Halo, tu jutro
Radiowęzeł w naszej Szkole Podstawowej nr 12 im. Juliana Tuwima brzmiał zwykle jak odkurzacz, który nauczył się mówić „dzień dobry”. Czasem trzeszczał, czasem zagwizdał, a czasem, jeśli pan Łęcki przejechał polerką po kablu, kopał prądem samą świadomością. Nic w tym nie było romantycznego ani chociaż odrobinę epickiego — do poniedziałku, kiedy głośniki coś postanowiły.
Nazywam się Nina. Mam czternaście lat, prowadzę radiowęzeł razem z Olkiem, i chociaż brzmi to bardzo poważnie, w praktyce oznacza, że co drugą środę zapowiadam zguby w stylu: „Uwaga, znaleziono skarpetę w flamingi, samotną i wrażliwą” oraz walczę z gałką głośności o życie. Olek jest ode mnie o pół głowy wyższy, ma włosy jak anteny Wi‑Fi i talent do znajdowania w szufladach rzeczy, które nie powinny istnieć, np. kasety magnetofonowe z etykietą „Disco Polonez 1993”.
W poniedziałek siódma piętnaście, pierwsza lekcja miała być matma. Korytarz pachniał kijem od mopa i kanapkami z żółtym serem. Stoimy z Olkiem pod tablicą ogłoszeń, kiedy z głośnika przy suficie chrząka coś, co brzmiało jak mój własny gardło‑automat.
— Uwaga, drodzy uczniowie — odezwałam się ja, czyli… no ja, ale nie ja. — Proszę nie opierać się o drzwi sali 214, ponieważ za trzydzieści sekund worek z piłkami postanowi zainicjować życie towarzyskie.
Spojrzałam na Olka.
— Ty to puszczasz? — szepnęłam.
— Ja? — wybałuszył oczy. — Jak? My nawet nie mamy tak ładnego słowa jak „zainicjować” zapisane w komputerze.
Po dwudziestu dziewięciu i pół sekundach pani od WF‑u wyszła z pokoju nauczycielskiego z wielkim workiem, który w ułamku sekundy rozwiązał się jak moje postanowienia noworoczne. Piłki spłynęły korytarzem w epickim, gumowym karnawale. Słychać było piski, śmiech, a potem „hop, hop, oddawać piłki”, co było tak samo skuteczne jak próba wynegocjowania z bańkami mydlanymi, żeby nie pękały.
— Aha — powiedział Olek. — To było dziwne. Ale może ktoś… wiesz… — pomachał ręką, jakby próbował z tego gestu ulepić logiczne wytłumaczenie.
„Ja”, czyli głośnik, odchrząknęła znowu.
— Przy okazji: klasa 8B, nie dotykamy terrarium w sali biologicznej. Gacek, którego przyniosła pani Niemyska, naprawdę śpi. I nie, to nie jest „mini‑nietoperz turbo”.
— Czyli nie możesz już sprzedać swojej teorii o superbohaterze‑gryzoniu — smagnęłam Olka łokciem.
— Teoria czekała na lepsze czasy — odparł bez obrazy.
Po trzeciej zapowiedzi, w której mój łagodny, radiowy ton uprzejmie uprzedził dyrekcję, że „kwiaty z parapetu długopisami nie zapylają się same”, zaczęło mi się robić gorąco. Bo ja nie nagrywałam żadnego z tych tekstów. Ba, nie nagrywałam nic od piątku, a jeśli to był żart, to ktoś pożyczył mój głos, wyprasował go i założył jak koszulkę.
— Może to deepfake? — Olek zniżył głos do szepty‑konspiracji. — Widziałem film. Serio, teraz każdy może brzmieć jak ktoś inny. Wystarczy piętnaście sekund nagrania i sprytny algorytm.
— W naszej szkole? — parsknęłam. — Nasz komputer w radiowęźle uważa, że „aktualizacja” to gatunek ryby.
— To prawda — przyznał. — Ale ktoś mógł przynieść… sprzęt.
Zrobiłam coś, co w filmach zawsze kończy się śmiesznie albo głupio: poprosiłam. Czyli w przerwie poszłam do pani dyrektor Mrożek, która ma opanowane spojrzenie zdolne zatrzymać hulajnogę w biegu.
— Pani Dyrektor, czy możemy zajrzeć do radiowęzła, bo… — zaczęłam, ale pani Mrożek uniosła dłoń niczym dyrygent, który właśnie zauważył, że trójkąt zaczął solówkę.
— Ninieczko, dziś radiowęzłem zajmuje się Klub Szkolnego Dźwięku. Pilotażowy projekt. Pan Łęcki ma klucz. I żadnych eksperymentów na żywej antenie.
Klub Szkolnego Dźwięku brzmiał jak grupa, która nagrywa nagrobkowe podcasty dla kwiatów, ale faktycznie, na drzwiach studia wisiał świeżutki wydruk: „Proszę nie przeszkadzać — trwa audycja”. A pod spodem ktoś dopisał długopisem: „z jutra”.
— Komuś humor dopisuje — mruknął Olek.
Pod drzwiami kręcił się pan Łęcki, trzepiąc klucze jak marakasami. Na jego koszuli widniał znaczek „Zofia”, ale to nie jego imię; tak miał na imię automat do polerowania podłóg. Zofia była jaszczurką w świecie urządzeń: miała humory i lubiła wciągać sznurowadła.
— Panie Łęcki, my tylko na sekundę, chcemy sprawdzić, co się dzieje z głośnikami — poprosiłam, wkładając w uśmiech tyle niewinności, ile mieści średniej wielkości królik.
