Nadajemy z jutra
Poniedziałek w Liceum Ogólnokształcącym nr 7 zaczął się od dzwonka, który brzmiał jak zacięty czajnik. Korytarze pachniały mokrymi kurtkami i świeżym kserem, a radiowęzeł, choć miał ambicje bycia sercem szkoły, wyglądał jak serce starego jamnika: kochał, ale zdarzało mu się kaszleć. W studiu leżały trzy mikrofony o charakterach bardziej kapryśnych niż dzienny grafik stołówki, powyginane kable przypominały makaron, a na parapecie stał plastikowy kaktus z naklejką „Nie podlewać – ironia”.
Nina Koral, klasa 3C, gryzła ołówek, co sprawiało, że wyglądała jak myślący bobr. Lubiła rzeczy, które mają klawisze i dają się wyciszyć: piana, laptop, gadający Borys. Borys Kwiecień natomiast był człowiekiem o sercu na dłoni i słuchawkach na szyi. Z urodzenia optymista, z wyboru dźwiękowiec, z konieczności spiker, bo „ktoś musi, a ty masz radiowy śmiech”.
„Gotowa?” – Borys stuknął palcem w stół mikserski tak, jakby budził śpiącego potwora.
„Urodziłam się gotowa. Potem to się trochę pogorszyło” – mruknęła Nina i poprawiła włosy w szybce, która, szczerze mówiąc, nie była lustrem, tylko wygłuszającą szybą, więc odbijała ją jak poszlakę.
Na czerwonej lampce zapaliło się ON AIR. Borys wziął oddech, ale zanim zdążył powiedzieć „Dzień dobry, siódemko!”, w głośnikach popłynął jingle. Nie ich jingle. Brzmiał jak reklama gumy do żucia z 1998 roku, tyle że głos... brzmiał jak Nina. Tylko jakby spokojniejsza, z tą lekką chrypką, którą Nina miewała dopiero po trzeciej godzinie polskiego.
„Tu Radiowęzeł Siódemki, audycja poranna – wtorek, godzina siódma zero siedem. W programie: przewidywania trafione w punkt i zmiana w siatce dzwonków. Prosimy odkleić słomki bubble tea z podłogi, zanim pan dyrektor... no, zobaczycie” – powiedziała ta Nino-podobna osoba, a potem poleciała piosenka sprzed dekady o tym, że życie jest jak pizza.
Nina i Borys spojrzeli na siebie. Przez sekundę słychać było tylko stary wentylator, który wydawał dźwięk „rrrrr”, jakby zastanawiał się, czy ma prawo do emerytury.
„Który dziś jest?” – zapytał Borys i natychmiast spojrzał na zegarek. „Poniedziałek.”
Nina zerknęła na monitor. Planer audycji w ich programie wyglądał jak zawsze: trzy wiadomości, dwie reklamy kół zainteresowań, piosenka nauczycielskiego zespołu The Chalk. Tyle że obok pojawił się nowy folder: „Jutro-1”.
„Kto to wrzucił?” – Nina kliknęła. W środku były pliki audio z nazwami, które brzmiały jak wewnętrzne żarty: „7_07_wtorek_jingle”, „9_12_slizg”, „13_13_szuranie”. Czas ich utworzenia: dziś, ale jakby z przyszłości. System pokazywał daty o 24 godziny do przodu, co dało Borysowi i Ninie ten sam rodzaj gęsiej skórki, co wykład o romantyzmie w poniedziałek o ósmej rano.
„To prank. Na bank. Ktoś się bawi datą systemową” – wymamrotał Borys, choć jego głos drżał jak obraz w rzutniku po dotknięciu.
„Albo... jest druga opcja, której nie wypowiadamy, bo zabrzmi zbyt poważnie i zakończy się tym, że zrobimy mema z księżycem” – powiedziała Nina. „Słuchaj tego pliku o dziewiątej dwanaście. Tytuł brzmi jak przestępstwo przeciw bezpieczeństwu i higienie pracy.”
Nina włączyła „9_12_slizg”. Z głośników popłynął dźwięk kroków na gumoleum, szuranie i okrzyk, który mógł należeć do dyrektora, a mógł też być dźwiękiem przerażonego flaminga. Potem bardzo wyraźny, niezbyt radiowy tekst: „O nie, znowu te słomki!”
„Super. Jedyny człowiek w tej szkole, który używa słowa ‘słomki’ z takim dramatyzmem. Co teraz?” – zapytał Borys.
„Teraz... teraz czekamy. Jest ósma piętnaście. O dziewiątej dwanaście idziemy pod gabinet. Jeśli nic się nie wydarzy, przybijemy piątkę informatykowi za sprytny dowcip. Jeśli coś się wydarzy...” – Nina nie dokończyła. Zamiast tego wyciągnęła z szuflady taśmę klejącą i tabliczkę „Uwaga: próg!”, po czym spojrzała na nią jak na amulet.
Resztę pierwszej lekcji spędzili na słuchaniu brzęczenia świetlówek i plotek przez cienkie ściany: ktoś zgubił koszulkę z WF-u, ktoś inny dostał pięć z biologii „za oczy”. W radiowęźle zawisło to dziwne napięcie, które sprawia, że nawet zegar tyka jak aktor dramatyczny.
O dziewiątej jedenaście Nina i Borys stali naprzeciwko gabinetu dyrektora, próbując wyglądać, jakby wcale tam nie stali. To znaczy: Nina gapiła się w plakat o szkolnym doradztwie kariery („Zostań sobą! Albo kimś z dobrą pensją.”), a Borys udawał, że grzebie w plecaku. Obok przechodziły osoby z klas młodszych, upuszczając co jakiś czas słomkę od bubble tea. Podłoga naprawdę była usiana przezroczystymi rurkami, jak dowód na to, że fizyka i logistyka są w tej szkole tylko teorią.
