Inwentarz Szeptów
Tego deszczowego popołudnia Bydgoszcz pachniała kałużami i mokrym betonem. Jechałam rowerem wzdłuż Brdy, a deszcz, drobny jak pył, siadał mi na rzęsach. Przede mną wyrastała ceglasta bryła Biblioteki Miejskiej nr 7 — z wąskimi oknami, które zawsze wyglądały, jakby coś wypatrywały. Miałam tu odrabiać szkolne godziny wolontariatu. W praktyce oznaczało to: porządkować książki i robić ksero starych map, a w nagrodę — wdychać zapach kurzu, który znają tylko biblioteki.
Pan Grobelny stał za ladą, chudy jak antyczna zakładka do książki. Poprawił okulary i skinął głową tak, jakby to była ceremonia.
— Punktualnie, Nino. Lubimy punktualnych — powiedział. Wyjął z szuflady ciężki, żelazny klucz na skórzanym pasku. Był większy od mojej dłoni. — Dziś specjalna robota. Magazyn Zbiorów Specjalnych. Na dole. Posprzątasz, posegregujesz. Uważaj na schodach. I… — zawahał się, jakby szukał właściwego słowa — nie zostawiaj niczego otwartego.
— Czemu? — zapytałam, zerkając na klucz.
Uśmiechnął się, ale bez radości.
— Bo potem wszystko wraca samo. A nie zawsze tam, skąd wyszło.
Z brzękiem zawiesiłam klucz na szyi. Schody w dół pachniały wilgocią, a żarówka przy każdym kroku odsuwała kawałek mroku, jednak za mną natychmiast robiło się znowu ciemno. Magazyn przywitał mnie chłodem i ciszą. Betonowa podłoga, rzędy regałów, drewniane skrzynie oznaczone pożółkłymi kartkami. W powietrzu wisiał zapach kleju, skóry i spleśniałego papieru.
Zapaliłam dodatkowe lampy. Żarówki mrugnęły, jakby zastrzegając, że tylko na chwilę. Usiadłam przy wąskim stole i zaczęłam otwierać pierwszą skrzynię. W środku leżał globus, stary, z ciemnymi oceanami i lądami, których granice wyglądały, jakby ktoś je rysował piórem. Podniosłam go ostrożnie, bo był cięższy niż się wydawał. Nagle poczułam, jak drży, leciutko, prawie niewyczuwalnie.
— Zimno — powiedział ktoś niskim, zachrypniętym głosem.
Zamarłam. Rozejrzałam się. Nikogo. Tylko regały, skrzynie i ja. Wciągnęłam powietrze przez zęby, aż zabolało usta.
— Zimno w brzuchu, mówię! — jęknął głos, tym razem bliżej. — Jeśli już mnie wyciągasz z pudełka, to byle nie na goły stół.
Dotknęłam palcem blatu. Chłodny. Spojrzałam na globus. Leżał oparty o mój łokieć i… czekał?
— To… ty? — wyszeptałam.
— Na planecie Ignacy nigdy nie kłamię — odburknął globe, chrapliwie przeciągając „r”. — Choć przyznaję, robię przeloty nad Antarktydą i wtedy zdarza mi się przesadzać.
Przez sekundę zastanawiałam się, czy to żart pana Grobelnego. Może schował gdzieś głośnik? Zbliżyłam ucho do globusa, usłyszałam w środku cichutkie szuranie, jakby piasek przesypywał się w klepsydrze.
— Skąd ci się wzięło imię? — spytałam, żeby nie myśleć, że rozmawiam z kulą ziemską.
— Nadano mi je na chrzcie geograficznym w 1927 — westchnął Ignacy. — Poza tym mam piegi na Saharze, więc Ignacy mi pasuje.
Za plecami coś stuknęło. Odwróciłam się w samą porę, by zobaczyć, jak z drewnianej, wysokiej szafy z katalogiem kartkowym wysuwa się jedna szufladka. Delikatnie, jakby na palcach.
— Zamknij — syknęła szufladka. — Przeciąg! Przeziębię karty.
Podchodzę, biorę za mosiężną rączkę. Wygląda zwyczajnie. Ciągnę, zaglądam do środka. Rząd kart z nazwiskami. Na wierzchu ktoś nasmarował ołówkiem słowo: APOLONIA.
— Bez rękawiczek, proszę, bez rękawiczek! — prychnęła szufladka. — To pierwsze wydania, droga dziecino.
