Korporacja Sernikowa S.A.
Za siedmioma piętrami, na ósmym, w najbardziej rozklekotanej kamienicy w centrum miasta, mieszkała banda dorosłych dzieci. Dorośli, bo co prawda każdy z nich skończył już 18 lat, ale dzieci, bo nikt nie wiedział skąd się bierze prąd, a śniadanie potrafili zrobić tylko jeśli lodówka była pełna gotowych jogurtów.
Mieszkanie numer 42 na ulicy Kołowej wynajmowali wspólnie: Basia – mistrzyni wygłupów i ciętej riposty, Artur – specjalista od spania wszędzie i w każdej pozycji, oraz Zbyszek, który twierdził, że jest poważny, ale nikt mu nie wierzył. Ich najbardziej ekscytującym zajęciem było wymyślanie biznesów, które miały podbić świat. Od klasera na guziki (sprzedał się jeden, mamie Basi), przez aplikację analizującą kształty chmur (Bugów miała więcej niż chmur na niebie), aż do pamiętnych „Koszulek z sernikiem” – nikt nie pamiętał już, czy chodziło o wzór, czy resztki ciasta na materiale.
Pewnego bardzo pochmurnego poranka (chmur było tyle, że Artur zrezygnował z analizy), Basia wpadła do salonu z miną, która zwiastowała poważne komplikacje albo genialny pomysł:
– Słuchajcie, pieczemy serniki i sprzedajemy je na wynos! Nikt nie piecze takich serników jak ja… i babcia Zosi, ale jej nie przebijemy. Mamy kuchnię, mamy piekarnik, mamy… – tu zawiesiła głos, bo uświadomiła sobie, że mają tylko połowę twarogu i zero cukru.
– Mamy entuzjazm! – dodał Artur, poprawiając poduszkę pod głową.
Zbyszek, który zwykle był pierwszym sceptykiem, tym razem zaskoczył wszystkich:
– Jeśli podzielimy zyski po równo, to nawet sprzątam po pieczeniu.
Do wieczora cała trójka biegała na przemian do sklepu, szukając najtańszego twarogu, jajek i margaryny. Produkcja ruszyła pełną parą, a zapach sernika roznosił się po klatce schodowej, zwabiając sąsiadów pod drzwi. Pierwszy klient – pan Marian z parteru – kupił aż dwa kawałki i zostawił napiwek, prosząc o dokładkę za tydzień.
Wkrótce klienci zaczęli pukać do drzwi z zamówieniami, ktoś wrzucił opinię o "najlepszym serniku w mieście" do internetu, a na skrzynce mailowej pojawiło się pierwsze poważne zamówienie – na pięć blach dla tajemniczego biura rachunkowego.
Właśnie kiedy Basia wylewała kolejną masę serową na blachę, ktoś zapukał do drzwi. Raz, cicho. Potem znów, z wyraźną nerwowością. Zbyszek, czując się już prawdziwym przedsiębiorcą, otworzył drzwi szeroko, pewny profesjonalnego powitania. Po drugiej stronie stał człowiek w garniturze, z czekoladową muchą zamiast krawata i teczką z napisem „Kontrola Sernikowa S.A.”. Wszedł do środka bez pytania, wyciągnął notatnik i powiedział:
– Przyszedłem w sprawie waszych serników.
Na chwilę zapadła cisza, a wzrok wszystkich powędrował ku gorącej blaszce. Czyżby ktoś doniósł na ich słodki interes? Czy przybysz chciał kupić, skontrolować, czy…
Wszyscy zamarli w bezruchu, czekając, co wydarzy się dalej.
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?