Did You Know?

Namiot Zwierciadeł


Namiot Zwierciadeł
Cyrk przyjechał o świcie, kiedy mgła wciąż trzymała się rzeki jak cienki, srebrny szal. Ciężarówki turlały się po mokrych od rosy kostkach bulwaru, a ludzie w pomarańczowych kamizelkach, z dłoniami w rękawicach, rozwijali liny, stawiali słupy i rozpinając płachty, malowali w powietrzu niebiesko-złote pasy namiotu. Zapach wilgotnego trocin, wosku do lin i świeżo smażonego cukru mieszał się z chłodnym powiewem znad wody. Lena stała na skraju placu, trzymając w palcach identyfikator z napisem „wolontariusz”. Czuła pod palcami plastikowe żłobienia, jakby w nich zapisano coś ważniejszego, niż imię i nazwisko. Miała czternaście lat i taką pewność w kroku, która udaje, że się nie boi, a jednak drży gdzieś pod skórą. Nie dlatego, że nie znała cyrku. Wręcz przeciwnie. Znała go z opowieści, których nikt w jej domu nie kończył. — Pomożesz mi z tymi skrzyniami czy zamierzasz tak stać do jesieni? — zapytał ktoś, a potem wcisnął jej do rąk róg drewnianej skrzyni. Maks, kolega ze szkoły, który o cyrku wiedział tyle, ile wyszuka w telefonie, złapał drugi róg i przewrócił oczami. — No chodź, marzenia tu nie odwalą roboty. Uśmiechnęła się krzywo. Marzenia. To słowo paliło ją od środka, odkąd znalazła na strychu w pudełku po butach wyblakły plakat: uśmiechnięta akrobatka w granatowym kostiumie z gwiazdą na ramieniu, a nad nią napis „Cyrk Orion — Jeden wieczór, nieskończone spojrzenia”. Z tyłu plakatu ołówkiem dorysowana była mała strzałka i data. Mama nigdy nie mówiła o przeszłości, a kiedy pytała, zmieniała temat. Lena odkładała pytania do czasu. I ten czas przyszedł z ciężarówkami, z gwoździami w workach i z głosem, który potrafił uciszyć całe podwórko. — Proszę państwa operowych skrzyń i science-fiction z lat osiemdziesiątych, odstawiamy to łagodnie na ziemię — odezwał się tenor, tak dźwięczny, że nawet mewy zwolniły nad rzeką. Pan Orion. Ubrany w długi ciemny płaszcz, którego podszewka migała w słońcu jak nocne niebo, i cylinder z małym srebrnym grotem. Wokół jego szyi błyszczała cienka smycz z gwiazdą. — Wolontariuszom dziękujemy podwójnie. Tu jest rytm, tu jest dyscyplina, tu nie słuchamy telefonów, tylko siebie nawzajem i tego, co pod namiotem. A tego, co jest w skrzyni z gwiazdą, nie dotykamy. Ani razu. Lena z Maksym obejrzeli się odruchowo. „Skrzynia z gwiazdą” brzmiała jak coś z plakatów i wyobrażeń. Dopiero kiedy postawili przed sobą długą, ciemną skrzynię, zobaczyła na jej wieku wypalony symbol: pięcioramienną gwiazdę wpisaną w okrąg. Drewno było zimne, jakby dopiero co wyjęto je z lodowatego jeziora. Gdy prześlizgnęła po nim dłonią, poczuła niemal niedostrzegalne drżenie, coś pomiędzy mruczeniem a oddechem. — Hej! — Róża, powietrzna akrobatka, spadła na ziemię z platformy tak miękko, jakby była ptakiem. Miała sprężyste włosy spięte czerwoną wstążką i dłonie oblane kalafonią. Uśmiechnęła się do Leny porozumiewawczo. — Pierwszy raz? — Trochę — przyznała dziewczyna. — Tylko… mama kiedyś… Nieważne. Róża nie dopytywała. Machnęła ręką. — Potem pogadamy. Teraz