— Nie jestem dzieciną — mówię, wkładając ręce do kieszeni. — Mam czternaście.
— Ach, okres przejściowy. Niezręczny, ale przydatny — odparła szufladka z powagą, a ja miałam pewność: to nie głośnik. — Nazywam się Apolonia. Opiekuję się pamięcią rzeczy. Rzadko zdarza się, by ktoś nowy nas usłyszał.
Ignacy zakaszlał lekko.
— Bo ma klucz — mruknął. — Ten stary. On potrafi odblokować uszy.
Dotknęłam klucza, który spoczywał na mojej piersi i był przyjemnie ciepły, jakby przed chwilą leżał w słońcu, a nie w szufladzie pana Grobelnego.
— Chwileczkę — powiedziałam, powoli. — Wy… wy wszyscy mówicie?
— Nie wszyscy — odezwał się nowy głos, tym razem sprzed gramofonu stojącego w kącie, na skrzyni z napisem: PŁYTY—KRUCHE. — Niektórym brakuje temperamentu. Ale ja mam. Jestem Celina. Proszę nie dotykać mojej igły. Tylko do walców.
— Ja jestem Henryk — odchrząknęło coś cienko przy stalowym piórze, które leżało w etui. — Piszę wyrazy, które zostają. Uważaj, Nina, żebyś nie naskrobała niczego, czego będziesz żałować. Atrament pamięta.
— Mam na imię Nina, tak? — zaskoczyłam. — Skąd wiecie?
— Czytasz jak dorośli — uśmiechnęła się Apolonia, a echo jej głosu zaszeleściło między kartami. — Zanim przyszłaś, wstąpił tu ktoś, kto zostawił twoje nazwisko na liście. Ty podpiszesz.
— Co podpiszę? — Poczułam, jak skóra na karku zaczyna mi się jeżyć.
— Inwentarz Szeptów — powiedziały niemal jednocześnie dwa głosy. Ignacy i Henryk. Jakby umówili się na duet.
Z boku stołu leżała księga tak gruba, że mogłaby służyć za podnóżek. Oprawiona w ciemną skórę, z narożnikami obtartymi do jaśniejszego brązu. Kiedy położyłam na niej dłoń, zabrzmiała cicho, jak mruczenie kota. Otworzyłam na pierwszej stronie. Linie, nazwy, daty. Pomiędzy nimi błyszczały literki wypisane atramentem, który się nie starzał.
— Co to za lista? — zapytałam, przesuwając palcem po rubryce „Opiekun”. Były tam imiona ludzi, o których nie słyszałam. Niektóre tak dawne, że aż bolało od czytania.
— Lista tych, którzy potrafią nas usłyszeć i coś z tym robią — odparła Apolonia poważniej niż wcześniej. — Bez opiekuna łatwo nas rozrzucić. Dzisiaj szczególnie.
— Od lat — wtrącił ktoś cienkim głosikiem. Spojrzałam w stronę zegarka kieszonkowego, który wisiał na gwoździu przy regale. Był nieco wgnieciony, srebrny jak świt. — Jestem Matylda. Liczę czas do tyłu.
— Do tyłu? — powtórzyłam głupio.
Zegarek tyknął: tyt, tyt, tyt — jakby odpadały z niego maleńkie odłamki spokoju. Wskazówki biegły wstecz.
— Dzisiaj znów przyjdzie Zbieracz Ciszy — Matylda szeptała tak cicho, że musiałam się nachylić. — Kiedy tylko wybije dziewiąta, próbują nas uspokoić, żeby nas nie usłyszał. Ale on zawsze coś bierze. Albo kogoś.
— Nie strasz dziecka — syknęła Celina, ale w jej trzasku coś pękało. — Zbieracz, nie zbieracz, poradzimy sobie. Jak co roku.
— Co roku? — powtórzyłam, choć czułam, że coraz mniej rozumiem. — Kim on jest?
— Ktoś, kto lubi, kiedy nic nie mówi — powiedział Ignacy i aż szarpnęły nim prądy oceaniczne. — Wchodzi i zabiera głosy. Zostaje cisza, taka, która dzwoni między regałami. Nie znosisz jej po paru minutach, a my po paru miesiącach zaczynamy zapominać, kim jesteśmy.
