Did You Know?

Hania i schody w kałuży


Hania i schody w kałuży
W miasteczku Niteczka domy miały kolory cukierków, a po deszczu ulice pachniały trawą i kakao. Hania mieszkała w żółtym domu, tym z oknami w kształcie listków. Miała kalosze w białe chmurki, żółtą parasolkę w słoneczniki i kota Filcka, pręgowanego jak świeżo upieczony chleb. Tego ranka burza już ucichła. Słońce wyszło zza chmury i mrugało do kałuż. Hania klasnęła w dłonie. „Chodź, Filcek! Pójdziemy szukać szkiełek, co świecą jak gwiazdy.” Kot zamruczał i skoczył na parapet, a potem na ramiona Hani, jak lubił najbardziej. Na ryneczku kałuże poukładały się w kształty: tu serduszko, tam grzybek, a tuż przy piekarni – wielkie, okrągłe lustro wody. Nad nim wisiał szyld z rogalikami i listkiem laurowym. Z pieca pachniało cynamonem, a woda pod szyldem drżała cichutko, jakby słuchała muzyki. Hania przykucnęła. W wielkiej kałuży nie było widać zwykłego nieba. Zamiast chmur płynęły po niej światełka. I nagle – ojej! – pod powierzchnią mignęły schody. W dół. Z jasnych kafelków, które błyszczały jak płatki śniegu w słońcu. „Widzisz to, Filcek?” szepnęła. Kot przekrzywił głowę, dotknął wody łapką i zamarł. Z kałuży popłynęło delikatne „plim”, zupełnie jak dzwoneczek. Kręgi rozchodziły się łagodnie, a schody zrobiły się jakby wyraźniejsze. Przy krawężniku, tuż obok kalosza Hani, leżał kluczyk. Malutki, złoty, z zawieszką w kształcie słoneczka. Hania podniosła go ostrożnie. Był cieplutki, jakby leżał na kolanach słońca. „Skąd ty się tu wziąłeś?” mruknęła i przytuliła kluczyk do dłoni. Filcek wciągnął powietrze nosem. „Mrau,” powiedział z powagą, jakby kluczyk pachniał wanilią i truskawkami. Przez rynek przeszedł powiew wiatru. Woda w wielkiej kałuży zadrżała i zaśpiewała jeszcze raz: „plim–plim–plim.” Z piekarni wyszła pani Pelagia z koszem bułeczek i pomachała Hani. „Po deszczu świat robi się ciekawszy, prawda?” zawołała. Hania kiwnęła głową. Oczy miała szerokie jak dwa guziki. Na wodzie pojawiła się papierowa łódeczka. Przepłynęła skrajem kałuży, zakręciła piruet i zatrzymała się przy czubku kalosza Hani. Na boku łódeczki ktoś narysował ołówkiem malutkie słoneczko – takie samo jak na kluczyku. Hania dmuchnęła lekko, a łódeczka obróciła się i pokazała od spodu paseczek papieru z literami: „Puknij trzy razy.” „To chyba do ciebie, Filcek,” zaśmiała się Hania, ale serce zabiło jej szybciej. Ujęła parasolkę i, trzymając kluczyk w palcach, dotknęła wody końcem rączki. Raz. „Plim.” Drugi raz. „Plim.” Trzeci raz. „Pluuuum.” Schody w kałuży rozświetliły się tak jasno, że Hania zobaczyła nawet poręcz – wyglądała jak zrobiona ze sznurka pereł i kropelek deszczu. Z głębi powiało ciepłem. Pachniało poziomkami i świeżym chlebem. Filcek położył uszy po sobie, ale nie ze strachu – ze skupienia. „Mrau,” powiedział, co u Hani znaczyło: „Słyszę coś jeszcze.” I rzeczywiście. Z dołu, spod kałuży, dobiegł miękki głos. „O, wreszcie! Proszę nie deptać rybek po kieszeniach,” zachichotał. Hania zerknęła na kota. „Kto to był?” Kot poruszył wąsami, jakby chciał powiedzieć: „Ktoś bardzo uprzejmy.” Na pierwszym stopniu, tuż pod powierzchnią, coś zamigotało. To nie był kamyk. To była latarenka. Maleńka, złota, z cienkim uchwytem. Unosiła się delikatnie, jakby czekała. Hania cmoknęła. Latarenka odpowiedziała migotaniem, a schody wydawały się teraz solidne niczym prawdziwa kładka. „Może to schody do biblioteki deszczu?” wyszeptała Hania. „Albo do sklepu z chichotami?” Filcek przewrócił się na plecy z zadowoleniem, jakby każde z tych miejsc było mu zupełnie na łapkę. Hania wsunęła kluczyk do kieszeni kurtki. Poczuła, jak drży – leciutko, jak serce kolibra. „Myślisz, że pasuje do czegoś na dole?” spytała kota. Filcek zerknął na jej kieszeń i zamruczał dźwiękiem przypominającym „tak”. Hania ostrożnie dotknęła czubkiem kalosza pierwszego stopnia. Woda nie falowała w tym miejscu. Była gładka jak szkło. „Halo?” zawołała w dół. Echo odpowiedziało: „Haaa–looo…” i zamieniło się w chichot, który otulił Hanię jak miękki szalik. Nad rynkiem zadzwonił zegar: ding, dong, ding. Kałuże w innych miejscach zamrugały, ale tylko ta przy piekarni świeciła tak jasno. Na brzegu, pod listkiem klonu, czekała papierowa łódeczka, jakby gotowa na nową podróż. „Jeśli pójdziemy, wrócimy przed podwieczorkiem,” powiedziała Hania, choć sama nie była pewna, czy czas pod kałużami biegnie zwyczajnie. Filcek podniósł się, otrzepał i stanął obok jej stopy. Oczy miał jak dwa zielone baloniki gotowe do odlotu. Hania uniosła parasolkę i przygryzła wargę. Przez moment nasłuchiwała jeszcze, czy ktoś zawoła ją z okna. Cisza. Tylko słońce lizało dachy, a woda dzwoniła cicho jak biżuteria w pudełku. Wzięła głęboki oddech. Wyciągnęła rękę nad kałużę. Świetliste schody zaprosiły ją lekkim błyskiem, a latarenka pod powierzchnią uniosła się wyżej, jak świetlik, który zna hasło do tajnego kawałka nieba. „Gotowa, Filcek?” Kot kocim krokiem zbliżył się do brzegu i dotknął noskiem błyszczącej poręczy. W tej samej chwili woda drgnęła i rozległo się delikatne… pukanie. Raz. Dwa. Trzy. A potem z głębi popłynął szept, miękki jak piórko: „Haniu… otwieram… teraz…”


Author of this ending:

Age category: 5-7 years
Publication date:
Times read: 39
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...

Download Materials

Download coloring pages and other materials for this story.


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.