Między uderzeniami
W piątkowy wieczór, ostatni przed wakacjami, dachy Brzezin wyglądały jak łuski z ciemnego szkła. Nad miasteczkiem wisiały ciężkie chmury, a na rynku tylko kilku turystów robiło zdjęcia latarniom pamiętającym jeszcze dwie wojny. Wieża zegarowa, z cegły ciemniejszej od mokrej kostki, szumiała cicho od wiatru, jakby sama oddychała. To był najlepszy moment, żeby wejść do środka – pani z archiwum już dawno zamknęła drzwi, a strażnik lubił robić długie przerwy na kawę.
Miałam czternaście lat i klucz na sznurku, który wciskał mi się w obojczyk, kiedy biegłam. Nazywam się Lena, a moje serce bije szybko, chociaż zawsze udaję spokój. Oskar, mój sąsiad z trzeciego, biegł za mną z plecakiem pełnym narzędzi, które jego dziadek nazywał „czymś, co kiedyś na pewno się przyda”. Oskar miał piętnaście, oko do detali i talent do denerwowania ludzi, kiedy się bał.
– To naprawdę dobry pomysł? – sapnął, kiedy stanęliśmy pod metalowymi drzwiami od zaplecza. – Jeśli coś walnie, to wezmą nas za wandali.
– Nie mamy zamiaru niczego rozwalać – odpowiedziałam, wciskając klucz w ciężki zamek – tylko znaleźć odpowiedź.
Pradziadek Jan Kłosek był zegarmistrzem i zniknął w sierpniu trzydziestego dziewiątego, zostawiając po sobie warsztat, pudełko z listami i rodzinne milczenie. W chwilach, kiedy babcia zapominała, mówiła, że „on coś naprawiał, coś większego niż zegarek”. Została po nim też szkatułka z mosiądzu, którą odnalazłam dwa tygodnie temu w gminnym archiwum, chwilę przed tym, jak pani Aniela kazała mi ją oddać do katalogowania. Nigdy nie byłam tak wdzięczna za to, że wolontariat może ciągnąć się po godzinach.
Schody w wieży były wąskie i kręte. Wilgoć z deszczu wciskała się w kamień, a każdy krok brzmiał, jakby odbijał się w setce małych korytarzy. Pachniało kurzem, olejem do maszyn i piórami gołębi. Przez wąskie okienka widać było brzezińskie dachy – czerwone jak pęknięte cegły. Kiedy dotarliśmy na poziom z mechanizmem, usłyszeliśmy jednostajny, nieco chrapliwy dźwięk: „tik… tik… tik…”, jakby serce budynku jeszcze się nie zdecydowało, czy chce bić.
Pomieszczenie, które nazywano warsztatem, pełne było rzeczy, o jakich w zwykłej sali techniki uczy się tylko z ilustracji. Na ścianach wisiały drewniane szufladki z metalowymi gałkami, w nich – szkiełka, sprężyny, skórzane paski, igły i coś, co wyglądało jak miniaturowe noże do sera, a na pewno nimi nie było. Na stole leżał mój cel: szkatułka, którą wcisnęłam do plecaka, zanim pani Aniela zdążyła ją opisać. Teraz leżała tu, bo musiałam sprawdzić, co jest w środku, gdy nikt już nie patrzy.
– Wciąż uważasz, że to zwykłe pudełko? – spytałam, zdejmując wieko.
Oskar pochylił się. W środku leżał mosiężny krążek wielkości dłoni, ciężki i chłodny, w środku ażurowy jak pajęczyna. Na obrzeżu grawer: „To, co było, będzie”. Pod krążkiem – list zapisany starannym pismem, z plamą po kawie i kilkoma słowami rozmazanymi jakby od deszczu.
„Jeśli włożysz Serce Zegara na miejsce, pamiętaj: bije tak, jak ty. Nie ustawiaj dziewiątki, jeśli jesteś sama. Jeśli jesteście we dwoje – nie panikujcie. Czas nie lubi krzyku.”
– Serce Zegara? – Oskar parsknął. – Dramatycznie. – Ale jego palce, zwykle pewne, teraz dotykały krążka ostrożnie, jakby mógł się sparzyć.
Mechanizm wieżowego zegara wyglądał jak gigantyczna wersja tych wszystkich drobiazgów. Koła zębate zazębiały się i odsuwały, wały obracały się pomalutku, dysząc olejem. W miejscu, które pasowało do naszego krążka, brakowało właśnie czegoś – jakby ktoś wyjął serce z klatki i zostawił puste gniazdo.
