Indeks rzeczy niepożyczonych
W listopadowej mgle Wrzosowo wyglądało jak fotografia wyjęta z cudzego snu. Lena wróciła tu po latach, żeby uporządkować bibliotekę po ciotce Zofii, dyrektorce, która zostawiła jej mosiężny klucz i kartkę z jednym zdaniem: „Nie kataloguj tego, czego nie ma”. Budynek pachniał kurzem i solą, a nad wejściem skrzypiał zegar wieżowy, często spóźniony o kilka minut. Cisza skradała się po schodach niczym kot, zatrzymując oddech przy drzwiach na poddasze. Za nimi była sala, której nie otwierano od siedemdziesiątego drugiego roku.
„Proszę tam nie wchodzić po zmroku,” ostrzegł ją woźny Herman, kładąc paczkę tektury na blat wypożyczeń. Miał dłonie zniszczone od roznoszenia skrzynek i pamięć pełną drobnych, uporczywych faktów. „Zamek się zacina, a zegar wtedy gubi takt. A z taktami tego domu lepiej nie igrać.” Lena uśmiechnęła się krótko, niepewna, czy żartuje, i poczuła, że klucz grzeje ją przez płaszcz. Mgła na zewnątrz zgęstniała do mleka, a fale waliły w nabrzeże tak, że drżały ramy okien.
Poddasze otworzyło się oporem, jakby drewno pamiętało dłonie, których już nie było. W środku stało duże biurko z lampą na sztywnym ramieniu, mapy wyblakłych płycizn i regały z numerami półek pisanymi tuszem. Lena znalazła na najwyższej półce księgę oprawioną w płótno, zatytułowaną „Indeks Rzeczy Niepożyczonych”. Strony zapełniały tylko znaki sygnatur i daty, bez tytułów, bez autorów. Na jednej z kart widniała data jej urodzin i znak, którego nie rozumiała: H‑9/3. Zegar w wieży zawył przytłumionym tonem, a w sali odezwało się ciche, uporczywe tykanie, jakby w ścianie pracował obcy mechanizm.
„Lena?” krzyknął z dołu Herman, a echo wypowiedziało jej imię w trzech różnych kierunkach naraz. „Zamykam bramę za dziesięć minut!” Odpowiedziała, że już schodzi, lecz wzrok przykuła karteczka wsunięta w grzbiet indeksu. „Jeśli to czytasz, zegar zwolnił. Spisz, co się nie zgadza, zanim uderzy trzeci raz.” Rozwinęła ją do końca i zobaczyła podpis Zofii, wyraźny, jakby złożony wczoraj. W tym samym momencie zabzytał stary dyktafon na biurku, przełknął taśmę i odtworzył szeleszczący szept: „Nie szukaj tytułów. Szukaj braków.”
Półka H‑9 stała przy oknie, skąd widać było zaszroniony port i zawieszone nad nim mewy. Za trzecim tomem encyklopedii była pusta wnęka, a w niej buteleczka z zakrętką i zwinięta fotografia. Lena wysunęła ją ostrożnie, jakby wyciągała drzazgę, i zobaczyła na zdjęciu siebie jako dziecko, stojącą przy tym samym biurku, z tą samą lampą, w identycznym świetle. Zamarła, bo nigdy wcześniej tu nie była. Gdzieś poniżej skrzypnęły schody, jakby ktoś wchodził bardzo pewnie, stawiając ciężkie kroki. Zegar uderzył po raz pierwszy, kurz posypał się z belek, a drzwi poddasza domknęły się same z głuchym stukiem.
Lena chwyciła klamkę, lecz metal był lodowaty i nie drgnął. Indeks na biurku rozsunął się na nowej stronie, a atrament wypłynął znikąd i zaczął kreślić jej imię, świeże i mokre. Zegar zacharczał drugim uderzeniem i gdzieś, bardzo blisko, ktoś powiedział szeptem: „Brakuje jednego spisu.”
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?