pomożecie mi zawiesić wstęgę? Orion przygotowuje Namiot Zwierciadeł i wszyscy chodzą na palcach. Słowa „Namiot Zwierciadeł” zabrzmiały jak obietnica i ostrzeżenie jednocześnie. Na skraju placu wyrastała już mniejsza konstrukcja: srebrzysta, metalowa, z wejściem zasłoniętym ciężką, grafitową kurtyną. Płaty materiału odbijały światło jak powierzchnia wody, bez zmarszczek, bez skaz. Lena złapała za linę i podciągnęła czerwone taśmy Róży aż wysoko pod kopułę głównego namiotu. Gdy akrobatka wspięła się po nich jak po łodydze, obijając się łydkami o jedwabiście gładką tkaninę, każdy ruch był płynny, wymierzony, pewny. Słychać było tylko skrzypnięcia krążków i ciche „tak-tak” lin. — Światła! — krzyknął ktoś z ambony oświetleniowej. Maks podbiegł do stołu i zaczął wsuwać suwaki. Kolorowe światło spłynęło po wstędze, a Róża wycięła w powietrzu spiralę, która mogłaby rozwinąć mgłę. Lena poczuła ukłucie zazdrości i zachwytu. Czy tak poruszała się kobieta z plakatu? Czy tak patrzyło się na nią z dołu, z uniesioną głową, aż bolał kark? Tymczasem do Namiotu Zwierciadeł podszedł Pan Orion z kilkorgiem artystów. Była tam smukła iluzjonistka o ostrych kościach policzkowych, przedstawiona później Lenie jako Dalia, i dwaj technicy niosący długie rury o lustrzanych ściankach. Orion rozkładał dłonie z teatralną powagą. — Zasada pierwsza: w labiryncie luster nie chodzimy sami. Zasada druga: nie dotykamy szkła, chyba że ktoś po drugiej stronie poprosi. Zasada trzecia: kurtyna zostaje zamknięta zawsze, gdy nie ma nikogo na środku — mówił, prowadząc ich między wąskie, błyszczące korytarze. Lena, chociaż nie powinna, podeszła bliżej, udając, że przestawia skrzynkę z gwoździami. Zobaczyła, jak Dalia staje naprzeciw ogromnej tafli. Jej odbicie mignęło, ale nie tak samo. Ułamek sekundy — może dwa — lustro zdawało się opóźnione co do mrugnięcia, co do ruchu palców. Dalia nie drgnęła. Uniosła rękę i przeciągnęła po włosach grzebień z czarnego hebanu, jakby pod wodą. Lena zmrużyła oczy. Było w tym coś dziwnie miękkiego i gęstego, jak powietrze w sierpniu przed burzą. — Odsunąć się, proszę — rzucił technik bez cienia grzeczności, a Lena cofnęła się pół kroku, udając obojętność, która wcale nie była łatwa. Kiedy odchodziła, kątem oka dostrzegła, że w rogu Namiotu Zwierciadeł stała skrzynia z gwiazdą. Ta sama. Albo taka sama. Mignęła jej tylko, bo kurtyna opadła z miękkim „szszsz” i wszystko pochłonęła szarość materiału. Reszta dnia upłynęła w rytmie budowy. Z kanciastych elementów wyrastały ławki dla widzów, z rurek — barierki. Rozwieszono girlandy żarówek, polerowano obręcze, na których jutro ktoś będzie wirował głową w dół. Lena i Maks dostali zadanie łatwe, ale odpowiedzialne: wiadra, ścierki, sprzątanie śladów po stolarzach. Kiedy słońce wreszcie przebiło się przez chmury, wszystko błyszczało, a rzeka przestała wyglądać na obcą. — To twoja? — zapytała Róża, wskazując na zawieszkę na szyi Leny. Mała gwiazda na cienkim łańcuszku, matowa, prawie taka sama jak na skrzyni. — Znalazłam w domu — mruknęła Lena, chowając ją odruchowo pod