Did You Know?

Magazyn B-12


Magazyn B-12
Do czwartej lekcji cała szkoła pachnie lekko przypalonym popcornem i świeżym markerem — zapach, który mogę śledzić przez korytarz i w górę pochyłej hali aż do sali dziennikarskiej. *Harbor Herald* to kwadrat plakatów i śladów po kawie z całą ścianą zeszłorocznych pierwszych stron powieszonych jak trofea: relacje z pożarów, strajku nauczycieli, drużyny robotycznej na zawodach stanowych. W tylnym rogu nasza kanapa ze sklepu z używanymi meblami jęczy za każdym razem, gdy ktoś na niej siada. Kaloryfer stuka jakby wybijał nam rytm. — Spóźniłaś się — mówi Zuri, nie odrywając wzroku od ekranu z układem numeru. Ma na głowie neonową czapkę i kreskę eyelinerem tak ostrą, że mogłaby ciąć szkło. — Kline ma dzisiaj nastrój. — Kline ma *zawsze* nastrój — odpowiadam, zrzucając plecak obok tablicy. — Dlatego jest naszym zwierzęciem totemicznym. — Zwierzęciem? — powtarza Kline zza stosu gazet. Ma srebrny pasmo we włosach upiętych w kok i uśmiech, który pojawia się tylko wtedy, gdy sądzi, że jesteś zbyt zestresowana, by to zauważyć. — Wolę mityczne stworzenie. Lena, agenda. Wyciągam telefon i otwieram notatki, kciuki stukają automatycznie. — Relacja z balu, sylwetka drużyny matematycznej i artykuł o budżecie, jeśli będziemy odważni. — Bądźcie odważni — mówi Kline, a potem pije kawę z wyszczerbionego kubka z napisem *Pisz, jakbyś to czuł*. Theo opada na krzesło obok mnie, pasek od aparatu przewieszony przez pierś. Nadal pachnie chemikaliami z ciemni i frytkami ze stołówki. — Widziałeś post? — pyta ściszonym głosem, choć wszyscy tutaj udają, że nie podsłuchują. Widzieliśmy go wszyscy. Konto pojawiło się trzy dni temu: *LedgerLeak*, brak zdjęcia profilowego, brak obserwujących — przynajmniej na początku — i jeden czarno-biały skan arkusza kalkulacyjnego z herbem naszego dystryktu w rogu. Podpis brzmiał: *Dokąd poszedł budżet na sztukę?* Potem wybuchło. Ludzie kochają skandale, a już zwłaszcza ich zapowiedź. W dwie godziny miało tysiąc obserwujących i duet na TikToku, gdzie ktoś tańczył z zakreślaczem, wskazując na „przesunięcia”. — Napisałam do nich — staram się zabrzmieć swobodnie i nie wychodzi. — Odpisali. Brwi Theo unoszą się w eleganckim łuku. Zuri nawet zatrzymuje myszkę. — Wysłali ci dowody? — pyta Kline tonem aż przesadnie obojętnym, czyli celowo obojętnym. Kręcę głową. — Miejsce i czas. — Obracam telefon, żeby zobaczyli DM. Krótki i precyzyjny, jak karteczka od chirurga: *B-12. Pod starym basenem. Czwartek. 15:25. Weź kogoś ze sobą.* „Pod starym basenem” powinno być kliszą, a nie rzeczywistą lokalizacją. W Harbor Ridge jednak jest dosłowne. Zanim dystrykt go osuszył, basen znajdował się za salą gimnastyczną, pod ścianą okien, które bezlitośnie rozjaśniały włosy pływaków. Dwa lata temu zalano go betonem, żeby zbudować nowe laboratoria. To, co zostało, to plątanina magazynów pod betonem — miejsc oznaczonych numerami zamiast nazw, z metalowymi drzwiami i jarzeniówkami, które brzęczą tak, że aż zęby cierpną. — Absolutnie nie — mówi Zuri, jakby samą ironią mogła odgonić ten pomysł. — Tam będzie azbest i stare krzesła. I duchy. — Będzie stos pudeł i może szafa na akta — mówi Kline. Nie patrzy na mnie; patrzy na zegar. — Jeśli gdziekolwiek pójdziecie, mówicie mi gdzie i bierzecie kogoś jeszcze. I nie dotykacie niczego, co może zawalić wam płuca. Theo pochyla się do przodu, konspiracyjnie. — Czyli idziemy. — Nigdzie dzisiaj nie idziemy — mówię, choć moje tętno już wybija rytm kaloryfera. — W czwartek po ostatnim dzwonku. Jeśli to żart, tracimy pół godziny i mamy głupią historyjkę o kurzu we włosach. Jeśli nie... — zostawiam zdanie w zawieszeniu. — Jeśli nie — kończy za mnie Kline — robimy swoją robotę. — Odkłada kubek. — Znajdujecie potwierdzenie. Kopiujecie. Robicie zdjęcia. Nie publikujecie niczego, czego nie sprawdzicie. I, Lena, oddychasz. Kiwnęłam głową. Moja mama mówi to