Did You Know?

Leon, Kropka i psoty w warzywniaku


Leon, Kropka i psoty w warzywniaku
Na rogu ulicy Kwiatowej stał warzywniak pani Helci. Pachniało w nim koperkiem, ogórkami i świeżą pietruszką. Nad drzwiami wisiał szyld z marchewką w kapeluszu, a na szybie ktoś nakleił uśmiechniętą dynię. Leon uwielbiał to miejsce. Miał sześć lat, żółtą przeciwdeszczową kurtkę i latarkę w kształcie smoka. A to jest Kropka — kura Leona. Nosiła czerwone kalosze. Tak, kalosze! Kiedy padał deszcz, stukała nimi: klap, klap, klap. — Dzień dobry, pani Helciu! — zawołał Leon, wchodząc do środka. — O, mój ulubiony pomocnik! — uśmiechnęła się pani Helcia. Jej fartuch był w truskawki, a włosy miała upięte spinką w kształcie brokuła. — Dziś ogórki są szczególnie chrupiące. Tylko... hm... Pani Helcia rozejrzała się po sklepie. Na półce z marchewką ktoś zrobił bałagan. Marchewki stały w rządku, ale wszystkie patrzyły w drugą stronę! A na skrzynce z pomidorami wisiała kartka: „Pomidorze, nie turlaj się”. — Czy pomidory potrafią się turlać? — zdziwił się Leon. — Jak są bardzo okrągłe, to bardzo by chciały — westchnęła pani Helcia. — Od trzech dni dzieją się tu psoty. Rano znajduję szczypiorek w koszyku z bananami. Bananom to nie w smak. A wczoraj buraki ustawiły się w kolejce do wagi, chociaż sklep był zamknięty! — Pani Helcia aż zachichotała. — Ktoś tu nocą broi. — Ktoś albo coś — dodał Leon, bardzo poważny. Kropka zrobiła: — Ko-ko-ko! — i nastroszyła piórka, jak detektyw nastroszyłby wąsy. Potem poślizgnęła się na liściu sałaty i miękko usiadła na skrzynce z ziemniakami. Kalosze stuknęły: puk! — Pani Helciu, my z Kropką zostajemy dziś na noc i pilnujemy warzywniaka — zapowiedział Leon. — Złapiemy... to-co-broi. Grzecznie poprosimy, żeby przestało. — Ojejku! — Pani Helcia spojrzała na Kropkę, potem na Leona, a potem znów na Kropkę. — Macie latarkę? — Mamy smokolatarę! — Leon uniósł latarkę, która zionęła zielonym światełkiem. — I dzwoneczek od roweru. Dzyń-dzyń! — Jeśli bardzo chcecie... zostawię wam banana na odwagę — powiedziała pani Helcia i puściła do nich oko. — Tylko uważajcie na ogórki. One mają poczucie humoru. Wieczorem, kiedy sklep zamknięto, Leon i Kropka zbudowali bazę z kartonów po jabłkach. Na dachu bazy położyli wielki liść kapusty — w razie deszczu. Obok ustawili skrzynkę z marchewką jako „przynętę specjalną”. Leon przymocował do niej dzwoneczek. Jeśli ktoś poruszy marchewką — dzyń! Zgasło światło w witrynie, zgasły lampki nad półkami. W warzywniaku zrobiło się miękkie, wieczorne półmrok. Słychać było tylko tykanie zegara i delikatne: bzzzz — to lodówka nuciła swoją nocną piosenkę. Kropka usiadła na kaloszach i przykryła skrzydłem drzemkę. Leon usiadł obok i włączył smokolatarę, ale tylko troszeczkę, żeby nie przestraszyć ogórków. Minęła minuta. Minęło pięć minut. Nagle, zza worka ziemniaków: szur-szur. — Słyszysz? — wyszeptał Leon. — Ko? — Kropka rozkleiła jedno oko. Drugie jeszcze spało. Szur-szur... szszsz... A potem: chich! Jakby ktoś zachichotał przez nos. Leon i Kropka spojrzeli na siebie. Kropka kiwnęła dziobem. Leon wyciągnął rękę i delikatnie przekręcił smokolatarę. Zielone światełko zatańczyło po półce z ogórkami. Ogórki wyglądały, jakby się uśmiechały. Może