Na końcu Ulicy Bursztynowej stał dom z poddaszem, które pachniało latem, starym drewnem i jabłkami. Tego dnia Zosia wspinała się po wąskich schodkach, niosąc pod pachą kota Migdała. Migdał był pręgowany jak kora drzewa i miał jeden biały wąs, który zawsze drżał, gdy było ciekawie.
— Uważaj na głowę! — zawołała z dołu Babcia. — Tylko nie rozrabiaj, skarbie.
Zosia postawiła stopę na ostatnim stopniu i wsunęła się pod niski dach. Promienie słońca wpadały przez małe okienko i wirowały w kurzu jak drobne, złote rybki. Pod ścianą stała skrzynia obklejona naklejkami z kolorowymi wyspami. Na jednej z nich ktoś małą literą dopisał: „Poddasze lubi szelesty”.
— Szelesty? — szepnęła Zosia, a Migdał odpowiedział jej miauknięciem, które zabrzmiało zupełnie jak chrupnięcie suchego listka.
Skrzynia cicho zapiszczała, gdy Zosia podniosła wieko. W środku leżały zrolowane mapy, piórka, koraliki i słoiki z etykietami, na których wymyślne litery mówiły: „Szepty poranne”, „Wiatr na później”, „Zapach deszczu”. Jeden słoik był mniejszy od reszty i miał srebrną nakrętkę. Etykieta była pożółkła, ale wyraźna: „Światło do Nocy — otwieraj przy szeptach”.
Zosia uniosła słoik na wysokość oczu. W środku coś błyszczało, jakby w ciemnej wodzie kołysał się kawałeczek księżyca. Gdy przekręcała słoik, po pokoju biegły cichutkie iskry, a Migdałowi drżał ten jeden biały wąs.
— Światło do Nocy — powtórzyła Zosia. — Ciekawe, czy jest ciężkie.
Było leciutkie, prawie jak piórko. Na srebrnej nakrętce ktoś wydrapał maleńkie kropki i kreski tworzące zdanie: „Nie otwieraj, gdy gwiazdy śpią”.
— To kiedy otwierać? — Zosia spojrzała przez okno. Było jeszcze popołudnie, ale słońce zaczynało się chować, jakby też miało ochotę zajrzeć do skrzyni.
Z dołu rozległo się: — Zosiu, kolacja za chwilę!
— Dobrze! — odkrzyknęła, lecz wcale nie miała ochoty schodzić. Usiadła na miękkim dywaniku pod oknem i przytuliła słoik do policzka. Był chłodny, a jednak z wnętrza sączyło się ciepło — delikatne jak oddech piórka.
Wiatr poruszył firanką. Przez maleńkie okno przeciągnął się sznur zachodzących barw: róż, pomarańcz i odrobina fioletu. Zosia przymknęła powieki i usłyszała coś, czego wcześniej nie było — cichutkie „ding… ding…”, jak dzwonki ukryte w trawie.
Migdał postawił uszy. Zosia spojrzała na etykietę: „otwieraj przy szeptach”. Czy to już? W całym poddaszu zrobiło się bardzo miękko i cicho, jakby obok usiadła noc i zawinęła się w koc.
Nagle napisy na etykiecie zamigotały, a litery przestawiły się same, układając nowe zdanie: „Najpierw powiedz: dobranoc, a potem posłuchaj”.
Zosia połknęła ślinę. — Dobranoc — wyszeptała do szkła, czując, że robi coś bardzo ważnego i trochę dziwnego.
Stało się to od razu. W słoiku poruszyło się światło. Nie rozlało się, nie uciekło — zaczęło się układać. Było jak mleczna, srebrna para, z której wykwitła kruszynka łódeczki. Łódeczka miała chorągiewkę z literą „Z” i dzwonek przy dziobie. Gdy dzwonek zadźwięczał, w powietrzu zawisł zapach cynamonu i świeżych jabłek.
— Widzisz to? — Zosia dotknęła palcem szkła. Migdał ostrożnie szturchnął słoik noskiem.
