Did You Know?

Karta do Wczoraj


Karta do Wczoraj
Jeśli ktoś twierdzi, że poniedziałek nie potrafi zaskoczyć, to znaczy, że nigdy nie zszedł do piwnicy naszej szkoły podstawowej nr 11. Tam, pod salą do muzyki i gabinetem pedagoga, gdzie echo umie śpiewać lepiej od chóru, mieści się Archiwum Rzeczy Zagubionych. Nie takie zwykłe. Nasze ma regulamin na siedem stron, własną drukarkę paragonów i kota w odblaskowej kamizelce. Nazywam się Nina, mam czternaście lat i od tygodnia zarządzam blogiem „Ucieczka z dzwonka”. Nie uciekłam jeszcze ani razu, ale tytuł przyciąga czytelników. Mój najlepszy przyjaciel, Leon, twierdzi, że w poprzednim życiu był kompasem, bo zawsze przypadkiem znajduje przedmioty. W praktyce oznacza to, że ma kieszenie pełne cudzych długopisów, pojedynczych słuchawek i gumek do włosów, które w nieznanych okolicznościach przeobraziły się w bungee dla ołówków. W poniedziałek przyniósł bluzę z kieszenią tak wielką, że mogłaby służyć jako schron dla chomika. – Ktoś to zgubił w szatni. Kardigan Mocy – oznajmił z powagą, jakby ratował eksponat muzealny. – Oddamy. Zbieram plusy do karmy. – Może oddaj od razu cały swój plecak – mruknęłam, patrząc, jak z wewnętrznej kieszeni wystaje mu zeszyt z napisem „W-F”. – Nie jest twój. – Ten akurat jest. Zobacz podpis. – Pogładził okładkę. – Oderwała się kartka. Schodzimy więc schodami na poziom minus jeden. Na dole wita nas tabliczka zrobiona przez pana Oparę, naszego konserwatora: „Archiwum Rzeczy Zagubionych? Proszę ciszej gubić”. Pod spodem ktoś długopisem dopisał: „I nie szkodzić mopom”. Pan Opara miał obsesję na punkcie mopów. Inwestował w nie jak w akcje. W środku pachnie kurzem, starym papierem i odrobiną pomarańczy. To świeca zapachowa „Motywacja”, która stoi obok regału z czapkami. Regały ciągną się długimi szpalerami. Każdy ma swoją kategorję: „Skarpetki samotniczki”, „Klucze do niczego”, „Notatki, które i tak się przydadzą”, „Butelki z wodą, ale na pewno twoją”. W rogu mruczy drukarka z naklejką: BASIA – Bazowy Asystent Szkoleń i Inwentaryzacji Akcesoriów. BASIA nie lubi ludzi. Przynajmniej tak twierdzi Pan Opara, który potajemnie ją kocha. – Witaj, BASIU – mówi Leon radośnie. – Mam świeżutką bluzę do katalogu. Drukarka chrząka (naprawdę) i na wąskiej taśmie pojawiają się słowa: „Dobry dzień. Proszę nie rozmawiać z urządzeniem. Kategoria: Bluza. Kolor: Szary. Zapach: Nieprany. Nastrój: Średnio zmotywowana.” – To nie było miłe – stwierdzam. „Uwaga, humor użytkownika: ironiczny. Przydział: Regał B-5 – Okrycia wierzchnie, w których potem komuś będzie zimno.” – Spójrz – szturcha mnie Leon. – Zmienili układ. Rzeczywiście, coś jest inaczej. Między regałem z gumkami do włosów a pudełkiem „Spinki – zawsze dwie, zawsze osobno” pojawiła się nowa alejka. Na jej początku stoją dwa plastikowe pachołki i kartka formatu A4, podpisana ręką pana Opary: „Projekt pilotażowy. Nie wchodzić. Chyba że skradziony czas.” – Skradziony… co? – marszczę brwi. – Pan Opara i jego poezja. Za pachołkami wisi nieco krzywo kolejny szyld: „Sekcja Nietypowa”. A pod spodem, znów wydruk BASI: „Nie dotykać świecących przedmiotów bez okularów przeciwsłonecznych”. – Chcę to zobaczyć – mówi Leon tym tonem, który przerabia „nie wolno” na „to będzie świetna historia na bloga”. Idziemy. Między regałami robi się chłodniej. Światło jarzeniówek bzyczy jak denerwująca myśl, która nie chce odpuścić. Profesor Kłębek, kot w odblaskowej kamizelce, przeciąga się na kartonie i patrzy na nas jak kontroler lotów. – Dzień dobry, panie Profesorze – kłaniam się. Kot przewraca się na drugi bok. W jego kamizelce świeci napis „Bezpieczeństwo Przede Wszystkim”. Długo by dyskutować, czy to pasuje do kota. Sekcja Nietypowa jest mała, ale bogata w wrażenia. Półki oznaczone są w zaskakujący sposób: „Zegarki, co spóźniają lekcje”, „Domowe portale do niewiadomo-dokąd – uszkodzone”, „Niezidentyfikowane klucze do zidentyfikowanych rzeczy”, „Rzeczy, które się uparły”. A na środku stolik, a na stoliku – karta. Nie taka zwykła plastikowa karta biblioteczna. Ta jest metalowa, cienka, matowa, z wytłoczonym napisem: „Przepustka 7L – Tylko wczoraj”. Kiedy zbliżamy się na dwa kroki, karta lekko drga, jakby była płytką do karaoke w tremie. – Wczoraj? – Leon wygląda, jakby właśnie wygrał talon na darmowe gofry. – To może być najlepszy spoiler historii. – Albo najgorszy – zauważam, ale oczy już mi błyszczą. – Po co komu przepustka do