Did You Know?

Kaseta, która nie powinna istnieć


Kaseta, która nie powinna istnieć
Listopadowy wiatr wdzierał się w uliczki Brzyn jak ktoś, kto zna każdy zamek i każdy skrzypiący zawias. Piasek przesypywał się przez pęknięcia w kocich łbach, słona mgła spływała z klifu, a latarnia na Przylądku Jasnym tkwiła ciemna, jakby od lat obrażona na świat. Marta wysiadła z autobusu, poprawiła szalik i przez chwilę patrzyła na odległe, zarysowane w chmurach światło, które nie świeciło. W Brzynach rzadko coś świeciło tak, jak powinno. Dawny dom dziadka pachniał kurzem, szafranem i starym drewnem. W kuchni stał kubek z niedomytym brzegiem, jakby ktoś wyszedł tylko na chwilę po świeże powietrze i nigdy nie wrócił. Marta odłożyła torbę na krzesło, nie zdejmując jeszcze płaszcza, a potem zajrzała na strych, gdzie kiedyś bawiła się w zorganizowany chaos. Stały tam nadal kartony: notatniki dziadka, puszki po herbacie pełne guzików, dyktafon, którego nie dotykała od liceum. Cichy, senny pył krążył w smudze światła sączącej się przez małe okno. Na progu leżała bąblująca koperta bez nadawcy. Była wilgotna, jakby długo leżała na deszczu, ale papier w środku pozostał suchy. Marta otworzyła ją paznokciem, czując zdenerwowanie tak subtelne jak zmarszczka w tafli wody. Wypadła kaseta magnetofonowa, przezroczysta, z cienkim paskiem taśmy owiniętym równo jak włosy przykładnie uczesanego dziecka. Na etykiecie widniał napis cienkim, dokładnym pismem: „Dla Marty – Jasny 00:30”. A pod spodem data. Jutro. Ścisnęło ją w żołądku. Przez sekundę pomyślała, że ktoś z jej znajomych bawi się w przewrotny żart, ale nikt z Brzyn nie pisał tak starannym, niemal kaligraficznym pismem. Poza tym, kto podpisuje kasety datą z przyszłości? Włączyła stary magnetofon, ten z ciężkim, gumowym przewijaniem i przyciskiem „play”, który zawsze trzeba było docisnąć kciukiem, bo lubił się poddać. Wcisnęła groźnie metalowy ząbek i taśma ruszyła. Z głośnika trzasnęło, potem szum morza, jakby ktoś trzymał mikrofon tuż nad falą. A potem odezwał się głos. To był jej głos. „Jeśli to odtworzysz, znaczy, że wróciłaś. Nie pytaj jak. Po prostu posłuchaj. O wpół do pierwszej światło się obróci, chociaż nie powinno. Schody będą się kołysać jak nigdy i natrafisz na stopień z solą. Nie zatrzymuj się przy trzynastym. I nie zaglądaj w lewo.” Marta wstrzymała oddech. Znał ten prędki rytm jej mówienia, kiedy udawało jej się opowiedzieć coś bez potykania o własne myśli. Znał lekkie zawahania przy „nie pytaj”. Wiedziała, jak brzmi jej własny nerwowy pośpiech. Kaseta milczała przez długą sekundę, w której wahała się, czy nie wyłączyć wszystkiego i nie wypchnąć dziwnego przedmiotu z powrotem za drzwi. Potem głos wrócił, cichszy, jakby mówił przez rękaw. „Weź latarkę. Weź kogoś, kto zna instalacje. Igor się nada. Pamiętaj o kluczach od Berty. Jeśli usłyszysz, że ktoś mówi twoje imię, nie odwracaj się od razu. Policzyć do pięciu. Będziesz chciała spojrzeć. Zaufaj sobie sprzed… zaufaj.” W wyrazie „zaufaj” dźwięk lekko pękł, taśma zazgrzytała, jakby porysował ją piasek. Marta nacisnęła „stop” i przez chwilę patrzyła na magnetofon, jakby ten mógł jej coś wyjaśnić. Potem sięgnęła po telefon. Igor odebrał po trzecim sygnale. „Marta? Przecież ty… a, na zdjęciu w sieci widziałem, że przyjechałaś. Co jest?” „Potrzebuję twojej latarki, twoich narzędzi i twojej gotowości do głupich pomysłów.” Zaśmiał się krótko, ale coś w jej tonie sprawiło, że odchrząknął i stężał. „Gdzie?” „Jasny. Dziś w nocy.” „Latarnia jest zamknięta, a prąd odcięty. Poza tym Pani Berta ma kłódki na kłódkach.” „Wiem, jak ją przekonać.” Pani Berta mieszkała naprzeciwko piekarni, w