Jutro w eterze: Szafka nr 9
W szkolnym radiowęźle pachniało kurzem, popcornem i ambicją. Kiedy pierwszy raz otwierasz drzwi do naszego królestwa kabli, słyszysz taki cichy, wieczny „bzz”, jakby cały świat po prostu miał ochotę na drzemkę i tylko udawał, że coś robi. Na ścianie wisiał plakat z dyskoteki z 2014 roku (nikt nie miał serca go zdjąć), a pod nim zapis: „Nie dotykaj gałek!”. Maks twierdził, że to do miksera. Ja uważałam, że to ogólnoszkolna filozofia.
Jestem Wika, ósma klasa, wzrost: wystarczający, żeby dosięgnąć do najgórniejszej półki, jeśli stanę na stołku i proponuję mu pokój. Lubię mówić do mikrofonu, bo wtedy mogę mieć wrażenie, że moja chaotyczna głowa ma jednak kanał i częstotliwość. Maks uwielbia wszystko, co ma przycisk, gniazdo albo migającą diodę. Kiedy urodził się w marcu, jestem prawie pewna, że pielęgniarka zamiast przykryć go kocykiem, najpierw sprawdziła, skąd to lekkie buczenie.
„Test, test, raz, dwa, trzy, raz… pół” – powiedziałam do mikrofonu, który pamiętał lepsze czasy. W głośnikach poszło delikatne echo, bo akustyka naszej kanciapy polegała na tym, że wszystko odbijało się od wszystkiego, jak piłka w sali od wuefu, tylko bez hałasu wuefistów.
„Nie mów, że pół” – syknął Maks. – „Pół znaczy, że coś zaraz padnie.”
„Może humor” – odmruknęłam, po czym nacisnęłam jeden z przycisków, z których połowy bałam się dotykać, a druga połowa i tak nie działała.
Był poniedziałek, 9:10. Za trzydzieści minut mieliśmy puścić poranne ogłoszenia: „Klasa 7B zwalnia się z geografii ze względu na to, że pani od geografii wygrała wreszcie w bingo nauczycielskim”, „W sklepiku dziś promocja na jabłka w rozmiarze XXL” i tak dalej. Pan dyrektor Rawicz – człowiek z gwizdkiem zamiast serca – zgadzał się na nasze dowcipy tylko wtedy, gdy udawały powagę. To sztuka większa niż musztra.
Kiedy Maks odpalił stary nadajnik i ułożył kable tak, żeby wyglądały jak włosy człowieka, który ma plan, w głośnikach zaszumiało. Normalny szum. Potem dziwny pisk, jakby ktoś z całej siły przesunął krzesło po podłodze. A potem… mój głos.
„Dzień dobry, tu Radio Zgrzyt, witamy was o 9:34, gdy kotlety w stołówce osiągają temperaturę lawy, a pan Rawicz myśli, że nikt nie widzi jego nowego krawata w pingwiny” – powiedziałam ja, tylko że ja nic nie mówiłam, bo stałam obok Maksa z otwartą buzią i bardzo mądrą miną, którą zwykle robię przy równaniach z dwoma niewiadomymi.
Maks spojrzał na mnie, potem na zegarek, potem znowu na mnie. „9:34?” – wycharczał cicho. – „Wika, jest 9:12.”
„Nie żartuj, bo za chwilę zacznę się bać sprzętu, a wtedy przestanę go dotykać, a wtedy wszystko padnie naprawdę” – spróbowałam być opanowana. W radiowęźle opanowanie to drugi najważniejszy składnik po taśmie izolacyjnej.
Ale głośnik nie miała zamiaru przestać. Mój głos – tylko suchszy, pewniejszy, z tym moim irytującym nawykiem przecierania słów ironią – leciał dalej: „Uwaga, ciekawostka dnia: o 9:32 ekspres do kakao przy bufecie postanowi zrobić gejzer. Prosimy nie stać zbyt blisko w białych koszulkach.”
„No dobra, to już jest albo spisek, albo Nela z kółka filmowego ukryła kamerę i robi pranka” – powiedziałam, chociaż Nela o tej porze miała wuef i walczyła z kozłowaniem piłki niczym średniowieczny rycerz z wiadrem.
