Latarnia nad urwiskiem
Wiatr niósł smak soli i mokrej rdzy, kiedy mała łódź pana Ryszarda przeskakiwała przez spienione grzbiety fal. Na horyzoncie, jak pieczęć przyklejona do krawędzi świata, wyrastała wyspa z latarnią—czerwona iglica z czarną koroną galerii, uparte światło w dzień bez słońca.
— Dziki akwen, pani Kalino — mruknął rybak, mrużąc oczy. — Odkąd latarnia przeszła na automat, nikt tam nie zagląda. Po co wam to?
Kalina wsunęła palce w materiał bluzy, żeby ogrzać dłonie. Fotografowała takie miejsca od lat; puste budynki miały w sobie ciszę, której brakowało jej w mieście. Ale nie mówiła o tym rybakowi. Pokazała mu zafoliowany odcisk z dawnego negatywu: mężczyzna w czapce latarnika, trzymający metalowy cylinder ozdobiony drobnym rysunkiem gwiazdozbiorów i parą wpisanych w margines liczb.
— Ten człowiek zginął w sześćdziesiątym ósmym — powiedziała. — Cylindra nie odnaleziono. A współrzędne nie zgadzały się z żadną ówczesną mapą. Instytut poprosił o dokumentację latarni. Sami panowie nie macie ochoty sprawdzić, co tam zostawiono?
Pan Ryszard parsknął, jakby odganiał myśl, a potem już milczał. Igor, który dotąd trzymał się cicho, wyjął z plecaka zwiniętą mapę i przycisnął ją do pokładu. Był kartografem, ze wzrokiem skupionym zawsze ledwo obok tego, na co patrzył reszta świata.
— Gdyby ten cylinder był jakimś kontenerem na notatki, mógł mieć schowek w latarni — powiedział, starannie ważąc słowa. — Od kilkunastu lat nie ma tu stałej obsady. Jeśli coś zostało... to czeka.
Łódź weszła w cień wyspy. Woda uspokoiła się w naturalnej zatoce, skąd widać było ścieżkę wiodącą z kamiennego pomostu do drzwi u podnóża latarni. Na ścianie chętnie rozgościły się porosty, zielonkawe i żółte, a metalowe okucia świeciły matowo. Gdzieś w trawie trzepotał kormoran, susząc skrzydła na wietrze.
— Do zmroku mam robotę w sieciach — powiedział pan Ryszard. — O dwudziestej wrócę. Jak morze pozwoli. — Wydał to tak, jakby składał obietnicę i od razu odwołanie do losu.
Zostali sami: oni i budynek, który sapnął przeciągiem, kiedy Kalina popchnęła ciężkie drzwi. W środku pachniało starym olejem, solą i kurzem. Na klatce schodowej, wijącej się wokół szybu niczym metalowe pnącze, dźwięczał przeciąg. Na ścianach rozmieszczono jednak jeszcze czytelne tabliczki: „Rozdzielnia”, „Warsztat”, „Archiwum”.
— Najpierw archiwum — wskazał Igor. — Potem lata z latarni po kolei.
Weszeszli do niskiego pomieszczenia o zamurowanych oknach. Na regałach piętrzyły się skoroszyty i morskie dzienniki, niektóre przewiązane płóciennymi taśmami. Pająki zasnuły gzymsy drobnymi, posłusznymi siatkom. Kalina odsunęła kobyłkę trzymającą pudła z mapami i rozpięła na stole swoje miękkie, śliskie rękawique. Dotknęła okładki dziennika z lat 1966–1968.
Słowa, zapisane równym pismem, mówiły o porywach wiatru, stanie morza, o śrubkach, które trzeba wymienić, i o kawie, która się skończyła. A potem—jakby komuś omsknęło się pióro—między rubrykami pojawiła się notatka poza schematem: „przesunięcie cieni na tarczy Fresnela, zgodność z mapą nieba nad równonocą, sprawdzić pierścień u podstawy”.
— Widzisz? — Kalina odsunęła dziennik w stronę Igora.
— Równonoc? A zatem wrzesień. — Igor skupił się, przesuwając palcem po datach. — Wtedy robili pomiar... i wprowadzili jakiś znak do dziennika technicznego. Dziwne.
Weszli wyżej, stawiając kroki ostrożnie po żeliwnych stopniach. Na szczycie, w latarni, słynna soczewka Fresnela, jak szklana spirala, dalej składała światło w ostre pasma. Wokół, pod cienkim pokładem kurzu, wciąż leżały narzędzia: klucz francuski, szczotka druciana, puszka z odrapaną etykietą. I był jeszcze pierścień: szeroki, stalowy, osadzony u podstawy kolumny, mocującej mechanizm obrotowy. Był gładki, lecz gdy Kalina przetarła go rękawem, spod kurzu wyłoniły się drobne nacięcia.
— Gwiazdozbiorowy motyw — mruknął Igor. — Widzisz Oriona? I coś jak linia kompasowa... Nie, nie kompas. To jest azymut gwiazdy w dniu równonocy.
Kalina podniosła wzrok. Na zewnątrz chmury pędziły nisko, przywierając do linii fal. Wyciągnęła aparat, zrobiła kilka zdjęć prążków na stali, potem stanęła tak, by zgrać położenie znaku na pierścieniu z widokiem przez okno. Gdy przesunęła się o pół kroku, jakaś kreska, dotąd bez sensu, połączyła się idealnie z linią na zewnętrznym parapecie. Zrobiło jej się zimniej.
