Gwizdek spod starej lipy
W Bluszczowej Dolinie, gdzie chaty pachniały chlebem, a po płotach wspinały się dzikie róże, rosła stara lipa. Jej cień kładł się jak miękki koc, a pszczoły szeptały w kwiatostanach: bzzz, bzzz, bzzz. Tuż obok pluskał strumień, co lubił układać kamyki w serduszka.
Zosia miała sześć lat, dwa warkocze i oczy ciekawsze niż kotek u sąsiadki. Franek, starszy o rok, chodził z kieszeniami pełnymi patyków, guziczków i niezwykłych skarbów, które tylko on potrafił znaleźć. Oboje często bawili się pod lipą, bo babcia Jagna mówiła, że to dobre drzewo i słucha dzieci.
– Pamiętajcie – powtarzała babcia, mieszając miód z mlekiem – w lesie jest Leszy, opiekun drzew i ścieżek. Trzeba mówić mu dzień dobry, nie łamać gałązek i nigdy nie śmiecić. Wtedy las jest przyjacielem.
Tego ranka rosa błyszczała jak koraliki. Słońce przyszło wcześnie, przeciągnęło się po dachach i zajrzało pod lipę. Zosia pierwsza zobaczyła coś dziwnego między korzeniami.
– Franek! – zawołała. – Zobacz!
Na wilgotnej ziemi leżał gliniany gwizdek w kształcie ptaszka. Miał wypukłe skrzydełka, maleńkie oczka i cieniutkie wzorki jak listki. Był suchy, choć wokół wszystko było mokre.
– Skąd on się tu wziął? – szepnął Franek. – Jakby ktoś go dopiero co położył.
Zosia delikatnie wzięła gwizdek w dłonie. Był cieplutki, jakby na niego świeciło samo słońce. Przyłożyła go do ust i zatrzymała się.
– A jeśli nie wolno? – spytała. – Trzeba najpierw przywitać się z Lasem.
Franek poważnie skinął głową. Oboje stanęli prosto, jak do ukłonu.
– Dzień dobry, Leszy – powiedzieli razem. – Przyszliśmy posłuchać liści.
Zosia dmuchnęła leciutko. Z gwizdka popłynął czysty dźwięk, cieniutki jak nitka światła. Najpierw jeden – fiuu – potem drugi, troszkę niższy – fjuu. Ptaki na tych słowach zatrzymały świergot, jakby chciały lepiej usłyszeć. Strumień przycupnął przy kamieniach. Nawet wiatr ucichł na moment, zawstydzony.
I wtedy stało się coś niezwykłego.
Między pniami, tam, gdzie zwykle rosła paproć i mech, rozbłysła wąska ścieżka. Nie była jak zwykła droga. Chciało się po niej stąpać palcami, tak miękko świeciła. Liście poruszyły się, tworząc nad nią zieloną bramę, a z wnętrza lasu napłynął zapach miodu lipowego i mokrej kory.
– Widzisz to? – Zosia chwyciła Franka za rękę.
– Widzę – wyszeptał. – Jak w opowieści babci.
Z głębi ścieżki wyszedł jeleń. Jego poroże lśniło jak poranne niebo, a w sierści odbijały się plamki słońca. Zatrzymał się tuż przed dziećmi, przyklęknął lekko, jakby się kłaniał, i spojrzał na nich mądrymi oczami. Potem odwrócił się i zrobił kilka wolnych kroków, znów stanął, obejrzał się i poruszył uszami, jakby mówił: „Chodźcie”.
– Babcia zawsze mówiła, że jeśli nie chcesz się zgubić, trzymaj kogoś za rękę, zostań na ścieżce i słuchaj liści – przypomniał Franek.
Zosia przycisnęła gwizdek do serca.
– Zostaniemy na ścieżce – obiecała szeptem do lasu. – I nie będziemy zrywać nawet jednego listka.
Na próbę położyli pod korzeń lipy kilka okruszków chleba z masłem. Pszczoły zabzyczały radośnie, a drzewa zaszumiały tak miękko, jakby ktoś pogłaskał je po korze.
Zrobili pierwszy krok. Ścieżka zalśniła mocniej. Drugi krok. Nad ich głowami zaszumiała brama z liści, a z boku przemknął rudzik i usiadł na gałązce, przechylając główkę.
– Słyszysz? – spytała Zosia.
Z daleka dochodził dźwięk, jakby ktoś grał bardzo, bardzo cicho na drewnianej fujarce. Melodia była prosta i łagodna: trzy dźwięki w górę, dwa w dół, znów w górę. Jeleń poruszył ogonem i ruszył dalej.
Las zrobił się inny niż zwykle. Mchy wyglądały jak małe poduszki, paprocie jak wachlarze, a wysokie sosny – jak wieże. Co krok pojawiały się ślady kopytek, które świeciły słabym złotem i znikały, zanim dzieci zdążyły policzyć do trzech.
– Jeden, dwa, trzy… o, już nie ma – zachichotała Zosia, choć serce biło jej szybciej.
Nagle spod korzeni krzewu wysunęła się mała wiewiórka o kitce puchatej jak chmurka. Przykucnęła, zaklikała cichutko i popędziła w stronę świetlistej ścieżki, a za nią, tuż nad mchem, przeleciała ważka o skrzydłach jak szkiełka. Wszystko jakby wiedziało, dokąd iść.
– Ciekawe, dokąd on nas prowadzi – mruknął Franek. – Tylko pamiętaj, Zosiu, żadnych skoków poza ścieżkę.
Zosia przytaknęła tak mocno, że jej warkocze zatańczyły.
Gdy zbliżali się do zielonej bramy z liści, wiatr wrócił, ale nie był zwykły. Przyszedł cicho, przyniósł ze sobą zapach pieczonych jabłek i odrobinę dzwoneczkowego dźwięku. Gałązki lipy zaszeleściły tuż nad nimi i ułożyły się w kształt, który przypominał uśmiech.
– Czy to znak? – zapytała Zosia.
– Może zaproszenie – odparł Franek, choć sam nie był pewien.
Jeleń przekroczył bramę i zniknął w półcieniu. Ścieżka na moment przygasła, jak świeczka, którą niepewny płomyk próbuje objąć knotek. Zosia mocniej ścisnęła dłoń brata i zrobiła krok naprzód.
W tej samej chwili z głębi pnia lipy rozległ się cichutki, ale wyraźny szept, głęboki jak ziemia i miękki jak mech:
– Zosiu… Franku…
Oboje zastygli, jakby ktoś dotknął ich czubków butów chłodną kroplą rosy. Głos nie był groźny. Brzmiał jak oddech drzewa, jak skrzypnięcie starej ławki w sieni, jak obietnica, że ktoś czuwa.
– Słyszysz? – Zosia uniosła gwizdek, gotowa zagrać jeszcze raz.
Liście zatrzymały się na sekundę. Strumień też, jak gdyby i on nadstawiał ucha. Między sękami pnia, tuż nad ich głowami, zaczęło rysować się coś, czego jeszcze nigdy nie widzieli: dwa okrągłe, jasne punkty, jakby światło próbowało przebić korę od środka…
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?