– On to wyjął? – zapytał Oskar cicho. – Twój pradziadek?
– Albo ułożył tak, żeby znalazł to ktoś, kto będzie wiedział, co z tym zrobić – odpowiedziałam, zanim zdążyłam pomyśleć, że przecież to brzmi znacznie za poważnie jak na kogoś, kto ma w plecaku baton i długopis z jednorożcem.
Wsunęłam krążek na miejsce. Kliknął. Coś w całej konstrukcji odetchnęło. Dźwięk „tik” stał się równy, czystszy, jak nowe pianino w szkolnej sali muzycznej, gdy ktoś wreszcie je nastroi. Poczułam, jak od końcówek palców po ramiona przechodzi mi prąd – nie ból, tylko świadomość czegoś, co zmienia rytm wokół. Oskar też drgnął.
– Słyszysz to? – wyszeptał.
Słyszałam. Tyknięcia zsynchronizowały się z moim pulsem. Na chwilę czułam się, jakbym stała po kostki w rzece, która płynie dokładnie tak, jak ja oddycham. Wskazówka minutowa na ogromnej tarczy nad nami drgnęła, zrobiła drobny półobrót i cofnęła się, jakby się rozmyśliła. Za mlecznym szkłem tarczy przejaśniało, jakby robiło się okno. Na sekundę zobaczyłam plac inny niż nasz – bez billboardów, z wozem drabiniastym, koń z resztą grzywy bielejącą od deszczu. Mrugnęłam, a obraz zniknął, zostawiając tylko własne odbicie i krople wody sunące po zewnętrznej stronie szkła.
– To sztuczka? – Oskar próbował brzmieć rozsądnie. – Jak hologramy z science fiction?
Zamiast odpowiadać, podniosłam list. W środku były jeszcze dwie kartki. Jedna zawierała szkic mechanizmu z zaznaczonym czymś, co opisano jako „węzeł godzin”, druga – kilka zdań, które brzmiały, jakby ktoś pisał je w pośpiechu:
„Nie chodzi o przeskoki, jak w książkach. Chodzi o napięcia. Dziewiąta z dziewiątą to brama. Nie dłużej niż dziewięć uderzeń. Nie otwieraj, jeśli słyszysz kroki inne niż własne. Będą pachnieć dymem i mlekiem.”
Spojrzeliśmy na siebie.
– Mlekiem? – Oskar skrzywił się. – Serio?
W tym momencie powietrze zrobiło się chłodniejsze. Gdzieś pod nami, w schodowej wnęce, zaskrzypiały stopnie. Nie tak, jak skrzypią, kiedy biegniesz – bardziej jak kroki kogoś, kto zna ten budynek od środka i nie musi patrzeć pod nogi. Do nosa dotarł słodkawy zapach – nie świeżego, raczej takiego, co stało na piecu w emaliowanym garnku za długo. I coś jeszcze – ostra nuta dymu, nie papierosowego, tylko palonego węgla.
– To strażnik? – Oskar znów szeptał.
Pokręciłam głową. Strażnik palił mentolowe, a mleka raczej nie przynosił. Zamiast tego, w dolnym korytarzu zadźwięczały łańcuchy dzwonu, jakby ktoś dotknął ich z ciekawości. W mechanizmie coś naprężyło się, puknęło, koła obiegły swoje zęby o ułamek szybciej, a moje serce przyspieszyło tak, że prawie słyszałam je w skroniach.
– Nie ustawiaj dziewiątki, jeśli jesteś sama – powtórzyłam na głos, jakby to miało pomóc.
– Ale my jesteśmy we dwoje – zauważył Oskar i nawet się uśmiechnął. – Tylko że…
– Tylko że nie wiemy, co zrobimy, jak się coś zacznie – dokończyłam za niego.
Odsunęłam się do wielkiego koła zębatego, które przestawiało wskazówki. Przy nim była korba, ciężka i zimna, a przy korbie – mosiężna płytka z wygrawerowanymi godzinami i skromną strzałką, którą można było sprzęgnąć z mechanizmem. Palce same znalazły odpowiednie wgłębienie. Oskar stanął blisko, jakby mógł coś złapać, jeśli by wypadło. Oddychał płytko.
– Jeżeli coś pójdzie nie tak, zamykamy wszystko i uciekamy – powiedział. – Nie będziemy bohaterami. Nie musimy.
