Did You Know?

Lena i żelazny krąg puszczy


Lena i żelazny krąg puszczy
Wieś Brzeziny przyklejała się do krawędzi puszczy jak łódka do brzegu: niepewnie, ale uparcie. Nad dachami unosił się zapach dymu z jałowca, psów i świeżo skoszonego siana. Na południu falowało torfowisko, na północy ciemniał las, tak stary, że jego pień mógł pamiętać czyjeś praprapradziady. Kiedy wiatr szedł od mokradeł, niósł ze sobą ledwie słyszalne brzmienie, jakby ktoś nieopodal drżał na cienkiej strunie. Lena wracała do Brzezin co roku, ale tego lata nic nie było zwyczajne. Woda w studni babci Bronki opadła, a w rzece Cichej na chwilę odwrócił się prąd. To zobaczyła o świcie, stojąc boso na pomoście: wełniste nurty cofnęły się, jakby ktoś wytknął im błąd, a potem znów pobiegły, udając, że nigdy nic. Na skraju wsi zniknęło kilka drzewek jarzębiny. Zostały tylko świeże pnie, obwieszone trawą z węzłami wiązanymi na trzy, jakby ktoś uprząż zakładał… albo klątwę. — Nie mów tego słowa — ucięła babcia Bronka, kiedy Lena o tym zaczęła. — W puszczy słowa mają nogi. Zanim się obejrzysz, już biegają po czyichś plecach. Jarek, piętnaście lat i wieczna czerwona czapka, zapiszczał piórem po marginesie zeszytu. Zamiast kresek rósł mu zygzak. — To może nazwiemy to… zagadką? — mruknął z uśmiechem, którym zwykle maskował, że jednak trochę się boi. Babcia przewiązała fartuch na biodrach i wyjęła z szuflady mały żelazny dzwonek. Był stary, zmatowiały od lat, na krawędzi miał wyryte kółko i trzy kreski. — Niech Lena nosi. Przy rzece i w lesie dźwięk trzyma na dystans to, co ciekawskie. Żelazo pamięta umowy — powiedziała. — Leszy nie lubi żelaza. — Serio wierzysz w Leszego? — Jarek uniósł brew, ale ręką poprawił czapkę tak, jakby nagle zrobiło mu się chłodniej. — Serio pamiętam rzeczy, których nie chcesz pamiętać na własną rękę — ucięła babcia. Lena przeciągnęła dzwonek na sznurku przez głowę. Uśmiechnęła się, bo żelazo było ciężkie, jakby rzeczywiście pruło powietrze własną wolą. Nie wierzyła w bajki, ale w tym roku wszystko wydawało się inne: trzmiele latały później, niż powinny; pień starego dębu przy kapliczce Mokoszy spękał w kształt oka; a nocami, kiedy kładła się na tapczanie w letniej kuchni, słyszała przez moskitierę szept rzeki — jakby powtarzał jej imię, rozciągając je do granic wytrzymałości: Le-na, Leee-na. Noc Kupały miała być za tydzień. We wsi ktoś już wił wianki z mięty, ktoś inny rozdzielał po sąsiadach stare pieńki pod ognisko. Młodzi szykowali białe koszule, panna Karolina wieszała nad progiem wiązki dziurawca. A jednak zamiast radości po wsi chodziło napięcie. Pani Sołtysowa przysięgała, że widziała po zmroku w rowie długi cień bez głowy. Pan Tracz, co prowadził tartak za rzeką, przywiózł rano z lasu pocięte belki. Na jednej z nich w sęku ktoś wczoraj wyrył znak koła z krzyżykiem, a dziś sęk pękł jak wysuszony chleb. — Bez przesady — mówił pan Tracz. — Drzewo jak drzewo. Lena i Jarek poszli tego wieczoru do kapliczki. Kapliczka nie była jak inne; stała z dala od drogi, ukryta w zagłębieniu między trzema dębami, które ludzie zwali Święty Gaj. Nigdy nie znaleziono tu figurki, tylko kamień z obłością jak kolano i czarne wstążki, które ktoś zawsze uzupełniał. Kto? Nikt nie przyznawał się do tego wprost. Tak już było. — Słyszysz? — Jarek zatrzymał się i pochylił głowę. Z traw dobiegł ich trzepot czegoś lekkiego, może skrzydeł, może wody. — Cicha brzmi inaczej. Jakby pęcherzyki innego języka — powiedział, bo od kiedy zaczął nagrywać odgłosy na starym dyktafonie, porównywał wszystko do mowy. Lena przystanęła. W