wczoraj? BASIA odchrząkuje głośniej i wypuszcza pasek tekstu: „Uwaga. Klasa obiektu: Zagubione=Niebezpieczne. Ciekawość: Podnieść ostrożnie. Odbiorcy: Uczniowie klas 7-8 – kategorycznie nie.” – To jest właśnie najpiękniejsze słowo w polskim języku – mówi Leon z nabożeństwem. – „Nie”. Zawsze prowadzi do przygód. Profesor Kłębek unosi łapę, jakby zgłaszał wątpliwość. Ja też mam ich sporo. Ale karta leży i pulsuje lekko na krawędzie, a w powietrzu jest taki zapach, jakby ktoś otworzył słoik z wczorajszym powietrzem po burzy. Czujemy go oboje. – Dobra – wzdycham. – Dotknijmy, ale delikatnie. I jeśli zacznie grać disco polo, natychmiast uciekamy. – Ustalone – mówi Leon. Dotykam pierwsza. Karta jest chłodna, chociaż tutaj, w piwnicy, powinno być odwrotnie – wszystko jest zawsze o stopień cieplejsze niż powinno. Na moich palcach czuję drobne wibracje. Jakby ktoś przesyłał alfabet Morse’a, tylko w wersji: „Nie panikuj, jeszcze nie teraz”. Nad kartą przelatuje refleks światła. Napis „Tylko wczoraj” rozjaśnia się na moment. – O, zobacz – Leon pokazuje na ścianę za stolikiem. Dopiero teraz zauważam stalowe drzwi, takie jak do archiwum szkolnych akt, tylko z jednym szczegółem. Zamiast klamki mają wąskie pionowe gniazdo, idealnie jak pod naszą kartę. Nad gniazdem – tabliczka: „Tylko wczoraj. Dostęp ograniczony. Użytkowanie: wyłącznie techniczne”. Ktoś dopisał ołówkiem: „Technicznie jesteśmy ciekawi”. – Lepiej przyprowadzić pana Oparę – mówię, bardziej po to, by brzmieć rozsądnie. – Lepiej przyprowadzić potem trening cierpliwości – odpowiada Leon i robi ten swój uśmiech, który wygląda jak „zaufaj mi”, chociaż statystyka mówi, że to jest „zaraz wylądujemy w kłopotach”. – Zanim wciśniesz cokolwiek… – dodaję szybko, bo Leon już trzyma kartę – sprawdźmy regulamin. Regulamin wisi obok w kolorowych koszulkach na dokumenty, jak prace plastyczne z kółka technicznego: „Punkt 1: Znalazłeś? Oddaj. Punkt 2: Nie testuj na sobie. Punkt 3: Jeśli coś świeci, wyłącz światło i uciekaj”. – Nie świeci – mówi Leon, który najwyraźniej uznał, że „pulsuje” to nie to samo. – I nie testuję na sobie. Testuję z tobą. – Doskonale – mówię sucho. – Zawsze marzyłam zostać królikiem doświadczalnym drugiej klasy. BASIA wydaje z siebie serię pisków i drukuje pośpiesznie: „Ostrzeżenie: Czas jest lepkim materiałem. Nie brudzić.” Potem jeszcze jedno: „Pan Opara wraca za 11 minut. Proszę nie robić nic głupiego przez 10.” – Mamy dziewięć minut – Leon liczy beztrosko i wsuwając kartę do gniazda, dodaje: – Najwyżej nie wejdzie. Niech was nie zwiedzie to „najwyżej”. W naszej szkole „najwyżej” prawie zawsze oznacza „o rany”. Karta wchodzi gładko, jakby całe życie czekała na ten moment. Drzwi wydają dźwięk, którego nie umiem przypisać żadnemu normalnemu zamkowi. To coś między westchnieniem a trzaskiem fal rozbijających się o molo. Przez sekundę mam wrażenie, że w tej piwnicy naprawdę pachnie morzem, chociaż do Bałtyku mamy dwie godziny pociągiem. Światła jarzeniówek drgnęły. Profesor Kłębek usiadł. BASIA zaczęła drukować tak szybko, że taśma zwija się na podłodze jak serpentyna po sylwestrze. Na wąskich paskach papieru skaczą słowa: „ANULUJ”, „ZAMKNIJ”, „NIE TERAZ”, „PRZEPIS NA GOFRY (BŁĄD)”. – Słyszysz? – szepcze Leon. Słyszę. Za stalowymi drzwiami, bardzo cicho, jak zza długiego korytarza albo z drugiej strony snu, ktoś mówi. Dwie osoby. Jedna z nich się śmieje – śmiechem, który brzmi aż podejrzanie podobnie do mojego, tylko trochę niższym głosem, jakbym była przeziębiona. Druga odpowiada zniecierpliwionym szeptem: – Spóźnią się o… pięć minut. Jak zwykle. Puls karty przy mojej dłoni przyspiesza. Leon patrzy na mnie z szeroko otwartymi oczami. Drzwi wykonują minimalny, prawie niedostrzegalny ruch, jak mrugnięcie. – Może jednak poczekamy na pana Oparę – mówię, ale nie odsuwam ręki. Nie dlatego, że jestem brawurowa. Po prostu coś w tym wszystkim działa jak magnes. Jak niepokój, który jest jednocześnie ekscytacją. – Jeśli to my – mówi Leon cicho, wskazując na drzwi podbródkiem – to może… Nie kończy. Bo nagle z bliksem światła na tabliczce „Tylko wczoraj” słychać ciche kliknięcie, zamki wewnątrz jęczą jak budzik o szóstej rano, a z drugiej strony rozlega się jeszcze jeden głos, tym razem wyraźnie: – Gotowi? Drzwi drgnęły i zaczęły się rozsuwać


Author of this ending:

Age category: 13-15 years
Publication date:
Times read: 27
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.