Jamnik Parówka i karton, który mruczał
Sobotni poranek na ulicy Budyniowej pachniał bułkami z pobliskiej piekarni i świeżym praniem, które trzepotało jak kolorowe chorągiewki. Słońce malowało na bruku jasne kwadraty, a gołębie gruchały, jakby szeptały sobie ploteczki.
Kuba, w czapce z daszkiem przekręconej trochę na bok, pedałował po podwórku na swoim czerwonym rowerku. Lila ciągnęła za sobą skakankę, która zostawiała na kurzu zygzaki. A za nimi dreptał jamnik Parówka — długi jak piórnik i poważny jak dyrektor, chociaż jego uszy wciąż śmiesznie zamiatały ziemię.
— Dzisiaj będziemy patrolować — oznajmił Kuba, stając na środku placu. — Patrzymy, słuchamy, notujemy.
— Notuję zapach drożdżówek — powiedziała Lila i zrobiła wielkie „mmm”. — I notuję, że Parówka właśnie próbuje zjeść kamyk.
— Hau-nie-kamyk! — zaprotestował Parówka, ale ponieważ był jamnikiem, zabrzmiało to trochę jak: — Hau-nie-kam-yk!
W tym samym momencie spod suszącej się na sznurku poszewki dobiegło ciche „mrucz-mrucz… bzzz… hik!”. Dźwięk był tak dziwny, że nawet wiatr przestał dmuchać, a gołębie zamilkły bez jednego „gru”.
— Słyszeliście? — szepnęła Lila, a jej skakanka znieruchomiała.
Zza poszewki wychylił się wielki, kartonowy pudełek. Stał tuż przy ławce, przewiązany szarą taśmą, a na wieczku ktoś nakleił karteczkę z napisem: „Nie otwierać, chyba że… chcesz się uśmiechnąć”. Pudełko nie stało spokojnie. Drżało lekko, jakby w środku siedziało coś, co właśnie próbuje nauczyć się gwizdać.
— Mruczy! — zdziwił się Kuba. — Pudełko, które mruczy. To brzmi… pyszniście.
— Dziwnie, nie pyszniście — poprawiła go Lila, ale już się uśmiechała. — Chociaż jak pachnie truskawkowo, to może i pyszniście.
Bo faktycznie, od pudełka ciągnęło zapachem truskawek. Na bruku widać było klejące, czerwone kropeczki, jak kroki z dżemu. Ślady zaczynały się przy bramie, robiły hop-hop na dwóch krzywych płytkach i kończyły się tuż przy kartonie, a potem jeszcze trochę rozmazały przy huśtawce.
— Ktoś trzyma w środku naleśnika? — zastanowił się Kuba poważnie. — Albo trzy naleśniki i radio.
— Albo budzik, który się nauczył mówić „hik!” — dodała Lila.
Parówka obszedł karton dookoła i szturchnął go nosem. Pudełko odpowiedziało: „pfff!”, jakby prychnęło mąką. Z jednego z rogów wysypało się odrobinkę białego puchu i wylądowało prosto na nosie Kuby.
— Apsik! — kichnął Kuba, a Parówka od kichnięcia kichnął też: — Hapsik!
— Sprawa wymaga sprzętu — oznajmiła Lila tonem ekspertki. Wbiegła na klatkę schodową i po chwili wróciła z durszlakiem na głowie i drewnianą łyżką w dłoni. — Durszlak to hełm, a łyżka to mikrofon. Halo, halo, kartonie, czy mnie słyszysz?
— Słyszy nasz karton… — zanucił Kuba, wyciągając z kieszeni plastikową lupę. — A ja mam super lupę. I spinacz do prania na nos, jakby było za truskawkowo.
Lila pochyliła się i przeczytała jeszcze raz karteczkę. — „Nie otwierać, chyba że… chcesz się uśmiechnąć”. — Spojrzała na Kubę. — Ty chcesz?
— Ja zawsze chcę! — potwierdził Kuba. — Ale ostrożnie. Najpierw nasłuch.
Przykucnęli przy kartonie. Parówka położył się obok jak wąż strażnik i stuknął ogonem w rytmie „tu-tu-tu”. Z bliska dźwięki były wyraźniejsze: „mrucz-mrucz… bzzz… hik… chich!”. Brzmiało to tak, jakby ktoś próbował jednocześnie mruczeć, łaskotać powietrze i mieć czkawkę.
— Halo, tu Lila — powiedziała Lila do łyżki. — Jeśli jesteś truskawkowym naleśnikiem, wystukaj raz. Jeśli radiem, wystukaj dwa. Jeśli budzikiem, ziewnij.
W odpowiedzi coś w kartonie zrobiło: „tik… tik… pstry-yk!”. A potem jakby zamachało czymś miękkim, bo karton zadrżał, a taśma zapiszczała jak mała myszka: „iik!”.
— No to nie budzik — ocenił Kuba. — Budziki nie machają.
— Chyba że w poniedziałek — mruknęła Lila i sama się z tego zaśmiała.
Kuba spojrzał na ślady dżemu. — Te kropeczki są krótkie. Jak… króciutkie kroki. Może to coś malutkiego?
— Malutkie i głodne — dodała Lila. — Głód mruczy.
Parówka nagle podniósł głowę, nastawił uszy i wydał z siebie poważne: — Hau! — które w jego języku znaczyło: „Uwaga!”.
— Dobrze. Plan — szepnął Kuba. — Lila, ty trzymasz łyżkę-mikrofon. Parówka, jesteś nasz długi radar. Ja liczę do trzech i uchylam wieczko o tyci-tyci.
— Jeśli coś wyskoczy, powiem „dzień dobry” — obiecała Lila.
— Jeśli coś się wtoczy, dam mu ogonem znak przyjaźni — dodał Parówka, machając już na zapas.
Kuba ujął za róg wieczka. Taśma skleiła mu palce i powiedziała ciche „pstryk”, jakby też była ciekawa. Słońce wspięło się po murze i stanęło akurat nad ich głowami, jak lampka w teatrze. Całe podwórko zamilkło. Tylko karton mruczał.
— Raz… — szepnął Kuba.
— Raz i pół — poprawiła Lila, trzymając łyżkę jak mikrofon estradowy.
— Dwa… — kontynuował Kuba. Palce mu się trochę spociły. Parówka przestał machać ogonem i bez mrugnięcia patrzył prosto w róg kartonu.
— Dwa i ćwiartka — dodała Lila, bo lubiła ćwiartki.
Nagle coś w środku zrobiło „hik!” tak głośno, że nawet durszlak na głowie Lili zadrżał i zadzwonił „dzyń-dzyń”. Karton lekko podskoczył, a spod wieczka wypadła drobinka kolorowego papierka. Poleciała jak tęczowa śnieżynka i przykleiła się Kubie do czoła.
— To był znak! — syknął szeptem Kuba. — Dobra, teraz… trzy!
Ale zanim zdążył porządnie powiedzieć „trzy”, karton drgnął jeszcze raz. Taśma sama z siebie zrobiła „psssst”, jak otwierana butelka lemoniady. Róg wieczka uniósł się milimetr, potem drugi. W środku mignęło coś… coś jak mała, miękka łapka albo skrzydełko? A może to był tylko cień. Lila wstrzymała oddech, Parówka delikatnie zapiszczał z przejęcia, a wieczko zaczęło się powoli, powoli podnosić od środka…
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?