Did You Know?

Mrugająca Latarnia i Sekret Sępiej Skały


Mrugająca Latarnia i Sekret Sępiej Skały
Jeszcze przed zmrokiem wiatr niósł nad zatoką zapach soli i rdzy. Nad urwiskiem, na skraju miejscowości o wdzięcznej nazwie Zatokowa, stała latarnia, która od lat nie świeciła. Beton poszarzał jak zgaszona perła, a miedziana kopuła zmarszczyła się od wiatru i czasu. Nikt już o nią nie dbał, odkąd nowoczesny nadajnik przejął jej zadanie. Zostały tylko opowieści o strażniku, który znał morze lepiej niż mapy, i pęknięcia po ostatniej zimowej burzy, kiedy fale sięgały niemal platformy widokowej. Lena miała czternaście lat i włosy tak jasne, że podczas sztormów stawały się prawie białe od soli. Igor, starszy o rok, nie rozstawał się z plecakiem wypchanym narzędziami, z których połowy nigdy nie zdążył użyć. Byli rodzeństwem, choć ich ciche rywalizowanie przypominało potyczki dwóch kapitanów na wspólnym pokładzie. – Zobacz – Lena wskazała palcem na ciemny szczyt latarni. – Znowu miga. Krótkie, długie, krótkie... Nie ma prawa, przecież od lat nie ma tam prądu. – Może ktoś stroi drona z lampką – mruknął Igor, ale już odpinał z paska mały odbiornik radiowy własnej roboty. Wyglądał jak pudełko po mydle, z którego wystawała cienka antena i pokrętło zrobione z nakrętki po słoiku. – Albo... albo to ktoś w środku. Zeszłej nocy Lena obudziła się, bo przez zasłony przebił się regularny błysk. Igora nie trzeba było długo namawiać do porannej wyprawy. Tym bardziej, że w bibliotece natknęli się tydzień temu na pożółkły plan latarni. Na marginesie ktoś kredką dorysował wąski korytarz wiodący pod klif, podpisany: „serwis”. Nikt z dorosłych nie wierzył, że coś takiego naprawdę istnieje. – Te stare plany często były robione na wszelki wypadek – powiedział wójt, machając ręką. – Teraz to wszystko zasypane. Ale burza sprzed dwóch dni zdrapała z urwiska kawał gliny. Przy brzegu wypłynęły dziwne belki i lina wyplątana z wodorostów. A latarnia – latarnia migała. Poszli wzdłuż ścieżki, która wiła się przy krawędzi ziemi jak ciemnozielona wstążka. W dole dudniła piana, ryjąc się w żłobieniach skał. Głazy wyglądały jak olbrzymie czaszki; mewy krzyczały nad nimi tra-la-la w tonacji ostrzegawczej. Lena poprawiła pasek kasku wspinaczkowego. Igor przeliczył w myślach karabińczyki i rozejrzał się, jakby mierzył odległości okiem geodety. – Mamy linę, mamy latarki, mamy zdrowy rozsądek – wymienił. – I wiesz co jeszcze? – Wyciągnął z kieszeni mały notes. – Notatnik do zapisywania głupich pomysłów. Na wszelki wypadek. Przed bramą latarni znalazł się stary metalowy znak: WSTĘP WZBRONIONY. Litery obdrapał wiatr, a róg tablicy ugryzła rdza. Kłódka wisiała, dumnie za duża, jakby pilnowała tajemnicy, której nie potrafi już strzec. Igor spojrzał na mapkę w notesie, potem na skalny uskok tuż obok muru. Burza oderwała fragment zarośli i odsłoniła szczelinę szeroką na jedno ramię. – To musi być ten serwisowy – wyszeptała Lena. – Widzisz szyny? Rzeczywiście, z mroku gisnęły dwa cienkie, zardzewiałe paski metalu, jak fragment zapomnianych torów. Prowadziły ze skraju klifu w ciemność pod fundamentami latarni. Piasek był tam twardszy i wilgotny, jakby oddech morza wystygł dopiero co. – Uwaga na głowy – ostrzegł Igor i wsunął się w szczelinę pierwszy. – I trzymaj latarkę nisko, żeby nie oślepić się odbiciem. Świat natychmiast stał się gęsty i chłodny. Ściany były chropowate i przyjemnie suche, w powietrzu wisiała mieszanka metalu i spaliń, które musiały zaimpregnować skałę dawno temu. Krople kapały gdzieś w głębi, mierząc czas równiej niż zegar. – Słyszysz? – Lena przyklękła, przytykając dłoń do szyn. Poczuli lekkie drżenie, prawie wyobrażenie. Potem z odbiornika Igora pociągnęły się pojedyncze trzaski. Raz, drugi. Przerwa. Seria krótkich sygnałów, jak pukanie o rurę. – To nie jest przypadek. – Krótki, krótki, krótki, długi, długi... – Igor układał w głowie kreski i kropki, licząc oddechem. – Jeśli to to, o czym myślę, to ktoś nadaje w najprostszy sposób, jaki się da. – Odbiornik zagulgotał cicho, wzmocnienie poszło w górę i trzaski stały się czytelniejsze. – Słyszałem to na obozie, pamiętasz? – dodał półgłosem. – Nie jestem pewny, ale chyba... chyba to literka P. – P? Jak „pomoc”? – Lena sama przesadziła z szeptem, jakby ściany miały uszy. – Albo „podaj karmelki” – uśmiechnął się krzywo Igor, ale tylko połową twarzy. – Zobaczymy, czy powtórzą. Korytarz łagodnie skręcił. W latarkach migotały czarne kształty nietoperzy, wiszących jak złożone parasole. Daleko, gdzieś przed nimi, pojawił się blade światło, rozlane jak jedna niewyraźna plama. Nie błyskało już, ale pulsowało równym tętnem, jakby ktoś przykrył lampę dłonią i odsłaniał ją miarowo. – Kiedy ostatnio ktoś tędy szedł? – Lena przyjrzała się ziemi. Odciśnięta w błocie podeszwa wyglądała świeżo, nie rozmył jej żaden deszcz. – Dwie, może trzy osoby. Jedna drobniejsza. Trzymała się blisko ściany. – Albo próbowała się jej trzymać – poprawił Igor. – Patrz, tu ślad przesuniętej dłoni. – Przesunął opuszkami po osmaleńcu. – A to? – Dotknął wyrytego w skale znaku: koło z ptakiem o rozłożonych skrzydłach. Pod spodem ktoś wydrapał skrót: „S.S.”