domu z dwiema szafami pełnymi swetrów i albumów ze zdjęciami męża, dawnego latarnika. Miała włosy jak watę cukrową i spojrzenie, które jednym zaciśnięciem powiek potrafiło przywołać dziecięce poczucie winy nawet u dorosłych. Słuchała Marty na progu, opierając się o framugę i leniwie mieszając łyżeczką cukier w herbacie. „Po co ci tam w nocy?” zapytała, bez potępienia, ale z dekoracyjną ostrożnością. „Dziadek pisał o tym miejscu. Zostawił notatki. Chcę zrozumieć. I… jeśli coś się stanie, wiesz, że to my, nie jacyś turyści.” Pani Berta westchnęła, przekręciła na palcu pęk kluczy tak, że zadzwoniły, jakby sama latarnia się przeciągnęła. „Nie idź sama. I nie dotykaj soczewki. Jak była jeszcze nasza, to się zawsze bałam, że ją porysują.” Podsunęła klucze do dłoni Marty i uśmiechnęła się krzywo. „Nie chowaj ich pod wycieraczkę, jak wrócisz. Pod figę w donicy. Mniej oczywiste.” Wieczór w Brzynach bywał gęsty. Zapach ryb z portu mieszał się z dymem z pieca sąsiadów, a latarnie uliczne mrugały ospale, jakby z uśmiechem, który nie dociera do oczu. Igor czekał przy samochodzie, z torbą narzędzi i termosami, w czapce nasuniętej na uszy. „Powiedz mi tylko jedno,” zaczął, gdy ruszyli polną drogą na klif. „Wiesz, co robimy?” „Wiem, że nie powinniśmy,” odparła Marta i sama się z tego zdania zaśmiała. „A poza tym… dostałam coś. Coś, co nie powinno istnieć.” Opowiedziała mu o kasecie, a on najpierw pokręcił głową, potem umilkł, a w końcu powiedział: „Ja też raz coś od ciebie dostałem za wcześnie. Urodziny dwa dni przed terminem. Może życie jest po prostu źle zsynchronizowane.” Klif wyrósł przed nimi nagle, ciemny i postrzępiony. Latarnia, wysoka jak sylweta kogoś, kto ma na sobie za duży płaszcz, stała z głową w chmurze. Kiedy podeszli bliżej, coś drgnęło. Na ułamek sekundy przez szkło przemknął blady blask, jak smuga zapałki wciągniętej do szczeliny. „Widziałeś?” syknęła Marta. „Może księżyc,” mruknął Igor, ale uniósł latarkę i przyspieszył. Wielkie drzwi były zimne. Klucz zachrobotał, jakby ktoś od lat nikt go nie odwracał w zamku, a potem zamek ustąpił łagodnie, za łatwo. Mokra posadzka pachniała metalem i mchem, a spiralne schody wspinały się w górę niczym zwinięty do skoku wąż. Marta dotknęła poręczy. Była zimna i lepka od soli. „Jak ktoś włączył prąd, to się dowiemy szybko,” powiedział Igor i pochylił się do rozdzielni. „Ale tu wszystko martwe. Nic nie szumi.” Marta wsunęła kasetę do kieszeni kurtki tak, że czuła pod palcami kanciastą obudowę. „O wpół do pierwszej,” powiedziała w myślach. Było za dwadzieścia pierwsza. Wspinali się powoli, bo każdy krok wydawał się głośniejszy niż poprzedni. Schody jęczały, ale nie tak, jak powinna jęczeć rdza. Bardziej jak stłumione przeciąganie mebla po parkiecie za ścianą. Na piątym stopniu leżał biały pył, osiadły w kręgach. Sól. Przetarła go butem i nagle przyszło jej na myśl zdanie z kasety: „natrafisz na stopień z solą”. „Ktoś tu bywa,” mruknął Igor. „Ale po co? Nic wartościowego.” „Może coś, czego nie potrafimy nazwać wartościowym,” odpowiedziała, bardziej do siebie niż do niego. Przy trzynastym stopniu zatrzymała się. Nie dlatego, że nie mogła iść dalej, tylko dlatego, że uszy kazały jej stanąć. Z góry nadszedł cichy, metaliczny szmer, jak toczenie małej kulki po rynience. Serce uderzyło jej w gardło. Kaseta zadrżała pod palcami, choć nie mogła. Poczuła to. „Idź,” powiedziała sobie na głos, i dopiero wtedy przypomniała słowa: „Nie zatrzymuj się przy trzynastym. I nie zaglądaj w lewo.” Lewej strony schodów nie było wiele — tylko wąska szczelina między podestem a ścianą, ciemność gęsta jak koc. Wyprostowała się i postawiła nogę na czternastym