Latarnia, która mówiła światłem
Październikowy wiatr wciskał się w szczeliny latarni, choć sezon dawno wygaszono. Jagna, siedemnastoletnia wolontariuszka muzeum w latarni Sokola Głowa, zamykała kasę i układała bilety. Zamyślona, spojrzała na soczewkę Fresnela, która migała nierówno, jakby coś ją peszyło. Jej tata był rybakiem i nauczył ją alfabetu Morse’a podczas długich rejsów. Teraz światło powtarzało trzy krótkie, trzy długie, znów trzy krótkie, a potem ciszę.
– Alarm wzywa, pani detektyw – zaśmiał się Mikołaj, kuzyn Jagny, wchodząc z kartonem pizzy. Jagna tylko cmoknęła, bo światło znów zagrało ten sam wzór, jednak dłużej. – To nie zwykły test lampy – mruknęła, chwytając latarkę i klucz do górnych drzwi. Mikołaj uniósł brwi, ale podążył za nią po stromej, metalowej klatce schodowej.
W muzeum po godzinach cisza nie była pusta; trzeszczały modele statków, a mewa krzyczała z mola. Na ostatniej platformie pachniało ozonem i starym olejem, a szkło grało cichą melodię. Zeszyt dyżurny leżał otwarty; ktoś dopisał ołówkiem: „Nie wchodzić samemu po zmroku”. – Super, ale jest nas dwoje – szepnął Mikołaj, jakby to cokolwiek zmieniało sprawę.
Główna lampa zamilkła, po czym zamrugała znów, w sekwencji trudniejszej niż SOS. Jagna liczyła rytmy, przesuwając wargami; wyszło jej krótkie ostrzeżenie, nieprzyjemnie bezpośrednie. – „NIE OTWIERAJ” – powiedziała, a Mikołaj parsknął, bo właśnie stali przed drzwiami serwisowymi. Tabliczka ostrzegawcza była świeżo przykręcona, lecz farba na zamku odpadała jak stara łuska.
Wiatr wparował przez nieszczelne okna i zdmuchnął pył, a latarka Mikołaja zapiszczała ostrzegawczo. Telefon stracił zasięg, lecz w rogu zabuczało stare radio, wyrzucając jedynie śnieg i cyfry. Wtedy zza drzwi coś zastukało, wyraźnie i rytmicznie, jak młotek w kredens. Jagna skuliła ramiona, licząc: krótkie, krótkie, długie, krótkie, długie – poskładała to w jedno słowo. – „POMÓŻ” – wyszeptała, a od środka poruszyła się klamka, jakby ktoś trzymał ją oburącz.
Lampa mrugnęła ponownie „NIE OTWIERAJ”, a radio syknęło imieniem, tak cicho, że było gorsze niż krzyk. Mikołaj przyłożył ucho do drewna i pobladł, bo coś szeptało tam drugi raz jej imię. Burza przetoczyła się nad portem, falą światła przecinając morze, jak odpowiedź z dalekiej łodzi. Jagna uniosła klucz do zamka, a wtedy z drugiej strony ktoś zastukał nową sekwencję. Nie znała jej, jeszcze; każdy takt brzmiał jak pytanie skierowane wyłącznie do niej.
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?