Mapa Smoczej Drogi
Jagna, czternastoletnia praktykantka kartografa, szkicowała ścieżki w górach nad miasteczkiem Żmijowa Przełęcz. Jej mosiężny kompas nie zawsze pokazywał północ; czasem drżał, jakby słyszał oddech ziemi. Babcia mówiła, że takie drżenie ostrzega o Smoczej Drodze, której nie ma na żadnej mapie. Jagna nie wierzyła w baśnie, dopóki nie znalazła łuski błyszczącej jak wypolerowany węgiel, ciepłej jak świeżo upieczony chleb.
— To rekwizyt z muzeum? — zapytał Mikołaj, który śledził orły nad urwiskiem. Jagna tylko pokręciła głową, po czym przycisnęła łuskę do ucha. W środku pulsował głuchy rytm, wolny i ciężki, jak serce śpiącego wieloryba. Kompas na smyczy zakręcił się gwałtownie, strzałka stanęła na wschód, w stronę wąskiej szczeliny między dwoma głazami. Napis nad wejściem, starte runy, błysnął w słońcu jak mokry atrament.
Mikołaj wyciągnął telefon, ale ekran zgasł, jakby ktoś odessał światło. — Nie wchodzimy w coś takiego bez dorosłych — mruknął, choć jego głos brzmiał bardziej ciekawie niż ostrożnie. Jagna z kieszeni płaszcza wyjęła babciny notatnik, pachnący suszoną miętą. Na pierwszej stronie stała rymowanka: Kto niesie łuskę, temu otworzy się oddech ognia. Słowa pasowały do rytmu cichego dudnienia, które nagle przyspieszyło, jakby coś się obudziło pod kamieniem.
Łuska miała ząbkowany brzeg, identyczny jak wyryty w skale znak spirali. Jagna przytknęła ją do wgłębienia; kamień zadrżał i rozsunął się, odsłaniając korytarz pełen czerwonego blasku. Uderzył ich gorący podmuch, przynosząc zapach dymu, cynamonu i burzy. — Teraz naprawdę powinniśmy wracać — wyszeptał Mikołaj, lecz zrobił krok w przód razem z nią. Na końcu korytarza, za zakrętem, coś poruszyło powietrzem, a ściany odpowiedziały głuchym echem. Kompas zerwał się ze smyczy i potoczył w ciemność, zatrzymując się przy czymś, co otworzyło jedno, ogromne, złote oko.
Oko mrugnęło, a w ich głowach zabrzmiał szept, nie używający ust. W jej myślach rozwinęły się dwa słowa, ciężkie jak głaz: Jagna, przyniosłaś klucz. Pod stopami spłynęły cienkie strużki lawy, rysując mapę, którą znała tylko ona. — Skąd… — zaczęła, lecz szept przeciął jej myśl, ciepły i obcy jednocześnie. W odpowiedzi, jak uderzenie skrzydła, spłynęła sentencja: Czas na wybór, kartografko. Za ich plecami skalny próg zaczął się zasuwać, a w korytarzu rozległo się stukotliwe, szybkie echo zbliżających się kroków.
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?