zawsze tak wyglądają? — Halo? — szepnął Leon. — Jeśli chcesz się bawić, możemy się pobawić. Tylko nie strasz bananów. Z półki z papryką coś: stuk. Tak cichutko, że aż papryka powiedziała: „psst”. Dzwoneczek przy marchewce zadźwięczał: dzyń. Leon poczuł dreszczyk, ale taki wesoły, jak przy zjeżdżaniu z górki na sankach. Kropka zeskoczyła ze skrzynki. Kalosze: klap! klap! Przysunęli się bliżej marchewkowej „przynęty”. — Plan jest taki — wyszeptał Leon. — Ja świecę. Ty robisz „ko”. A potem zobaczymy, kto robi „szur”. — Ko-ko — zgodziła się Kropka i stanęła na jednej nodze. To była jej pozycja gotowości. Smokolatara oświetliła półkę z cebulą. Cebule robiły poważne miny. Na ogórkach połyskiwały krople wody. Po podłodze potoczyła się jedna śliwka, która zabłądziła z owoców. — Przepraszam — szepnęła śliwka i zatrzymała się przy kasie. — Słyszysz? — Leon zmrużył oczy. — Tam, pod workiem... Worek ziemniaków poruszył się. Raz. Drugi. Z dołu wysunęła się mała łapka... Nie, to nie łapka. To była łodyżka od... czegoś bardzo zielonego. Łodyżka zamrugała listkami: mru-mru. Dzwoneczek przy marchewce znów: dzyń! — Ojej! — Kropka zapowietrzyła się z wrażenia i wypadła jej piórko. — Spokojnie — powiedział Leon, choć serce skakało mu jak gumowa piłka. — Przyjacielsko. Jesteśmy przyjacielscy. Mamy banana. Z rogu lady dobiegło: tup-tup-tup, zupełnie jak miniaturowe kapcie. Na szybie zamigotał neon z marchewką, a jego blask zatańczył po sklepie. Nagle z sufitu spadł baner „Najświeższe ogórki” i wylądował Leona na ramionach jak peleryna. Smokolatara zrobiła „pstryk” i zgasła. — O nie! — Leon pociągnął za ogon smoka. — Pstryknij się z powrotem! W sklepie zrobiło się ciemniej, ale nie całkiem. W lodówce świeciło miękkie, mleczne światełko. Przy nim półki wyglądały jak scena w teatrze. Coś zaskrzypiało. Ktoś smarknął? A może to tylko bardzo, bardzo cichy ogórek? — Ko-ko? — Kropka owinęła się banerem razem z Leonem. — Ko... — Ciii — Leon wystawił nos znad peleryny z ogórków. Przed nimi poruszył się cień. Der-der-der — coś, co brzmiało jak wiaderko na kółkach, powoli sunęło po podłodze. Z worka ziemniaków wysunęła się druga łodyżka. Teraz były dwie. I... trzecia? Listki błysnęły, jakby się uśmiechały. Dzwoneczek zadźwięczał po raz trzeci. Dzyń! — Kto tam? — Leon zebrał całą odwagę i powiedział bardzo grzecznie. — Możemy pomóc... albo się poturlać z pomidorami. Mam świetną technikę. W tej samej chwili zza skrzynki z marchewką coś pacnęło w baner „Najświeższe ogórki” i peleryna opadła na Leona i Kropkę jak namiot. W namiocie pachniało koperkiem. Było miękko i trochę łaskotało w nos. Po zewnętrznej stronie słychać było przyspieszone: szur-szur, tup-tup, chich! Smokolatara zamrugała i zapaliła się na sekundę. Zielone światło przecięło namiot i pokazało dwa... trzy... cztery drobne cienie, które zbliżały się do marchewki. Leon wstrzymał oddech. Kropka też. Dzwoneczek odezwał się cicho, jakby nie chciał przeszkadzać: dzyń... dzyń... A wtedy do namiotu wsunęło się coś okrągłego, lekkiego i chłodnego, i zatrzymało się tuż przy nosie Leona...


Author of this ending:

Age category: 5-7 years
Publication date:
Times read: 25
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.