześniej była tylko kora, mignęła mała klamka. Wyglądała jak kropla deszczu, która postanowiła nie spadać. Na chwilę drgnęła i zaklekotała jak leśny ptak.
– Pukamy? – zapytał Fiuk, chowając ogonek pod skrzydełka.
Nela zastukała delikatnie. Raz. Dwa. Trzy. Las ucichł na krótką chwilę, jakby naciągnął czapkę na uszy. Potem gdzieś wysoko parsknął wiewiór, a z ziemi dobiegł cichutki pomruk, jakby kamyki chciały powiedzieć: „Słuchamy...”
Klamka była chłodna. Gdy Nela dotknęła jej palcem, zrobiła się nagle ciepła, jakby ktoś ścisnął jej dłoń od środka. W tym samym czasie żołędzie przy dębie zaczęły pukać jeden o drugi w rytm, którego Nela nie znała, ale od razu polubiła. Puk–puk, puk–puk–puk. Wśród linii na drzwiach pojawiły się maleńkie znaczki, kręcone i zawijane jak ślimaki.
– Co tam pisze? – Nela zmrużyła oczy.
Fiuk przysunął się bliżej.
– „Wejdź, jeśli umiesz słuchać śmiechu liści” – przeczytał powoli. – I jeszcze: „Nie spóźnij się na promyk.”
– Promyk? – Nela uniosła brwi. – Jaki promyk?
Zanim Fiuk odpowiedział, w pniu coś zadrżało, jakby wielkie serce westchnęło. Kora poruszyła się cichutko. Linie zamigotały, a z ich środka wypłynęło miękkie światło. Nie raziło. Było takie, jak światło w kuchni, kiedy ktoś właśnie piecze ciasto. Ciepłe i pachnące.
– Słyszysz? – Fiuk przekręcił główkę. – Jakby... muzyka.
Nela też usłyszała. Z głębi dębu dobiegał dźwięk, który przypominał śmiech strumyka, stukot łyżek i mruczenie kota na kolanach. Dookoła drzwi wiatr zrobił okrąg i bez przerwy powtarzał: „Już, już, już...”
Żołędzie potoczyły się na bok, odsłaniając coś jeszcze. Korzenie przy stopie pnia zaczęły się przesuwać jak palce. Zwinęły się i rozwinęły, układając stopień. Potem następny. I jeszcze jeden. Jak schody. Schody, które schodziły w dół, do środka drzewa.
Nela spojrzała na Fiuka. Fiuk spojrzał na Nelę. Oboje mieli oczy szerokie jak dwa księżyce w lecie.
– Trzymasz mnie za rękaw? – zapytała Nela cicho.
– Trzymam – potwierdził Fiuk i owinął ogonem mankiet jej kurtki tak mocno, jak umiał.
Nela położyła dłoń na klamce. Z oddali, ponad koronami drzew, przeciągnął cień chmury, a z suszącej się na gałęzi pajęczyny spadła kropla rosy i trafiła w jej but, robiąc na gumie maleńką, przezroczystą kropkę. W tym samym momencie ktoś – albo coś – po drugiej stronie drzwi westchnęło tak miękko, że trawa wokół zatańczyła.
Klamka zadrżała pod palcami. Schody w środku poruszyły się odrobinę, jakby miały zaraz zacząć się kręcić. Dźwięk, ten mrucząco–śmiejący, zrobił się odrobinę głośniejszy, a w światle mignęło coś, co mogło być paskiem tęczy albo... czyimś uśmiechem.
– Gotowa? – spytał Fiuk, i sam nie wiedział, czy bardziej mu się chce śmiać, czy chować pod kołdrę.
Nela wzięła głęboki wdech. Złote światło musnęło jej policzek, jak ciepła ręka. Przycisnęła klamkę i poczuła, że drzwi ustępują. Z wnętrza popłynął zapach, którego nie znała – trochę jak jabłko, trochę jak deszcz, a trochę jak pierwszy dzień wakacji.
Drzwi drgnęły jeszcze raz, otwierając się na szerokość jednego listka... i właśnie wtedy z ciemnej głębi rozległo się ciche: „Pst!”
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?