koszulkę. — Dziwne, prawda? — W cyrku nic nie jest zwykłe — uśmiechnęła się Róża i przez moment było w tym cieple, które nie potrzebuje ognia. Wieczór przyszedł szybciej, niż powinni. Bulwary wypełniły się ludźmi, którzy nosili w garściach świecące baloniki i watę cukrową większą od głów. Dzieci trzymały rodziców za ręce, starsze pary dzieliły się ławką i termosami. Nad rzeką zapalono lampy, a z głośników popłynęła muzyka, która z każdą nutą obiecywała coś, czego się jeszcze nie widziało. Pod wielkim namiotem latarnie kręciły kolorami po trocinach, a Pan Orion krążył niczym planeta w idealnej orbicie, pociągając za sobą pomocników we właściwe miejsca. — Masz to dla mnie? — zapytał, wyłaniając się nagle przed Leną. Jego oczy, jasne jak lód, omiotły ją szybko i uważnie. — Taśma gaffer. Czarna. Tylko czarna. Namiot Zwierciadeł ma pęknięty próg przy trzeciej ramie. Dalia się wścieknie, jak zobaczy fuszerkę. — Mam — odparła Lena, chwytając rolkę z wózka technicznego. Czuła drżenie w palcach, ale potraktowała je jak część muzyki. Wzięła jeszcze latarkę. Przepchnęła się między skrzyniami, minęła Różę i Maksa, którzy kłócili się o poziom światła na proscenium, i stanęła przed wejściem do Namiotu Zwierciadeł. Kurtyna była ciężka, miękka jak aksamit i zimna jak kamień nocą. Za nią panował półmrok. Ktoś kiedyś powiedział, że lustra żyją tylko światłem. Tu wydawały się oddychać cieniami. Lena uniosła materiał i wsunęła się do środka. W pierwszej chwili nic nie widziała poza odbiciem latarki — cienkim snopem żółtego światła, które od razu multiplikowało się w nieskończoność. Korytarz, który wydawał się prosty, rozszczepiał się na kolejne przejścia, każde wyglądało tak samo: równe, czyste, ze stalowymi ramami, na których nie było odcisków palców. Szła powoli, pamiętając, że Orion mówił „nigdy nie sama”. Ale była tylko na chwilę. Tylko przykleić taśmę. Tylko zobaczyć to wszystko z bliska. — Halo? — odezwała się cicho. Dźwięk odbił się od szkła i wrócił do niej z tyłu, jakby ktoś odpowiedział. Przez sekundę pomyślała o mamie: o dłoniach, które pachniały czymś słodkim i żywicznym, o nagle urwanej rozmowie w kuchni, kiedy spytała o stary plakat. Zatrzymała się przy trzeciej ramie, jak prosił Orion. Rzeczywiście, na progu, tam gdzie metal spotykał się z podłogą, wyszczerbiła się cienka linia. Lena kucnęła, trzymając latarkę w zębach, i zaczęła odmierzać taśmę. Klej chwytał zimno, z sykiem. Kiedy przykleiła pierwszy pas, w szkle obok zamigotało coś białego. Odwróciła głowę. Jej własne odbicie patrzyło na nią zbyt uważnie. Mogłaby przysiąc, że przez ułamek sekundy zobaczyła przy swojej szyi zawieszkę po lewej stronie, choć przecież nosiła ją po prawej. Gdy mrugnęła, wszystko wróciło na miejsce, jak w grzecznej klasie, w której ktoś przed chwilą rzucił gumką. — Dobra, dobra… — szepnęła sama do siebie. Poczucie, że ktoś za nią stoi, było jak kropla potu na kręgosłupie. Odwróciła się gwałtownie i oświetliła korytarz. Puste. Tylko jej światło i jej oddech i cienki, odległy brzęk generatora na zewnątrz. „Nie wchodź do