żelaznym dzwonku zaszeleściło. Nie tak, jak dzwonki dzwonią, ale tak, jakby ktoś dotknął go z drugiej strony sznurka. — To przecież wiatr — rzuciła, choć wiatr stał, przykuty do gałązek. Na polanie przy kapliczce czekała wilgoć. Ziemia uginała się delikatnie, a między kępami mchu pełzały czerwone smużki mrówek. Kamień-kolano połyskiwał, chociaż słońce już poszło w dół. Ktoś zostawił na nim świeży wianek z chabru i krwawnika. Ktoś inny wbił obok małą gałązkę jarzębiny, odkrytą i wstydliwie nagą. — Wziął, kto nie powinien. Odda, jak trzeba — powiedział Jarek półgłosem, jakby cytował babcię. Z kieszeni wyjął szkicownik. — Spójrz. Widzisz te linie? — Przy kolanie na kamieniu szły płytkie rysy, ustawione po trzy. — Są wszędzie. Na pniu, na ziemi, na tej gałązce. Ktoś zostawia wiadomości. — Zostawia ślady — poprawiła Lena. — Jakby stawiał kroki nie tą stroną stopy, co trzeba. Jarek popatrzył na nią z ukosa. — To nie jest śmieszne. — Wiem — przyznała z zaskoczeniem sama przed sobą. — Dzisiaj nic nie jest śmieszne. Wtedy usłyszeli trzask. Nie był to odgłos gałązki. Był to trzask ciężaru, który spada na coś sprężystego i nie pęka. Z mokradła wypełzła mgła w pasy, gęsta i jednocześnie przezroczysta. Lena ścisnęła dzwonek w dłoni. Metal był chłodny, jak woda. Miała wrażenie, że od czasu do czasu ktoś z boku, spoza jej pola widzenia, przewraca stronę w niewidzialnej książce. — Wracamy, zanim zapadnie zupełnie — zdecydował Jarek, ale został jeszcze, żeby zaznaczyć w zeszycie położenie śladów. Tego samego wieczoru babcia opowiedziała im o dawnym zwyczaju. Mężczyźni z Brzezin i dwu sąsiednich wiosek mieli kiedyś niespodziewanego gościa. Przyszedł w najciemniejszą noc roku, postawił u progu żelazny krąg, a potem zniknął tak cicho, jakby go nigdy nie było. — Pamiętają to tylko stare pieśni. Krąg miał być przysięgą. Nie wolno było przenosić, nie wolno było przetapiać. Trzymał równowagę między puszczą a ludźmi — powiedziała Bronka, mieszając w garnku kompot z wiśni. — Kto wie, gdzie teraz jest ten krąg? — dorzuciła tak, jakby pytała wokoło powietrza. — Może… ktoś go znalazł przy wycince — wymknęło się Lenie. — A puszcza przyszła po swoje. Babcia nie odpowiedziała, ale położyła Leni na kolanach złożony jak list kawałek płótna. Na płótnie były znaki: kółko i trzy kreski, kółko i kreski. — Jak już idziecie, to jutro zabierzcie to do Świętego Gaju. Niech zobaczy. Jak zobaczy, poprosi. Jak poprosi, posłuchacie — powiedziała powoli. — Tylko pamiętajcie: nigdy nie zaglądajcie w wodę, kiedy coś woła waszym imieniem. Patrzcie na brzeg, na trawy, na cienie drzew. Nigdy prosto w odbicie. — Bo wtedy można zobaczyć nie to, co trzeba? — zapytał Jarek. — Bo wtedy coś zobaczy was — odparła i już nic więcej nie dodała. Nazajutrz niebo miało kolor rozbitego bursztynu. Pszczoły krążyły jak paciorki, a powietrze było tak gęste, że każdy ruch łokciem czuło się jak rozgarnięcie koszulki. Lena i Jarek ruszyli do lasu jeszcze przed południem. Dzwonek odbijał się od kości obojczyka; dyktafon Jarka mrugał zieloną diodą. Na ścieżce prowadzącej do bagnistej polany odnaleźli więcej znaków: sznury z trawy powiązane na trzy, osty ułożone w strzałki, pień, na którym ktoś zeskrobał bryłę mchu, odsłaniając łuski kory. W koronach drzew dudnił dzięcioł. Kiedy stanęli u porosłego turzycą kanału, Lena zobaczyła coś jeszcze. Na wodzie płynęła skrzynka po jabłkach, z której wystawał pęk starej, rdzawej żelaznej obręczy. Nie było jak sięgnąć, chyba że… — Nie dotykaj! — Jarek instynktownie chwycił ją za rękaw, ale Lena tylko przechyliła