Maks bez słowa wybiegł z kanciapy. Ja pobiegłam za nim, bo bycie rozsądne nigdy nie było moją mocną stroną. Wpadliśmy do bufetu akurat o 9:31. Ekspres do kakao wyglądał niewinnie, stalowy, gładki, jakby mógł prowadzić własny program kulinarny. Wokół stało kilka osób z kubkami. Przyparłam się do ściany, a Maks wyszeptał: „Jeśli to zadziała, koniec z wątpliwościami.”
O 9:32 ekspres do kakao postanowił zrobić gejzer.
To było piękne i traumatyczne jednocześnie: czekoladowa fontanna uderzyła pod sufit i opadła deszczem. Dwie siódmoklasistki krzyknęły. Ktoś zaczął klaskać, bo w naszej szkole czasem oklaskujemy byle co, jeśli wygląda efektownie. Podniosłam przemoczoną kartkę z cenami i spojrzałam na Maksa. On patrzył na mnie jak człowiek, który właśnie wygrał sam ze sobą zakład, ale nie wie, czy się cieszyć.
„Wracamy” – powiedział. – „Zanim usłyszymy, że o 9:40 pan Rawicz uczy się tańczyć z mopem.”
W radiowęźle głośniki znów żyły własnym życiem. Mój „inny” głos mówił: „Pozdrawiamy Kasię z 6A, która właśnie kichnęła trzydzieści siedem razy z rzędu. Kasiu, zdrówka.” Gdzieś w oddali ktoś zaczął liczyć kichnięcia. Przy trzydziestym ósmym rozległ się zbiorowy zawód. Ktoś krzyknął: „Damy radę jutro!”
Usiedliśmy. Obok mnie leżał nasz grafitowy segregator z napisem „Skrypty i pomysły, nie wyrzucać, nawet jeśli śmierdzą”. Jego zapach rzeczywiście mógł być dowodem na istnienie czasu. Z głośników popłynęło: „I ogłoszenie dla siebie samych: Wika i Maksie, jeśli to słyszycie o 9:20, to nie otwierajcie Szafki numer 9 o 10:12. Powtarzam: nie otwierajcie.”
Zamarliśmy. Szafka numer 9 stała dwa kroki od nas. Szara, metalowa, lekko wgnieciona jak banan w plecaku po przerwie. Było na niej naklejone krzywo „9”, bo zwykle nikt nie lubił tej szafki. Problem w tym, że to nie była zwykła uczniowska szafka z korytarza. To była nasza radiowęzłowa szafka. Według spisu – kabelki, przejściówki, mikrofony zapasowe i jeden tajemniczy karton opisany przez panią Elwirę z obsługi jako „UWAGA. Tafla NIE DOTYKAĆ”. Pani Elwira pisała „tafla” na wszystko, co było płaskie i przynosiło kłopoty. Raz tak podpisała mikser.
„To nie jest zabawne” – powiedziałam, co znaczyło w moim języku: jestem podekscytowana i udaję, że nie. – „Kto tak nagrywa? Jak? Kiedy?”
Maks podrapał się w kark, co przy nim wyglądało jak resety w mózgu. „Jeśli to my, tylko z przesunięciem… radio tak nie działa. Ale nasze radio działa jak chce, więc w sumie… czemu nie.”
Z głośników znów popłynęło: „Serio, Wika. Nie otwieraj. To nie żart typu ‘uwaga, niespodzianka, ciasto’. To ważne. I, Maks, jeśli mnie słyszysz, nie dotykaj tych czerwonych pokręteł na dole. One nie są dekoracyjne.”
Jednocześnie, jednocześnie, Maks odruchowo położył palce na czerwonych pokrętłach. Zamarł. Uniósł ręce w powietrzu jak przy aresztowaniu i wyszeptał: „Nie dotykam. Popatrz. Jestem rzeźbą ‘Nie dotykam’.”
Przesunęłam się bliżej szafki. Słyszałam bardzo ciche brzęczenie, którego nie słyszałam wcześniej. Takie, jakby w środku mieszkała mucha, co od dziecka marzyła o byciu lodówką. Położyłam dłoń na metalu. Był chłodny. Zegarek na ścianie miał wskazówki z plastikowym ego: 9:41.
„Możemy… nie otwierać” – powiedział Maks nieprzekonany. – „Zwykle jak coś nam mówi ‘nie rób’, to i tak robimy, ale może wreszcie udowodnimy, że jesteśmy dojrzali?”
„To brzmi jak plan kogoś, kto nigdy nie był w naszej klasie” – odparłam. – „Poza tym, jeśli to my do nas mówimy, to znaczy, że robienie odwrotności też może coś zepsuć. Albo naprawić. Ugh.”