– Dobra – przytaknęłam, choć wiedziałam, że jeśli pradziadek zostawił to dla mnie, nie mogę tylko zamknąć i zejść na dół, jakby mnie tu nigdy nie było.
Dotknęłam strzałki. Mechanizm odpowiedział lekkim oporem, jak mięsień, który jeszcze nie wie, czy ma się napiąć. Wskazówka godzinowa przesunęła się o ledwie widoczne kliknięcie. Tarcza zrobiła się jaśniejsza. Zza szkła znów zobaczyłam plac – tym razem z dziewczyną o włosach związanych chustką, niosącą wiadro. Przeszła przez obraz tak szybko, jakby ktoś przewinął film. Potem tarczę zasnuł zwykły deszcz.
– Do dziewiątki – powiedział Oskar, jakby sam siebie próbował przekonać. – Do dziewięciu uderzeń. I koniec.
Kręciłam powoli. Dźwięk tykania zmienił się jeszcze raz, jakby czekał na właściwy ton. W momencie, gdy strzałka minęła ósemkę, coś w podłodze zadrżało, jakby przejechał pod nami tramwaj, choć przecież w Brzezinach ich nie było. Łańcuchy dzwonu napięły się jak cięciwa. Słyszałam wyraźnie własny puls, skupiony, twardy. Dziwne kroki z dołu znów zabrzmiały, tym razem bliżej. Bliżej, niż pozwalałyby na to nasze faktyczne schody.
Podnieśliśmy głowy naraz. Na mlecznym szkle tarczy pojawiła się smuga światła, cienka jak rysa. Sunęła w dół, zostawiając za sobą iskrzący ślad. W środku warsztatu powietrze pachniało teraz ozonem, jak po gwałtownej burzy. Wcisnęłam strzałkę o jeszcze jeden ząb. Dziewiątka.
Dzwon nad nami odezwał się basem, który wypełnił mi żebra i pchnął powietrze przez włosy. Raz. Z łańcuchów posypał się kurz, jak gruba mąka. Dwa. W tarczy rozszerzyła się rysa, a za nią rozlał się obraz: rynek w słońcu, mężczyzna w kapeluszu, dziewczynka w sukience do połowy łydki, unosząca ptasie pióro. Trzy. Kroki zatrzymały się tuż za drzwiami warsztatu, choć nikt ich nie otwierał. Cztery. Słyszałam coś, co brzmiało jak głosy, ale odległe, jak przez wodę. Pięć. Oskar ścisnął mi nadgarstek – nie mocno, tylko tak, żeby poczuć, że jesteśmy obok. Sześć. Wskazówka sekundowa na tarczy przyspieszyła, a potem zwolniła, jakby ociągała się z decyzją. Siedem.
Wtedy w rysie pojawiła się twarz chłopaka mniej więcej w naszym wieku. Nie była ostro zarysowana – raczej jak w starym filmie – ale kiedy poruszył wargami, zrozumiałam, co mówi. Miał te same oczy, co pradziadek na jedynym portrecie w salonie.
„Teraz.”
Osiem. Wieża jęknęła, nie jak budynek, tylko jak zwierzę. Światło na tarczy stało się nienaturalnie białe, jak w mroźny, słoneczny dzień. Cienie w warsztacie poukładały się w linie biegnące od krawędzi stołu do moich butów. Pachniało mlekiem i dymem tak intensywnie, że aż zakręciło mi się w głowie. Dziewięć.
W tej samej chwili strzałka, której się trzymałam, wyrwała się spod palców, jakby mechanizm postanowił, że teraz to on prowadzi. Serce Zegara uderzyło tak mocno, że poczułam to aż w zębach. Podłoga ugięła się, ale nie tak, jak od ciężaru – raczej jak od fali. Wszystko dookoła – szufladki, narzędzia, kurz – drgnęło i rozmazało się na moment w pasy barw. Tarcza zegara nie była już mlecznym szkłem; była bramą, migoczącą jak powierzchnia rzeki rozświetlonej słońcem.
Drzwi, za którymi stały kroki, poruszyły się milimetr, potem następny. Ktoś po drugiej stronie dotknął klamki od wewnątrz – tej samej, którą wcześniej przekręciłam, wchodząc. Zamek zaskrzypiał. Oskar wciągnął gwałtownie powietrze. Chłopak w tarczy uniósł dłoń, jak do przywitania. Wskazówka sekundowa rozpłynęła się w jasnej smudze.
Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, światło wyskoczyło z tarczy jak struna, przecięło warsztat na pół, a pod moimi stopami deski nagle…
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?