Klub Niewygodnych Pytań Pana Jana
W Kwirytowie biblioteka mieściła się w dawnej poczekalni kolejowej, pachnącej gipsem i dżemem z kiermaszu. Jej kierownikiem był pan Jan, człowiek uprzejmy, pedantyczny i odrobinę podejrzliwy wobec ciszy. Twierdził, że porządek regałów przypomina mu szachy, w których skoczki bywają bibliografią. Miał jednak jedną słabość: półkę E–F, wiecznie przekorną, wiecznie o pół centymetra krzywą. Żeby ją prostować, pan Jan wymyślił ćwiczenie, zwane rozciąganiem rzeczywistości przez pytania. Brzmiało śmiesznie, lecz działało tak skutecznie, iż powstał tu Klub Niewygodnych Pytań.
Klub spotykał się w czwartki o siedemnastej, przy ksero o imieniu Benek. Przychodzili Mirek, informatyk i iluzjonista, pani Lidia od WF-u oraz piekarka Sośnia. Zadawali pytania niegroźne, a jednak kłopotliwe, jak igły w pluszowym fotelu burmistrza. „Dlaczego zegar ratusza bije trzynaście, kiedy ma się coś do ukrycia?” „Kto ustawia wszystkie tablice informacyjne tak, by wskazywały urząd do siebie?” Po miesiącu przyszedł list, lakoniczny jak haiku: zakaz pytań niewygodnych po osiemnastej, ze względów hydraulicznych.
Pan Jan zakaszlał ceremonialnie i przełożył spotkania na 17:59, na przekór literalności. Tego dnia ekspres do kawy wyświetlił ironiczne „Na pewno?”, gdy wciskał przycisk espresso. – Dziś tylko jedno pytanie – oznajmił – i sprawdzimy wspólnie, kto tak naprawdę pilnuje odpowiedzi. Ułożyli wspólnie formułkę: „Kto odpowiada za pytania, na które nikt nie odpowiada?” Benek zamruczał, zakaszlał tonerem i wypluł kartkę z instrukcją jak z gry planszowej. Widniało: „Wejście między 820 a 821. Hasło: Pukam, bo myślę. Godzina: po godzinach.”
Między regałami nie było wejścia, tylko ściana o fakturze bardzo przekonującej zwykłości. Pani Lidia opukała cegły, Mirek świecił latarką, a Sośnia wspięła się na palce. Pan Jan głaskał grzbiety tomów, aż wysunął cieniutką broszurę o przepisach niedomówień. Coś kliknęło, ściana zadrżała, otwierając wąskie schody, pachnące tonerem i lekko kardamonem. Zegar biblioteki uderzył trzynaście, mimo że wszystkie telefony pokazywały siedemnaście pięćdziesiąt osiem. Z góry dobiegł trzask Benka, który wydrukował ostrzeżenie: „Nie schodźcie teraz sami”.
– No to zejdźmy w grupie – zaproponował pan Jan i schował dziurkacz do kieszeni. Pani Lidia wzięła skakankę, Mirek sprawdził powerbank, a Sośnia zapakowała bułkę z makiem. Schody skrzypiały jak klawisze Enter, a echo dopowiadało zawsze to, czego nikt nie kończył. Na dole czekały stalowe drzwi z tabliczką: „Dział Odpowiedzi Odrzuconych. Proszę pytać przed wejściem”. Szparka w drzwiach trzasnęła, zaryczał zamek, a z ciemności wypłynęło leciutkie, fosforyczne mruganie. Kiedy klamka sama drgnęła, a ściany na górze przesunęły się o centymetr, pan Jan nabrał powietrza, żeby...
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?