Prawie żachnęłam się, że to absurd, ale wtedy żarówka nad stołem zamigała, a po betonie przetoczył się chłodny przeciąg. Jakby ktoś otworzył drzwi na podwórze. Nie było żadnych drzwi na podwórze. Były tylko schody i ciężka krata u góry.
— Pan Grobelny... — zaczęłam, ale Apolonia przerwała mi szybko.
— Dzisiaj nie pan Grobelny. Dzisiaj on. Słyszysz Matyldę? Zostało niewiele.
Spojrzałam na zegarek. Wskazówka sekundowa cofała się uparcie do dwunastej. Dziewiąta za osiem minut.
— Co mam zrobić? — zapytałam, czując, jak klucz na mojej piersi robi się jeszcze cieplejszy. — Przecież… jestem tu pierwszy raz.
— Właśnie dlatego — powiedział Henryk łagodnie. — Nie masz nawyków. Nie wiesz, jak trzeba, więc może zrobisz inaczej.
— Schowaj nas — poprosiła cicho Matylda. — Nie wszystkich. Tylko te, które grają najgłośniej. On idzie za dźwiękiem. Celina… Ignacy… Henryk — wymieniła, a ja nagle zrozumiałam, jak bardzo słyszalni są moi nowi znajomi. Ich głosy odbijały się od kartonów i skrzyń, tworząc coś w rodzaju szeptanego chóru.
— Ja mogę udawać plakat — zaproponowała Celina z desperackim humorem. — Rozwiesisz mnie w ciemnym kącie.
— A ja? — Ignacy aż przesunął się po stole i trącił mój łokieć. — Ja jestem sferą. Nie można mnie zwinąć do kieszeni.
— Można cię przykryć mapą — zasugerowała Apolonia szybko. — Mam jedną grubą, z Prusami, bardzo dyskretna.
Przystąpiłam do działania, zanim strach rozwiązał mi nogi. Mapa, narzutka na Ignacego. Etui od Henryka do kieszeni bluzy. Celinę, zgodnie z jej życzeniem, opatrzyłam kartką „Awaria — nie dotykać” i wsunęłam ją głęboko pod stół, do wnęki, z której dochodziło chłodne powietrze. Matylda śmiała się cicho, ten jej śmiech brzmiał jak zgubiona igła.
— A co ze mną? — zapytała Apolonia, a ja obejrzałam się bezradnie.
— Ty… ty jesteś szafą — odpowiedziałam. — Nie da się ciebie przenieść.
— Ale da się zamknąć — parsknęła. — I nie odpowiadam, jeśli ktoś będzie mnie próbował otworzyć bez słowa „proszę”.
— Zostaje Inwentarz — przypomniał Henryk i aż wyskoczył z etui, jak piskorz. — Nie zostawiaj go na wierzchu. Jeśli Zbieracz go dotknie, zapisze nam ciszę na stałe.
Chwyciłam księgę. Była ciężka jak bochen chleba. Klucz na mojej piersi zaszumiał tak cicho, że wzięłam to za mój własny oddech. Rozejrzałam się za miejscem, gdzie można schować coś tak dużego, a wtedy…
Z góry dobiegł metaliczny dźwięk. Jak uderzenie klucza o kratę.
Wszystko zamarło. Żarówka przestała mrugać. Przestała w ogóle świecić. Ciemność nie była całkiem czarna; miała kolor mokrego ołowiu. Z korytarza, który prowadził do schodów, płynął chłód jak z basenu zamkniętego na zimę.
— Nino — szepnęła Apolonia tak lekko, że aż musiałam zgadnąć, co mówi. — Połóż Inwentarz pod stół. Teraz. I trzymaj Henryka.
Upuściłam księgę miękko na ziemię i wsunęłam ją pod stół nogą. Henryk był chłodny i gładki, jak ryba, ale kiedy zamknęłam na nim dłoń, poczułam, że pulsuje. Z korytarza dobiegło skrzypnięcie pierwszego stopnia. Potem drugiego. Oddech zatrzymał mi się w gardle.
— On już tu jest — powiedziała Matylda i nagle jej tykanie przyspieszyło, choć wciąż biegło w odwrotną stronę.
Z górnej kraty zgrzytnął zamek. Coś mu odpowiedziało po drugiej stronie, niski, głuchy dźwięk, jakby ktoś przyłożył dłoń do metalu. Drzwi poruszyły się. Raz. Drugi. Klamka drgnęła.
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?