Mgły nad fiordem Lodhr
Wschodzące słońce malowało na wodzie fiordu Lodhr pomarańczowe refleksy, gdy Hjalmar, syn rybaka, wspinał się zamaszystym krokiem po lśniących od rosy trawach zbocza. Za nim, dysząc cicho, podążała Freyja, której włosy przypominały miedź rozgrzaną w kuźni. Towarzyszył im także Sven, zawsze trzymający się nieco z tyłu, z uwagą rozglądając się na boki.
To miał być dzień polowania na ptaki morskie – nic więcej. Ale już od rana niebo nad fiordem rozdzierały dziwne odgłosy: coś między świstem a głuchym pomrukiem. Wikingowie, nawet ci najstarsi, milczeli, kiedy je słyszeli, spoglądając z niepokojem na przebiegające po wodzie cienie.
"Może to smok?" – półżartem szepnęła Freyja, ale jej oczy błyszczały bardziej niż zwykle. Hjalmar wzruszył ramionami, chociaż sam czuł na karku ciarki. Sven zatrzymał się nagle i wskazał w stronę klifów. Wśród gęstych mgieł, niespotykanych o tej porze dnia, błysnęło coś metalicznego – zbyt regularnego, by były to skały.
Przedzierali się powoli przez mokry mech i splątane jałowce. Gdy podeszli bliżej, ich oczom ukazał się fragment starej łodzi, jakiej nie widział żaden z nich: ozdobionej rzeźbieniami przedstawiającymi długie węże i ptaki z rozpostartymi skrzydłami.
"Spójrzcie na te inskrypcje... Przypominają runy, ale nigdy takich nie widziałam" – powiedziała Freyja, dotykając palcami wilgotnego drewna.
Nagle z wnętrza łodzi doleciał ich przytłumiony dźwięk – jakby ktoś tam szeptał. Chłód przeszył wszystkich troje. Hjalmar spojrzał pytająco na przyjaciół. Wszyscy wiedzieli, że muszą wejść do środka i sprawdzić, co czai się w cieniu starej łodzi.
Zatrzymali się tuż przed wejściem, gdy zza mgły wyłoniła się postać, z kapturem z foczej skóry i oczami jasnymi jak lodowce. Przybyły nie powiedział ani słowa, lecz jego spojrzenie zdawało się zapraszać młodych Wikingów do środka wraka...
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?