samo przed każdą debatą: *oddychaj, nawet jeśli sędziowie nie*. Reszta dnia mija rutynowo — AP Statystyka z terkotem kalkulatorów, Angielski, gdzie kłócimy się, czy Gatsby został zniszczony przez nadzieję, czy przez złudzenia — ale DM świeci na obrzeżach wszystkiego, jakby ktoś podkręcił nasycenie kolorów w świecie. W stołówce Klub Dopingu wiesza brokatowy baner nad drzwiami: *ROZŚWIETL BAL*. Na korytarzu samorząd maluje plakaty grubymi literami, które lekko ciekną na krawędziach. Nasz dyrektor, pan Davison, stoi u stóp schodów w swoim piątkowym blezerze, choć to środa, i podaje rękę członkowi zarządu szkoły, który pojawia się tylko, gdy są kamery. Uśmiechają się, jakby ćwiczyli przed lustrem. Po lekcjach chowamy się z Theo w bibliotece, udając, że pracujemy nad fotoreportażem. Prawda leży przed nami: pożółkły plan szkoły, który woźny, pan Halvorsen, trzyma zwinięty za ladą. Nie powinien go nam pożyczać, dlatego obserwuje nas jak jastrząb znad sudoku rozłożonego jak zasłona dymna. Na planie linie są rozedrgane od wieku, etykiety pisane ręcznie wielkimi literami. *Gymnasium. Cafetorium. Mechanical.* I tam, pod prostokątem z napisem *Former Natatorium*, plaster miodu z pomieszczeń: B-9, B-10, B-11, B-12. Korytarz prowadzący do nich to cienka nitka od zaplecza magazynu sprzętu, obok kotłowni, pod trybunami. — Czy to jest dostępne? — pytam, choć mapa nie odpowie. — Nie dla uczniów — mówi pan Halvorsen, nie odrywając wzroku od ołówka. Jest w Harbor Ridge dłużej niż większość maturzystów. Krążą o nim legendy: że złapał kiedyś szopa do kosza na recykling i wypuścił go podczas przemowy dyrektora, że potrafi naprawić wszystko taśmą i magnesem. — Pracujemy nad tekstem historycznym — mówię. — Ewolucja budynku. W końcu podnosi oczy, blade jak żyłka wędkarska. — Budynek ewoluował, bo nie utonął. To macie. — Odchyla się, aż krzesło zaskrzypia, i lustruje nas. — Cokolwiek was gryzie, powiedzcie od razu. Nie lubię niespodzianek w moich korytarzach. Patrzę mu prosto w oczy i wybieram prawdę, okrojoną. — Chcemy zrozumieć, jak dystrykt wydaje pieniądze. — Powodzenia — mówi i wraca do sudoku. Po chwili dodaje: — Jeśli tam pójdziecie, nie sami. I nie ruszajcie niczego, co buczy. — Lubię go — mówi Theo, zwijając plan. — Jest konkretny. Następny dzień to czwartek, który zaczyna się jak każdy inny, tylko wszystko wydaje się chwiejne. Na chemii nasze palniki strzelają. Na WOS-ie czyjś slajd zawiesza się na napisie *PRZEJRZYSTOŚĆ* tak dużym, że wygląda jak żart. Na lunchu Aaron — skarbnik samorządu i mój najbardziej niechętny informator — siada przy naszym stoliku z tacą i ściszonym głosem. — Hipotetycznie — mówi, dźgając marchewkę — gdyby środki na klub zostały zamrożone w połowie roku, potem odmrożone, a potem zniknęły na miesiąc i wróciły, to byłoby złamanie procedur. Hipotetycznie. — Który klub? — pytam. — Nie mówiłem — odpowiada, a potem, bo jest kiepski w sekrety, a ja nieustępliwa, wzdycha. — Dwa. — Które dwa? Składa serwetkę, aż jest wielkości znaczka. — Plastyczny. I robotyki. Nie cytuj mnie. — Nigdy cię nie cytuję — mówię, na co przewraca oczami, bo wie, że absolutnie to robię, ale zawsze za jego zgodą. Gdy dzwoni ostatni dzwonek, sala gimnastyczna już dudni muzyką rozgrzewkową na apel. Podłoga drży z każdym basem. Trybuny kwitną falami barw szkoły, dzieciaki w brokacie i farbie. Na dalekiej ścianie nowe okna skrzydła naukowego błyszczą jak świeżo naostrzone noże. — Gotowa? — pyta Theo. Ma aparat. Ja mam notes, tanią latarkę i adrenalinę, która napina się pod żebrami. — Piszemy do Kline — mówię i wysyłam SMS: *idziemy sprawdzić tip. lokalizacja: B-12 pod starym basenem. nie sama. wrócimy do 16. -L* Odpowiedź przychodzi szybko: *Nie bądźcie głupi. Nie bądźcie bohaterami. Przynieście mi prawdę, nie wysypkę.