się, by lepiej zobaczyć. Obręcz była pęknięta, jakby ktoś ją kiedyś rozkuł i skleił niedbale z powrotem. Na rdzawym brzegu nie miała żadnych ozdób, poza drobną, lekko wytartą grawerą: kółko i trzy kreski. Skrzynka odbiła się od kępy trawy i zniknęła pod jej brzegiem. Lena odsunęła się, czuła, jak serce bije jej w gardle. — On ją prowadzi — wyszeptał Jarek. — Ktoś… coś… prowadzi to żelazo. Ścieżka dalej szła między olchami niskimi jak bluzy. Powietrze było ciężkie, a ziemia miękka i tłusta. Polana Świętego Gaju otwarła się nagle, jak rozdział, na który długo czekało się w książce. Dęby, trzy, rozmowne, każdy z osobna a jednak razem, stały na krawędzi. Pośrodku kamień-kolano. Wianek z wczoraj ściemniał, ale ktoś dołożył nowy, z mirtu i trzepoczącej paproci. Pomiędzy źdźbłami trawy biegały drobne, szybkie cienie, których nie mogła złapać niczyja źrenica. Lena uklękła i położyła na kamieniu płótno z znakami. Dzwonek zadźwięczał cichutko, raz, drugi. Jarek stanął obok, z dyktafonem gotowym do nagrania. I wtedy powietrze zaczęło brzmieć. Nie wiatrem, nie pszczołami, ale czymś niskim i starym, co znało Lenę zanim jeszcze się urodziła. Rzekłoby: znam cię po kroju duszy, gdyby mogło mówić słowami. — Zwróćcie — powiedziało coś, nie głosem, tylko drganiem w kościach. Lena nie była pewna, czy słyszy, czy pamięta. Jarek zaklął pod nosem, co u niego oznaczało tylko szybkie: „o rany”. — Słyszałaś to? — zapytał, choć wiedział, że tak. — Jeśli mamy coś zwrócić, to musimy wiedzieć co — odpowiedziała Lena spokojniej, niż się czuła. — Może ten krąg? Ta obręcz? I wtedy ziemia przy jednym z dębów lekko opadła, jakby nabrzmiała od środka. Z pomiędzy korzeni wysunął się cienki strumień wody. Nie powinno tu być wody — nie tak, nie teraz — a jednak błękitna nitka błysnęła w słońcu i popłynęła wzdłuż rowka, prosto ku kanałowi, gdzie skrzynka zniknęła. — Patrz — szepnął Jarek. — On nam pokazuje. Lena wstała i zrobiła krok, a potem drugi. Dzwonek znów dźwięknął, tym razem jak ostrzeżenie. W tym samym momencie coś zaszeleściło w trawach po lewej. Żabie skoki? Norka zwierzęcia? Połyskujące, odwrócone odciski stóp, które znali z rys na kamieniu, pojawiły się w miękkiej ziemi i ciągnęły się ku wodzie. Nie było nikogo, a jednak ślady powstawały. Jeden, drugi, trzeci, jakby jakaś niewidzialna istota przedzierała się przez świat z drugiej strony. — Jarek… — Lena nie kończyła. Całe jej ciało zdążyło już zrozumieć, że zaraz stanie się coś, czego nie da się wsadzić z powrotem do pudełka. Z trzcin dobiegło ich ciche, bardzo wyraźne: — Lena. Głos był miękki, troskliwy i brzmiał jak babcia, jak mama, jak ona sama, kiedy mówiła do siebie w przebraniu szeptu. Przypomniała sobie ostrzeżenie i skupiła wzrok na krawędzi traw. Nie na wodzie. Nie na własnym odbiciu. Tylko na kołyszących się źdźbłach. Dzwonek przylgnął do jej klatki piersiowej jak druga kość. — Nie patrz — Jarek też to pamiętał. Stał blisko, tak blisko, że czuła ciepło jego ramienia. Głos powtórzył: — Lena. Zwróćcie. W czasie, jaki mógłby trwać oddech, powietrze zgęstniało, a las wstrzymał oddech razem z nimi. Gdzieś daleko zawył pies. Dyktafon zapiszczał i znów zamilkł. Lena podniosła rękę, jakby miała dotknąć powietrza, i wtedy w rowku wody, kilkanaście kroków od nich, coś zaczęło się wynurzać spomiędzy korzeni dębu — coś okrągłego i żelaznego, nasiąkniętego ziemią, co błysnęło pod słońce jak serce odłożone na bok.


Author of this ending:

Age category: 13-15 years
Publication date:
Times read: 33
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.