— To prowadzi — powiedziała cicho. — Nie wiem dokąd, ale prowadzi.
Wrócili do warsztatu. W szafce, za rzędem buteleczek z zaschniętym lakierem, Igor znalazł zwinięty rulon pergaminu. Rozwinął go ostrożnie. Była to mapa wyspy, narysowana ręką, która znała każdy jej kamień. Na brzegu zaznaczono półokrągłą zatoczkę i coś na kształt korytarza pod klifem. Obok, zamiast podpisu, znajdował się drobny, skrzętnie wykreskowany rysunek—układ gwiazd, ten sam, co na pierścieniu.
— Ktoś tu kiedyś coś instalował — wymówił Igor, jakby bał się zdemoralizować ciszę zbyt wielkim zachwytem. — Być może pomiarowy punkt, być może... — urwał. Uśmiechnął się do Kaliny krótko. — Sprawdźmy zatoczkę.
Droga w dół prowadziła między karłowatymi krzakami głogu. Gałązki zahaczały o ich kurtki, zostawiając cienkie, białe rysy. Kalina rozglądała się odruchowo za kadrami, ale tym razem o wiele mocniej interesowało ją to, co znajdą. Na plaży kamienie były śliskie, że aż wydawały się tłuste od wody. Fale dobiegały krótkie, gęste, i zaraz cofały się, jakby walczyły z własnym pędem.
— Nienaturalnie silny odpływ — powiedział Igor, zginając się z mapą tak blisko oczu, że prawie dotykał jej nosem.
W półokrągłym wgłębieniu klifu, gdzie zatoka obejmowała ich cieniem, znaleźli pierścień wmurowany między kamieniami. Był prawie tej samej średnicy co pierścień w latarni, nadgryziony solą, z kawałkami wodorostów zaczepionymi o bok. Obok, pod złuszczoną warstwą mchu, ktoś kiedyś narysował linię, która teraz, po przetarciu, świeciła jasno—jak blizna.
— Trzeba to odczepić — stwierdziła Kalina. Wyjęła z plecaka linę i karabińczyk. — Jeśli jest tu klapa... może się podda.
— Lepiej uważajmy — ostrzegł Igor. — Teren podmyty, głazy ruchliwe. Zepchnięcie w dół i tyle nas widzieli.
Mimo to uchwycił pierścień razem z nią. Ich dłonie zatrzeszczały na zimnym metalu. Lina napięła się, kiedy przeszli kilka kroków w stronę bardziej stabilnego fragmentu plaży. Kalina czuła, jak każdy mięsień w przedramionach sprzeciwia się soli i tarciu. Igor ustawił się pod kątem, znalazł stopą zagłębienie, zaklinował się. Na trzy. Raz. Dwa.
Zanim padło „trzy”, morze wykonało ruch, który śni się żeglarzom: odsunęło się naraz o kilka metrów, odsłaniając mokre, czarne dno na tle bladego nieba. Od zatoki popłynął do nich zimny powiew, jak od otwartych drzwi lodowni.
— Czujesz? — spytała Kalina szeptem.
— Czuję, jakby ktoś zdjął korek — odparł Igor, a jego głos zabrzmiał oschle, bez żartów.
Pociągnęli. Pierścień drgnął, a kamienie obok zagrzechotały. Coś pod nimi trzasnęło, jakby przerdzewiał zatrzask poddał się po latach. Kalina usłyszała dźwięk zupełnie niepasujący do plaży: metaliczny pogłos, krótki i czysty, niosący się po spiętrzonych skałach jak nuta z wydrążonej, ogromnej struny.
— Jeszcze raz — powiedział Igor, i choć miał dłonie jak zawsze pewne, coś w jego oczach przypominało spłoszonego ptaka.
Zeszli ciężarem ciał w przeciwną stronę, wykorzystując nachylenie. Lina jęknęła stłumionym świstem, ich buty zacięły się w wodorostach, poszli o pół kroku i poczuli, jak cała płyta pod nimi ustępuje. Zatoka zamilkła tak, że słychać było tylko ich oddechy i stukot drobnych kamyków przesypujących się pod podeszwami.
Z ciemnej szczeliny, która rozwarła się między głazami, buchnął jeszcze chłodniejszy powiew. Niósł ze sobą zapach nie tyle morza, co długo zamkniętego miejsca: wilgoć kamienia, smużkę czegoś metalicznego, i... odległe, pulsujące echo—jakby z głębi klifu, pod warstwami skał, ktoś włączył stary mechanizm, który nagle przypomniał sobie obowiązek.
Kalina spojrzała na Igora. Nie musieli mówić: co było do zrobienia, było jasne. Otwór był dostatecznie szeroki, by wsunąć tam ramiona i głowę. Lina wewnątrz zwisała, dotykając czegoś, co nie brzmiało jak piasek.
— Wejdę pierwsza — powiedziała. — Ty trzymaj i liczymy kroki. Jeśli się urwie, próbujemy ratować... — przerwała, bo kącikiem oka zauważyła na krawędzi pierścienia świeże zarysowanie, którego nie było przed chwilą. Jakby ktoś od środka paznokciem przejechał po metalu.
— Czekaj. — Igor pochylił się, nasłuchując.
Z głębi, pod ich stopami, coś odpowiedziało krótkim, miarowym stukiem. Raz. Przerwa. Drugi raz. I po chwili rozchylił się cień, jakby w mroku zaiskrzył daleki, bladoniebieski błysk...
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?