. – Sępia Skała – Lena uśmiechnęła się krótko, ale w oczach coś jej zadrżało. To była nazwa klifu zanim w papierach urzędowych pojawiła się Zatokowa. Babcia mówiła tak, gdy opowiadała, jak w młodości nosiła do latarni zupę w słoiku. Kiedy dotarli do rozgałęzienia, obok żelaznego wózka z drewnianym dnem leżała skrzynka amunicyjna z powycieranymi literami. W środku – tylko zwoje kabli, lutownica, kieszonkowa latarka i, co dziwniejsze, świeża kartka z odciśniętym śladem dłoni w smarze. Ktoś tu nie tylko był. Ktoś tutaj pracował. – Nie podoba mi się to – powiedział Igor, ale w głosie miał nutę tej samej ciekawości, która kazała mu rozkręcać piloty. – Kto zostawia lutownicę w takim miejscu? – Ten, kto nie zdążył jej zabrać – odparła Lena. – Albo musiał szybko uciekać. Z odbiornika znów popłynęły sygnały, teraz krótsze, jakby nadawca tracił cierpliwość albo siły. Igor skrzywił się w skupieniu. – P... O... M... – wyszeptał, kiedy kropki i kreski nabrały sensu. – Ja się nie bawię. Ktoś naprawdę prosi o pomoc. – Więc idziemy – zdecydowała Lena, zanim lęk zdążył jej wejść w kolana. Założyła karabińczyk na zabezpieczoną linę, którą przewiesili przez stalowy trzpień w ścianie. – Prowadzę, ty pilnuj sygnału. Tunel zwęził się i zszedł niżej, pod kątem zbyt stromym, żeby iść pewnym krokiem. Pod butami robiło się ślisko. Czuć było słony oddech fal, jakby morze wciągało powietrze prosto do serca skały. Z przodu wyraźniały stalowe drzwi z okrągłym wizjerem, pancerne jak właz okrętu. W wizjerze odbijała się ich latarka – dwa małe słońca na czarnym tle. – Jeśli to zamknięte, wracamy po Maksa – burknął Igor, choć oboje wiedzieli, że brata ich koleżanki i tak ciężko było wyciągnąć z domu bez obietnicy pizzy. – Jasne. Po Maksa i po latem, w którym nie marnujemy szans – odparła Lena, ściszając głos. Wsunęła dłonie w rękawiczki i pchnęła drzwi. Ku ich zdziwieniu ustąpiły z jękiem, jakby nie były domykane od wczoraj, a nie od dekad. Zapach oleju uderzył im w twarze, ciepły i świeży. Za drzwiami rozciągało się pomieszczenie tak długie, że latarki nie sięgały ściany. Sufit podtrzymywały żeliwne łuki, między nimi wisiały kable jak spięte liany. Po lewej stał rząd prastarych akumulatorów, część przytulona do ściany kocami przeciwpyłowymi. Po prawej – blat z rozłożonymi narzędziami. Pośrodku – stół kreślarski. Nad nim lampa, ta, którą widzieli z urwiska, pulsowała spokojnie, zasilana czymś, czego nie rozumieli. Na ścianie wisiała mapa wybrzeża z czasów, kiedy nie było mola, a piasek miał inny przebieg. Ktoś poprawił ołówkiem kształt klifu, dorysował korytarze niczym żyły. Przy jednym z bocznych tuneli ktoś zapisał kredą dzisiejszą datę. Pod nią – dwa imiona: LENA i IGOR. Litery były świeże, nie zdążyły się osypać. Lena poczuła, jak w brzuchu robi się jej lekko, jak wtedy, gdy niespodziewanie spadasz z niskiej półki. – To jakiś żart – spróbowała. Głos zabrzmiał jednak zbyt grubo, zbyt poważnie. – Nie ma tu nikogo. Albo jest i czeka – powiedział Igor, ale spojrzał przez ramię. Odbiornik zapiszczał piskliwie i zamilkł. Cisza wypełniła pomieszczenie elastyczną watą. Potem wciął się w nią dźwięk metaliczny, uderzenie o podłogę – jak spadający klucz. Z tyłu, we wpuście w ścianie, opadła krata. Za nimi. Ich jedyna droga wyjścia z tunelu zamieniła się w gęste pręty, zimne jak przestrzelony lód. – Kto tam? – rzuciła Lena, odwracając latarkę w stronę dźwięku. Z cienia, przy drugim końcu sali, coś się poruszyło. Najpierw błysk żółtej peleryny, potem profil – wysoki, w kapturze, obrysowany światłem lampy jak wycięty z kartonu. Ręka, w ciemnej rękawiczce, uniosła się w górę z gestem, który mógł być ostrzeżeniem lub powitaniem. Głos, zachrypnięty, ale wyraźny, przeszedł przez przestrzeń jak fala, znając ich imiona, zanim zdążyli cokolwiek powiedzieć: – Dobrze, że zdążyliście. Macie mało czasu.


Author of this ending:

Age category: 13-15 years
Publication date:
Times read: 36
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.