Zegar przesunął się na 9:12. Drzwi gabinetu otworzyły się. Dyrektor wysunął się jak nos z książki i zrobił pierwszy krok. Potem drugi. Na trzecim jego podeszwa spotkała się z plastikowym losem. Nie była to katastrofa – raczej delikatny piruet człowieka, który w młodości miał kłopoty z wuefem. Zmarszczył brwi, spojrzał na podłogę, wypowiedział zdanie o słomkach z tą samą intonacją, którą słyszeli w nagraniu, i postanowił: „Od dziś koniec ze słomkami na terenie szkoły. Proszę to ogłosić w radiowęźle.”
Borys i Nina popatrzyli na siebie tak, że gdyby ich wzrok był memem, miałby podpis „no i masz ci los”.
„Nie lubię mieć racji, kiedy to nie jest moja racja” – powiedziała Nina, a głos zawisł jej w gardle.
Do dwunastej w radiowęźle panował ruch jak w ulu bez pszczół: parę osób z koła dziennikarskiego, przewodnicząca samorządu, nawet pani pedagog – wszyscy wpadali, żeby powiedzieć „Słyszeliście?” i dodać „To na pewno ktoś z czwartej D”. Każdy miał teorię, a żadna nie brzmiała lepiej od poprzedniej. Na czacie „Rada Memiczna” ktoś wrzucił zrzut ekranu z serwera: w logach przewijało się słowo „Wczoraj++”. Informatyk napisał: „Nie przejmować się. Może to upgrade. Albo duch.” Dodał emotikonę, która sprawiała, że trudno było stwierdzić, czy żartuje.
„Zejdźmy do archiwum” – zdecydowała Nina. „Jeśli ten folder wystąpił z nicości, to nicość siedzi gdzieś między magnetofonami i pajęczynami.”
Schody do piwnicy były chłodne i miały wbudowany echo-bonus: każde słowo wracało jak spóźniony sms. Drzwi do archiwum radiowęzła otwierały się ciężko, jakby do środka napompowano wspomnienia. Pachniało kurzem i starym winylem. Na półkach stały czarne pudełka z taśmami – opisy z czasów, gdy rysowało się litery trochę jak kwiatki: „Studniówka ’02”, „Apel ekologiczy” (błąd w etykiecie dawał narzędziom poprawnej polszczyzny ataku nerwowego), „Wywiad z dziadkiem absolwenta”.
Pośrodku, na wózku, stał magnetofon szpulowy, którego nikt nie dotykał od lat. Tylko że teraz świeciła się na nim lampka NAGR, jak gdyby stary sprzęt robił sobie selfie. Szpula powoli obracała się, wydając dźwięk, który brzmiał jak próba wymówienia „rabarbar” po zbyt dużej ilości herbaty.
„Niech ktoś mi powie, że to nie działa samo” – wyszeptał Borys.
Nina podeszła bliżej. Na przyklejonej karteczce widniał tytuł wypisany grubym markerem: „Jutrzejszy Poranek, Odc. 1”. Obok ktoś nabazgrał: „Nie przewijać”.
„Na pewno informatyk się bawi. Albo pan od historii, on lubi takie żarty” – spróbowała Nina, ale brzmiała tak przekonująco, jak plan sobotniej pobudki o szóstej.
„Zróbmy to profesjonalnie. Założę słuchawki. Ty naciśnij PLAY, kiedy powiem” – Borys wyjął z kieszeni parę nausznych słuchawek, które pamiętały czas, kiedy nikt nie nazywał muzyki „contentem”.
„Na trzy?”
„Na trzy.”
„Raz.”
„Dwa.”
„Tr...”
Lampka NAGR zaświeciła mocniej, jakby magnetofon sam chciał wziąć sprawy w swoje rolki. Z głośnika poszło lekkie trzeszczenie, potem czyjś cichy oddech i głos Niny – znowu ten z jutra, pewny, ale niespokojny:
„Jeśli to słyszysz, znaczy, że wydarzenia idą swoim torem. O trzynastej trzynaście wejdźcie na halę. Nie spóźnijcie się, bo inaczej...”
Słowa urwały się na sekundę, w której w archiwum rozległ się inny dźwięk: subtelne puknięcie od strony metalowej szafy z technicznymi gratami. Nina i Borys spojrzeli tam równocześnie. Puknięcie powtórzyło się, o ułamek tonu głośniejsze, jakby coś – albo ktoś – próbował uzgodnić rytm z ich tętnem.
„...bo inaczej nie zdążycie zarejestrować tego, co pęknie” – dokończył głos w słuchawkach, a stare świetlówki nad ich głowami zaczęły lekko migotać.
Borys połknął ślinę tak głośno, że aż odbiło się echem. Nina zacisnęła palce na tabliczce „Uwaga: próg!”, jakby miała posłużyć za tarczę.
Z szafy dobiegł trzeci odgłos, zdecydowanie mocniejszy. Tym razem to nie było puknięcie. To był zgrzyt zamka, który właśnie... się przekręcał.
Oboje zrobili pół kroku do tyłu. Magnetofon wydał z siebie pisk, taśma naprężyła się jak nerw przed klasówką i wszystko w archiwum – kurz, zapach, światło – nagle... zamarło na ułamek sekundy.
Potem ktoś od środka zaczął naciskać na drzwi metalowej szafy.
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?