luster.” Telefon w tylnej kieszeni zawibrował tak nagle, że prawie upuściła latarkę. Wyciągnęła go i odblokowała razem z wydechem. Nieznany numer. Jedno zdanie. Litery jak krople atramentu. „Nie wchodź do luster.” — Super żart, Maks — mruknęła, choć Maks nigdy nie pisał bez emotikonek. Odruchowo spojrzała na górę ekranu: brak zasięgu. Jak więc wiadomość dotarła? Zacisnęła usta i schowała telefon, czując, jak na karku podnosi jej się skóra. Nagle, z wody za ścianami namiotu czy skądś, co zna tylko noc, dobiegł przeciągły dźwięk syreny statku. Publiczność przed głównym namiotem zawrzała. Zaczynało się. — Lena, raport! — Pan Orion, chociaż pewnie był daleko, zabrzmiał, jakby stał tuż obok. — Dwie minuty do wejścia. Jesteś tam? — Już wychodzę! — zawołała, po czym sama przestraszyła się, jak pusto zabrzmiało jej echo. Przycisnęła ostatni kawałek taśmy i podniosła się. Wtedy lustro po prawej zaparowało od środka. Nie tak, jakby ktoś oddychał na szkło z zewnątrz, ale jakby w środku było cieplej niż tutaj. Na matowej, białej warstwie zaczęły rysować się litery. Powoli, jakby pisane palcem. L… E… N… A. Ktoś szeptem powiedział jej imię. Szept przyszedł z tafli, a nie zza pleców. Odetchnęła płytko, nie czując już powietrza. Lampki na ramie zamigotały na sekundę, niknąc, gdy generator chrząknął. Na zewnątrz rozległ się werbel. Trzy uderzenia. Potem głos Pana Oriona, pewny jak zawsze: — Panie i Panowie, prosimy o ciszę… Lena zrobiła krok w tył, ale podeszwa zaczepiła o krawędź, gdzie przed chwilą przykleiła taśmę. Zachwiała się i w odruchu oparła dłonie o szkło. Było nieprzyzwoicie zimne i gładkie jak woda zimą. Po drugiej stronie, dokładnie naprzeciw, jej odbicie zrobiło to samo — ale jej palce nie dotknęły się w tym samym momencie. Różnica była niewielka, jak mrugnięcie. Wystarczająca, żeby poczuć, że coś tu jest nie tak. Mirrory w głąb korytarza rozjarzyły się jednocześnie srebrzystym blaskiem. W najdalszej tafli poruszyła się sylwetka. Nie jej. Kobieta w granatowym kostiumie z gwiazdą na ramieniu, jak na starym plakacie, uniosła rękę i dotknęła szkła od środka. Zawieszka na jej szyi połysnęła. Taka sama. Werbel zamilkł. Kurtyna głównego namiotu miała zaraz pójść w górę. Ludzie wstrzymali oddech. — Lena… — szepnęła kobieta z lustra, a w odpowiedzi z drugiej strony korytarza ktoś poruszył kurtyną Namiotu Zwierciadeł, jakby od wewnątrz ktoś próbował ją rozchylić. Latarka w dłoni Leny zamigotała. W półmroku lśnienie szkła było jak śmiech i ostrze jednocześnie. Serce walnęło jej w klatkę piersiową tak mocno, że aż zęby zadzwoniły. Na zewnątrz rozległa się fanfara, jakby ktoś właśnie otwierał gwiazdę na niebie. Lena wetknęła palce pod krawędź kurtyny, gotowa zrobić krok w którąś stronę. Tuż nad jej uchem, blisko i wyraźnie, mimo że nikogo tam nie było, rozległ się cichy szept: — Widzimy się teraz? Światła mignęły po raz drugi, a lustro naprzeciw niej drgnęło, jakby szyba wzięła wdech.


Author of this ending:

Age category: 13-15 years
Publication date:
Times read: 31
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.