Maskarada Świtu
W samym sercu pradawnego Lasu Mżywiór, na szczycie porośniętego mchem wzgórza, stał Zamek Wierzgający, budowla tak stara, że pamięć o jej powstaniu zatarła się nawet w pieśniach bardów. Nocą zamek rozświetlały setki magicznych lampionów, których światło odbijało się w oczach gości z całego świata. To właśnie tej nocy, w dzień Maskarady Świtu, wszystko mogło się wydarzyć.
Lila i Vincent byli kuzynostwem, które od lat słyszało legendy o tej niezwykłej uroczystości. Gdy tylko dostali zaproszenie – na pięknym, złocistym pergaminie, który pachniał rzęsą i cynamonem – wiedzieli, że nie mogą odmówić. Każde z nich miało swoje powody: Lila była ciekawa zakazanych zakamarków zamku, a Vincent, miłośnik starych ksiąg, pragnął rozwiązać zagadkę ukrytego skarbu, o którym wspominała ich prababka w swej ostatniej opowieści.
Kiedy przekroczyli kamienny most, mgła na moment rozstąpiła się, ukazując tłum barwnych postaci – elfy o połyskujących skrzydłach, półludzi przemienionych w sokoły, driadę z włosami splecionymi z kwiatów nocy, wilkołaka w czerwonym płaszczu, a nawet olbrzyma, który na czas zabawy zmniejszył się do rozmiarów człowieka. Z niewielkimi maskami na twarzach, wtapiając się w fantastyczną mieszaninę stworzeń, Lila i Vincent ruszyli na poszukiwanie wskazówek.
Wielka sala rozbrzmiewała muzyką tak piękną, że na chwilę zapomnieli o swoim celu. Lila kręciła się przy bogato zastawionym stole, ukradkiem podpatrując mieszkańców zamku, kiedy Vincent zauważył na jednej ze ścian tajemniczy herb – dwa splecione węże trzymające szmaragdowe pióro. Ktoś szeptnął mu do ucha: "Herb rodziny Świtowich. Tylko w Maskaradę otwierają się drzwi do ich sekretu."
Nie tracąc czasu, kuzyni wymknęli się bocznym korytarzem. Przed niepozornymi drzwiami, ozdobionymi tym samym herbem, Vincent wsunął palce w niewielkie zagłębienie. Mechanizm zaskrzypiał cicho i drzwi się uchyliły. Za nimi rozciągał się ciemny, wijący się korytarz, z którego unosił się zapach mokrej ziemi i starego papieru.
Ledwie przestąpili próg, drzwi za nimi zatrzasnęły się z głuchym trzaskiem. Przez chwilę stali w ciemności, aż nagle ściany rozbłysły zielonkawym światłem, a na końcu korytarza coś się poruszyło. Usłyszeli szelest, jakby ktoś – lub coś – czekało na nich od wielu lat. Czy powinni iść dalej, mimo rosnącego niepokoju?
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?