— Ja też bym chętnie sprawdził, co się dzieje z głośnikami, bo jak się dzieje, to mi potem dzieci krzyczą do ucha — odparł filozoficznie. — Ale klucza nie dam. Regulamin.
W tym momencie Zofia, która do tej pory cicho mruczała, kichnęła, poślizgnęła się na mokrej plamie i ruszyła w rajd przez korytarz. Pan Łęcki, nie namyślając się, pobiegł za nią.
— Ja załatwię Zofię! — wrzasnął. — Niech nikt nie wchodzi do studia!
Nie jestem dumna z tego, co zrobiłam. Ale jeśli ktoś zostawił drzwi uchylone i napisał wyraźnie „nie wchodzić”, to po prostu musiał mieć na myśli „tylko na chwilę”. Przynajmniej tak twierdził mój mózg, który ma wbudowany moduł tłumaczeń wygodnych dla mnie.
— Wejdziemy, popatrzymy, wyjdziemy — powiedział Olek, równie przekonany co ja. — Zero dotykania jabłek z napisem „nie dotykać”.
Weszliśmy. W środku pachniało kurzem, herbatą w szklankach z koszyczkami i starym winylem. Na stoliku stał niewysoki mikser audio, komputer z monitorem, który świecił jak księżyc w fazie nowiu, oraz — i to było najdziwniejsze — magnetofon szpulowy i karton pełen kaset. Każda kaseta opisana markerem: „Poniedziałek, 10:03”, „Poniedziałek, 10:17”, „Poniedziałek, 10:39”. Dzisiejsza data. Minuty zgadzały się co do kreski.
— Kto jeszcze używa kaset? — zdziwił się Olek. — Chyba tylko dinozaury i DJ‑e z lat 90.
— Dinozaury nie miały magnetofonów — zauważyłam. — Brak im był przeciążeń kulturowych.
Sprawdziłam zegarek. Było 10:36. Serce łomotało mi w żebrach jak tenisówka o drabinki. Olek wyjął z kartonu kasetę „10:39” i uniósł brwi.
— To już prawie teraz — powiedział. — Zróbmy próbę. Jak coś, powiemy, że to część projektu badawczego „Efekt echa w edukacji”.
— „Echo w edukacji” brzmi jak nazwa nowego dziennika elektronicznego — parsknęłam, ale ręce miałam spocone.
Wsunęliśmy kasetę do magnetofonu. Przyciski były duże, srebrne i miały ten rodzaj połysku, który w filmach oznacza „zaraz się palec ześlizgnie w slow-motion”. Olek spojrzał na mnie pytająco. Kiwnęłam. Nacisnął PLAY.
Taśma zaszumiała przyjemnie. Szum szybko przemienił się w coś, co znałam aż za dobrze.
— Cześć, Nino. Cześć, Olku — powiedział mój głos, tak spokojny, jakby siedział w fotelu z kotem na kolanach i kubkiem kakao w dłoni. — Oddychamy. To tylko dźwięk. Wiem, że macie milion pytań. Odpowiedzi będą… kiedy indziej. Na razie zastosujcie prostą zasadę: nie kręćcie lewą gałką.
— Którą lewą? — syknął Olek i cofnął ręce jak zbliżone do patelni naleśnikowej.
— Tą lewą — ciągnął mój głos. — Jeśli nią zakręcisz, antena pomyśli, że jest śmigłem i spadnie. A nie chcecie tłumaczyć pani dyrektor, dlaczego szkoła nagle ma helipad.
Spojrzeliśmy automatycznie na panel. Lewa gałka rzeczywiście kusiła, jakby szeptała „dotknij mnie, będzie śmiesznie”.
— Okej — wyszeptałam do głośnika, choć brzmi to idiotycznie. — Nie kręcimy.
— Druga sprawa — kontynuował mój głos z taśmy. — Za chwilę ktoś stuknie w szybkę. Nie otwierajcie. Nie patrzcie. Po prostu policzcie do pięciu i…
W tej samej sekundzie ktoś lekko puknął w szybę studia od strony korytarza. Krótki, uprzejmy dźwięk. Taki, który w normalnej rzeczywistości oznaczałby „przepraszam, można na chwilę?”
Sparaliżowało mnie to, jak w komputerowej grze, kiedy nagle wyskakuje okienko „Aktualizacja w toku”. Olek spojrzał na mnie, ja na Olka, oboje na szybę. Nie widzieliśmy nikogo. Pukanie znów — tym razem odrobinę głośniejsze.
— Licz do pięciu — wysapał Olek.
— Raz. Dwa. Trzy… — zaczęłam, ale taśma, jakby wiedziała, na jakim jesteśmy numerze, podbiła stawkę.
— Cztery — powiedział mój głos. — Pięć. A teraz spokojnie odsuńcie się i…
Zatrzeszczało, jakby ktoś wcisnął pauzę wszechświata. Magnetofon zamruczał odrobinę wyżej, jakby podnosił brwi. Z głośników popłynęło jeszcze jedno, ciche zdanie, tak blisko mikrofonu, że słyszałam własny oddech.
— Nie odwracajcie się w stronę drzwi.
Klamka zaczęła się powoli poruszać, z tym charakterystycznym, metalicznym kliknięciem, które kończy każdą dobrą przerwę i zaczyna wszystkie kłopoty. Wstrzymałam oddech. Olek ścisnął moją rękawiczkę, choć nie miałam rękawiczek.
Ktoś po drugiej stronie drzwi nacisnął mocniej.
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?