Latarnia nad ciemnym dachem
Iga miała dziewiętnaście lat i znosiła nocne zmiany lepiej niż poranne wykłady. Po pracy wspinała się na dach akademika i liczyła światła w oknach miasta. Mrugały nierówno, jakby wymieniały się sekretami, jakby cały horyzont mówił do niej alfabetem. Jej palce pamiętały układy scalone bardziej niż ciepło kubka, i to ją uspokajało.
Ostatnio miała wrażenie, że prąd w kablach odpowiada jej oddechowi i krokom. Dotykała poręczy, a skóra drżała jak struna, nim cichła z odrobiną wstydu. Nie mówiła o tym nikomu, nawet Lence z pokoju, bo to brzmiało dziwnie. Zostawiała sprawę na dachu, pod antenami, między wiatrem a metalem barierki.
Tego wieczoru burza szła od Wisły, niska i zielonkawa, jak coś nie do końca przybyłe. W jednej sekundzie zgasło wszystko: korytarz, parking, reklamy na przystanku, nawet czerwone diody wind. Miasto zrobiło wdech, a potem zapadło się w taką ciszę, że aż zaszczypały uszy. Tylko jej telefon rozjaśnił dłoń nienaturalnym procentem baterii i wiadomością: "Latarnia: Żyjesz?"
Przyszła myśl, że to dowcip, ale przecież nikomu nie świeciły już żadne ekrany. Krawędź chmur pływała jak mięśnie, a ona czuła pod skórą ławicę najmniejszych prądów. Zamknęła oczy, zaciągnęła się nocą, i dla żartu pomyślała o włączniku ukrytym w oddechu. Latarnie wzdłuż bulwaru zapaliły się po kolei, od rzeki ku mostowi, jak wystraszony szereg żuków. Tramwaj na moście jęknął, ruszył metr, zatrzymał się, a ona odsunęła dłoń i znów było ciemno.
Na sąsiednim dachu stanęła postać z parasolem, choć wiatru nie było, a deszcz dopiero szukał miasta. Głos przeszedł po blachach, jakby mówił z megafonu, a jednak był zbyt blisko. "Oddałaś mi pół miasta, nawet nie prosząc" – powiedział, nie unosząc parasola ani o centymetr. Telefon Igi zawibrował drugi raz: "Nie dotykaj poręczy"; jednocześnie rynna zaczęła sypać iskrami jak świetlikami. Iskry zbierały się w chłodną kulę tuż przy jej dłoni, gdy ktoś zza komina wymówił jej imię.
Włosy na karku podniosły się pionowo, a gwoździe w kalenicy drgnęły, jakby ktoś je podnosił od spodu. Przypomniała sobie igłę w starym radiu babci, która drżała, nim złapała melodię. Z kieszeni wypadły jej drobne, nie potoczyły się jednak, tylko zatańczyły w miejscu, jak w słabym polu. Postać z parasolem zrobiła krok po pustce między dachami, bezgłośnie, jakby schody istniały tylko dla niego. "Czas nas goni" – powiedział – "a ty wybierzesz za nas oboje". Ekran znów rozbłysnął: "Iga, jeśli mnie słyszysz, puść metal"; w tym samym momencie kula przy poręczy odwinęła się ku jej nadgarstkowi.
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?