Usiedliśmy obok siebie jak lipiec obok sierpnia – niby blisko, a jednak wszystko się zmienia. Zrobiłam coś, czego nie powinnam: przyłożyłam ucho do szafki. W środku coś delikatnie stuknęło. Jak paznokieć o szkło. Jak długopis o blat. Jak wiadomość, która chce wyjść, ale nie zna hasła do Wi-Fi.
Głośnik trzasnął i znów włączył się mój „jutrzejszy” głos: „Aha, jeszcze jedno: jeśli ktoś zapyta o wczorajsze zadanie z matmy, powiedzcie, że rozwiązanie nie jest 42, choć bardzo by chciało. I… serio, nie otwierajcie.” Przez ułamek sekundy usłyszałam coś jak szept w tle, inny, niż mój. Męski? Starszy? Albo to był tylko wiatr w kabelkach.
Do radiowęzła wsunęła się głowa Neli. Miała włosy związane w chaotyczną kitkę, jakby grawitacja przegrała bitwę i chciała próby rewanżu. „Słyszeliście to? Do końca korytarza było słychać, że mamy jakąś audycję spoza planu. I pan Rawicz pytał, czy to legalne” – powiedziała. – „Powiedziałam mu, że wszystko, co brzmi profesjonalnie, jest legalne.”
„A brzmi?” – zapytałam.
„Zależy, jeśli profesjonalnie brzmi paniczny szept ‘nie otwieraj’ – to tak, bardzo” – odpowiedziała z błyskiem satysfakcji i zniknęła, krzycząc przez ramię: „I jeśli to prank, to pamiętajcie, że ja jestem nie do oszukania, chyba że chodzi o pierogi.”
Zostaliśmy z Maksem i Szafką numer 9. Na zegarze 10:05. Z kiepską gracją otworzyłam gumę do żucia i wsadziłam w usta, bo żucie to u mnie tryb myślenia. Wikopedii mózgu. Maks w tym czasie wyjął z kieszeni mini latarkę, którą zawsze nosił, bo dzień bez latarki to dzień stracony. Po ścianie przejechał świetlny refleks, który zatrzymał się na naklejce „9”. Cyfra nie wyglądała groźnie. Cyfra nigdy nie wygląda groźnie, dopóki nie jest w dzienniku.
„Jeśli nie otworzymy, będziemy myśleć o tym cały dzień” – powiedziałam.
„Jeśli otworzymy, możemy… no wiesz” – odpowiedział i zatoczył ręką gest, który w języku Maksa znaczył: „możemy mieć kłopoty, fajerwerki, albo oba naraz”.
„Mamy pięć minut” – stwierdziłam, stukając palcem w blat, bo stuknięcia liczy się łatwiej niż minuty.
Wtedy głośnik zapiszczał, jakby ktoś pociągnął go za ucho. Spiknął się metaliczny trzask, a potem nowy głos – wciąż mój, ale jakby oddychający szybciej: „Uwaga, aktualizacja! Wika, Maks – słyszycie? Macie zmienione okno. Nie czekajcie do 10:12. Otwórzcie teraz. Natychmiast.”
Spojrzeliśmy na siebie. Spojrzeliśmy na szafkę. Spojrzeliśmy na czerwone pokrętła, które nagle zaczęły migać, choć nigdy nie migały. W uszach uderzyło mi serce, jak bębenek na apelu. Ktoś w korytarzu trzasnął drzwiami, a echo wpadło nam pod skórę.
„Przecież przed chwilą mówiło, żeby nie otwierać” – powiedziałam półgłosem, jakby ściany miały zdanie.
„A teraz mówi, żeby otworzyć. Super. Wersja demo paniki, edycja rozszerzona” – odparł Maks, ale jego palce już były na kluczyku. Kluczyk był maleńki, jak żart, którego nikt nie chciał opowiadać do końca.
Przyłożyłam dłoń do uchwytu. Metal był cieplejszy. W środku znów coś stuknęło – wyraźniej, dwa razy, potem raz, jak umówiony rytm. Z głośników poleciał szum, a potem to jedno zdanie, z taką powagą, że nawet plakat z 2014 roku przestał udawać, że nie słucha: „Macie dwadzieścia sekund. Zdecydujcie.”
Klik. Kluczyk drgnął. Szafka numer 9 od środka odpowiedziała przeciągłym, niepokojąco radosnym skrzypnięciem.
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?