* Wymykamy się pod pretekstem robienia zdjęć tłumu, potem skręcamy w tylny korytarz, gdzie podłoga się obniża, a szafki rzedną. Drzwi do magazynu sprzętu podparte skrzynką z piłkami. Za nimi metalowe drzwi uchylone, jakby ktoś był leniwy albo hojny. Powietrze się zmienia: chłodniejsze, wilgotne, z metalicznym posmakiem jak starych monet. — Uspokajająco — szepcze Theo. Schodzimy wąskimi schodami, gdzie betonowe ściany pocą się. Buczenie staje się słyszalne, chór maszyn robiących to, co maszyny robią. Na dole korytarz oświetla pojedyncza jarzeniówka, która miga, a potem się decyduje. Rury biegną pod sufitem jak żyły na dłoni. Po lewej: B-9, drzwi zapięte łańcuchem i kłódką. Po prawej: B-10, otwarte na górę połamanych krzeseł. B-11, zlewki i wyblakły znak *TYLKO DLA OBSŁUGI* czcionką, która nie żartuje. B-12 czeka na końcu, numer namalowany krzywo. Drzwi bez łańcucha. Klamka stawia opór, potem ustępuje. W środku pokój szerszy, niż się spodziewałam. Półki uginają się pod ciężarem opisanych pudeł: *Roczniki 1993–2001. Rekwizyty Teatralne. Stroje Orkiestry Dętej (wycofane).* Na środku wolna przestrzeń, jakby ktoś planował tu jogę, a potem zmienił zdanie. W snopie latarki kurz unosi się jak powolny śnieg. — Dokumentuj wszystko — mówię, a Theo podnosi aparat. Jest cicho, jak w miejscach, które długo trzymają sekrety. Czuję, jak moja skóra cierpnie, jakby sam pokój słuchał. Na tylnej ścianie, pod plątaniną przewodów, stoi beżowa szafa na akta, która pamięta lepsze dekady. Na uchwycie zawieszona metka z herbem dystryktu i kodem kreskowym, który nie skanuje się w aplikacji bibliotecznej. Szuflada zamknięta na klucz. Theo zdejmuje pasek aparatu z szyi. — Nie po to był ten tip, żebyśmy trafili na szafę, której nie otworzymy. — Może zostawili coś innego — mówię, rozglądając się. Sprawdzamy pod półkami, za pudłami, na stosie złożonych osłon trybun. Pod krawędzią gumowej maty, jakby ktoś chciał przykryć plamę, leży koperta. Zatrzymuję nad nią dłoń. Jest cienka, manilowa, tusz rozmyty od wilgoci. Na przodzie: *L. ORTIZ.* — No dobra — szepcze Theo. — To mi się nie podoba. Moje imię, zapisane cudzym równym pismem, sprawia, że temperatura spada o trzy stopnie. Patrzę na drzwi, choć nie chcę. Nikogo nie ma, ale to nie pomaga. Wsuwam palec pod klapkę i przechylam kopertę, żeby nic nie wypadło. W środku jedna kartka, ksero tak świeże, że musiało być zrobione niedawno. To strona księgi rachunkowej z kolumnami i kodami, które tylko urzędnik by pokochał. Ale nawet ja rozumiem nagłówek: *Fundusz Aktywności Uczniów – Przelewy – Q3*. A w marginesie rozpoznaję numery: kod naszej szkoły, ID klubów. Jest linijka z kwotą, za którą można kupić tysiąc pędzli albo pół robota, a obok, zamiast „Plastyczny” czy „Robotyka”, widnieje nazwa firmy, której nigdy nie słyszałam: *Blue Tern Consulting*. Theo robi zdjęcie strony, potem jeszcze raz, i jeszcze raz. — To prawdziwe? — pyta, jakby zbyt głośne słowo mogło to zniszczyć. Zanim odpowiem, nad nami rozlega się dźwięk, cichy, ale wyraźny: przesunięcie krzesła na parkiecie sali gimnastycznej, uderzenie werbla. Apel trwa w najlepsze. Tutaj na dole buczenie pochłania wszystko oprócz naszego oddechu. Mój telefon wibruje. Kolejny DM. *Uważaj. Nie jesteście sami.* Patrzymy na siebie z Theo. — Nie byliśmy — mówi, mając na myśli orkiestrę, setki stóp na trybunach, całą szkołę. Ale sufit nie o to chodzi w tej wiadomości, oboje to wiemy. Coś przesuwa się w korytarzu. Cień porusza się pod szparą przy drzwiach, nie nasz. Klamka brzęczy, raz, jakby ktoś ją sprawdzał. Potem w zamek z zewnątrz wsuwany jest klucz — metal o metal, dźwięk tak drobny, że wypełnia cały pokój. — Lena? — woła głos, stłumiony i zbyt znajomy. Usta mi wysychają. Wkładam kartkę z powrotem do koperty i ściskam notes tak mocno, że moje kostki bieleją. Theo podnosi aparat do połowy i zamiera. Klucz się obraca.


Author of this ending:

Age category: 16-17 years
Publication date:
Times read: 22
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.