Światło odpowiedziało. Zrobiła się w nim ścieżka, cienka i srebrna, prowadząca jak niteczka od łódeczki do krawędzi szkła. Na nakrętce zamigotał rysunek maleńkiego klucza. Zofia przyłożyła ucho do słoika i usłyszała szept, cichutki jak najmniejszy z komarów: — Psst… Zosiu…
— Kto tam? — spytała, choć wiedziała, że w słoiku nie powinno być nikogo. Szept otulił jej słowa jak piórko.
Poddasze wstrzymało oddech. Stare belki nie skrzypiały, zegar na dole jakby zapomniał tykać, nawet wróble za oknem usiadły ciszej. Zosia pogładziła nakrętkę i zobaczyła, że wokół brzegu pojawiają się malutkie literki, rosnące jak nasiona: „Trzy puknięcia — raz, dwa, trzy — i zadziała”.
— Raz, dwa, trzy — powtórzyła Zosia w myślach. — Ale czym?
Nagle coś zapukało od wewnątrz. Puk. Puk. Puk. Dokładnie trzy razy. Zosia aż podskoczyła, Migdał syknął, ale nie uciekł. Biały wąs drżał mu jak struna.
— Dzieci, myję już ręce! — zawołała z dołu Babcia, ale jej głos dotarł jak przez poduszkę.
Zosia zacisnęła palce na słoiku. Serce biło jej szybko, ale nie ze strachu, tylko z tego samego uczucia, które się ma, gdy otwiera się prezent i jeszcze nie wiadomo, co jest w środku. Wzięła głęboki oddech. Powietrze smakowało jesiennym sadem.
Nakrętka drgnęła. Zrobiło się „klik”, tak ciche, że prawie go nie było, a jednak wszystko wewnątrz Zosi zapiałowało: teraz!
— Migdał, trzymaj — powiedziała i wsunęła słoik na szeroki parapet. Kot przyklęknął obok, jak wartownik.
Zosia dotknęła palcem maleńkiego kluczyka na rysunku. Kluczyk zaiskrzył i rozwinął się w cienki promień, który owinął się wokół palca Zosi jak bransoletka. Promień był ciepły i rezolutny, drżał jak strzałka kompasu, po czym opadł na nakrętkę. „Klik”.
Nakrętka zakręciła się sama, raz, drugi, trzeci. I stanęła. Zosia nabrała powietrza do policzków. Migdał wyciągnął szyję tak, że wyglądał jak miękki, pręgowany wąż.
W środku łódeczka zakołysała się mocniej. Dzwonek zabrzmiał jak maleńki śmiech. Srebrna ścieżka zadrgała i wysunęła się odrobinę poza szkło — jak nitka, która nagle robi się dłuższa, niż była. Iskry zatańczyły po parapecie, a na drewnie narysowała się świetlista linia, cienka jak pajęcza sieć, prowadząca od słoika do klamki okna.
— Chce, żebym je otworzyła — wyszeptała Zosia.
Powietrze zrobiło się gęstsze i chłodniejsze, jak w nocy, tuż przed pierwszą gwiazdą. Zosia położyła dłoń na klamce. W tej samej chwili gdzieś za ścianą zadudniło. A może to tylko jej serce? Klamka była zimna jak płatek lodu. Zosia spojrzała na Migdała. Kot mrugnął wolno, na zachętę.
— Raz… — powiedziała, bo liczenie uspokajało. — Dwa…
Nagle w słoiku coś rozświetliło się tak mocno, że w poddaszu zrobiło się jasno jak w środku dnia. Światło wyskoczyło wysoko, aż po belki. Na okienku zadrżała firanka, ze ściany spadło lekkie piórko. Dzwonek przy łódeczce zadźwięczał jeszcze raz, tym razem zupełnie blisko, jakby tuż przy uchu Zosi.
A potem nakrętka odskoczyła z cichym „plink!”, a ze słoika wysunęło się coś srebrnego, co zakręciło się w powietrzu jak wstążka i…