stopniu, ignorując odruch, by zerknąć w mrok, który prawdopodobnie nic nie krył poza podświetlonym pyłem. Z każdym piętrem powietrze stawało się chłodniejsze, a cisza gęstniała, jakby wokół postawiono szklane ściany. Igor szedł za nią, raz po raz dotykając knykciami poręczy, jakby się upewniał, że tańczy z odpowiednim partnerem. W końcu dotarli do platformy pod samym sercem latarni, do drzwi z zakratowana szybką. Zatrzymali się równo, jak według choreografii. Za szybą było czarno. Marta przyłożyła do niej dłonie i zobaczyła własną twarz, rozciągniętą i obcą, nie z tego kąta, nie z tej godziny. Z kieszeni obok kasety wyjęła klucz. Naklejka z tortu przywierała wciąż do metalu. Ktoś kiedyś obchodził tu urodziny, pomyślała, i uśmiechnęła się szkieletem uśmiechu. „Spróbujemy?” spytał Igor, w tym tonie, który jest jednocześnie pytaniem i zgodą. Odwrócił głowę i wtedy, z dołu, ktoś cicho zawołał: „Marta”. Głos nie niósł się echem po schodach. Po prostu zaistniał pomiędzy jednym uderzeniem serca a drugim, jak kropla, która nie spada, tylko pojawia się na dłoni. Nie odwracaj się od razu. Policzyć do pięciu. Jeden. Poczucie, że coś właśnie dotknęło powietrza obok jej ucha, połaskotało ją w kark. Dwa. Igor zmrużył oczy, bo też to usłyszał, i powietrze między nimi zgęstniało, kleiste jak syrop. Trzy. Między drzwiami a ich twarzami zaszurało coś ponad słyszalność — tak subtelne, że aż pewniejsze niż dźwięk. Cztery. W latarni coś kliknęło, w środku ich ciał, nie w mechanizmie, a jednak jak mechanizm. Pięć. Odwróciła się powoli. Pusta klatka schodowa kręciła się głęboko w dół, a w ciemności połyskiwały tylko metalowe brzegi stopni. Wiatr świszczał, ale niemożliwie, bo wszystkie okna były zamknięte. Marta uniosła latarkę, promień przeciął półmrok jak ostrze, ale nie dotknął niczego, co powinno refleks zabrać. Zamiast tego zobaczyła, że na jednym z niższych podestów ktoś kredą narysował okrąg, równy i spokojny, i napisał w nim dwa krótkie słowa: „Nie patrz”. Dłoń Marty zadrżała. „To głupie,” wyszeptała do Igora, żeby oswoić przestrzeń, ale to słowo, zamiast się oswoić, wybrzmiało w niej jak źle stały instrument. Zamkiem w drzwiach coś poruszyło. Nie ich klucz. Od środka. Metal cichy i stary, ale dziś posłuszny. Ktoś tam był. Albo coś. Na czole Marty zrosił się pot, choć było chłodno. Igor odruchowo przyłożył palec do ust i drugą ręką uniósł latarkę, kierując ją nie w szybę, tylko pod sufit, jakby nie chciał kogokolwiek oślepić. Gdzieś w samej soczewce, wysoko, jęknęło szkło — tak, jak jęczy budzik, który próbuje się obudzić po wielu latach spania. Wtedy w kieszeni Marty drgnęła kaseta. Nie miała prawa. A jednak, przez materiał kurtki usłyszała suchy, chrupiący szelest, jakby taśma sama się przewinęła o kilka zębów. I głos, jej własny, przytłumiony, ale wyraźny: „Nie jesteś sama.” Szukanie światła w tym jednym zdaniu trwało nie dłużej niż oddech, a jednak nim zdążyli coś zrobić, nim Marta mogła nacisnąć klucz, w latarni zgasło wszystko i jednocześnie rozbłysło — ciężki blask soczewki odbił się od szkła i przeciął czarny horyzont, zamiast krążyć spokojnie jak kiedyś, zatrzymał się nagle i wskazał bez ruchu jedna, wąska, idealnie wyrysowana smuga, prosto w morze. Na linii tego światła, tam gdzie fale powinny być ślepe, coś poruszyło się powoli, zbyt równo, jakby nie miało kształtu, tylko zamiar. Zamek znów drgnął, szybciej, natarczywie. I ze środka dobiegło ich krótkie, ostre pukanie, trzy razy, zbyt blisko, zbyt ludzkie, żeby myśleć o wietrze.


Author of this ending:

Age category: 18+ years
Publication date:
Times read: 41
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.