Gwizdek, który obudził Święty Gaj
O zmierzchu mgła przelewała się nad łąką jak rozlane mleko. Szosa dawno już znikła za plecami, a wąska, piaszczysta droga prowadząca ku Puszczy skrzypiała pod oponami rowerów. Pachniało wodą, żywicą i dymem z pierwszych jesiennych ognisk.
— Sprawdzisz jeszcze raz? — Nina wskazała brodą na plecak Franka.
Chłopak bez zsiadania z siodełka wyszarpnął z bocznej kieszeni zmięty papier. Był to szkic pradziadka Józefa, leśniczego, narysowany grubą, brązowiejącą kreską i podziurawiony od zszywek. Na marginesie widniały krótkie notatki: „Gaj za Narewką — nie wchodzić samemu po zmierzchu. Słuchać szeptu dębów”.
— Punkt X leży za trzecią kępą olch — mruknął Franek, mrużąc oczy. — A my jesteśmy tu. — Stuknął palcem w rogu kartki. — Jeśli pradziadek nie żartował.
— Józef? Żartował? — Nina parsknęła. — Ten, co żywił się tylko herbatą z igieł i opowieściami o Leszym? Pani Eulalia do dziś twierdzi, że to przez niego las pamięta nasze nazwisko.
Imię szeptuchy brzmiało między drzewami jak coś całkiem zwyczajnego, a jednocześnie nie do końca oswojonego. Pani Eulalia nigdy nie podnosiła głosu; szeptała prosto do ucha, jakby zaklinała powietrze. „Nie zaglądajcie do Świętego Gaju, jeśli nie macie czym się wykupić” — to była jej ostatnia rada, zanim dzieciaki zniknęły za zakrętem.
Ścieżka zwęziła się, gdy wjechali pod niskie gałęzie sosen. Sroki krzyczały, wilgotne igliwie miękko uginające się pod kołami tłumiło każdy dźwięk. Nagle między dwoma brzozami pojawiło się przejście, którego wcześniej nie było — wąski pas mchu bez jagód i bez paproci, jakby ktoś przetarł go świeżo wymiecioną miotłą.
— Przesieka — powiedział Franek ciszej, niż planował. — Wiesz, że takie ścieżki się same zamykają?
— A wiesz, że przestajesz brzmieć mądrze, kiedy próbujesz mnie nastraszyć? — odparła Nina i uśmiechnęła się krzywo. W głębi śmiechu czaił się jednak niepokój.
Zeszli z rowerów i poprowadzili je za sobą, bo piasek zmiękł i zaczął wciągać opony. Dookoła ucichły owady. Nawet żurawie, które przed chwilą jeszcze nawoływały się nad torfowiskiem, jakby nagle odleciały, zostawiając po sobie tylko rozedrganą ciszę.
Ścieżka wyprowadziła ich na niewielką polanę. Drzewa — stare dęby pochylone jak brodate głowy — tworzyły krąg. Pośrodku sterczał wysoki, spękany od lat drewniany słup z czterema twarzami wyrzeźbionymi na jego czubie, każda zwrócona w inną stronę świata. Nosy były starte, oczy płaskie, ale w świetle zachodu wyglądały tak, jakby śledziły każdy ruch. U jego stóp leżały obłe kamienie, obrosłe gęstym mchem, ułożone w niepełny pierścień.
— Światowid — wyszeptał Franek. — Jak ze zdjęcia w muzeum.
— Raczej jak z opowieści babci — poprawiła go Nina. Podeszła bliżej. — Czujesz?
W powietrzu zawisł zapach jałowca i wilgotnego drewna. Gdzieś z boku strzelał sok, jakby w pniu krążyła krew lasu. Nina przyklękła przy jednym z kamieni. Pomiędzy korzeniami dębu coś błysnęło. Wsadziła palce w chłodną ziemię i wyjęła niewielki przedmiot — gliniany gwizdek w kształcie ptaka, przytłumiony warstwą ziemi i pokryty miękkim nalotem. Na skrzydełku wyryto znak — kołowrót, taki sam, jaki Nina nosiła na cienkim rzemyku od zeszłej wiosny, kiedy to Pani Eulalia wcisnęła jej go w dłoń „na wszelki wypadek”.
— Pokaż — Franek przysiadł obok. — To musi mieć ze sto lat. Albo więcej.
— Nie dmuchaj — ostrzegła Nina odruchowo.
Chłopak spojrzał na nią pytająco.
— Bo nie wiem, co się robi z czymś takim — dodała, patrząc w cztery twarze słupa. — Pradziadek zaznaczył to miejsce nie bez powodu.
— Za to telefon nie działa — stwierdził Franek, machając komórką. Na ekranie nie było ani kreski zasięgu. Strzałka kompasu tańczyła jak zaczarowana, nie mogąc znaleźć północy. — Witaj, Święty Gaj.
Nina odsunęła włosy z czoła i uniosła gwizdek do światła. Glina była zaskakująco ciepła, jakby ktoś trzymał ją w dłoniach jeszcze chwilę temu. Ptaszek miał maleńki dziób i wydrążony brzuch. Kołowrót na skrzydełku wydawał się obracać, gdy padał na niego cień liści.
— Wiesz, że Pani Eulalia mówiła, że las słucha? — Nina mówiła półgłosem, żeby nie spłoszyć tej kruchości chwili. — Że czasem odpowiada po swojemu.
— To sprawdźmy, co powie — uśmiechnął się Franek, ale jego głos uwiązł gdzieś między drzewami.
Nina przyłożyła gwizdek do ust. Przez ułamek sekundy zawachała się, potem dmuchnęła delikatnie, tak, jak nauczyła ją kiedyś babcia przy oślich dzwonkach w ogródku. Oczekiwała cienkiego piszczenia. Zamiast tego powietrze wokół nich jakby zadrżało. Liście dębów poruszyły się jednocześnie, choć nie wiał wiatr. Na skórze Niny pojawiła się gęsia skórka, jak po dotknięciu zimnej wody.
— Nie było nic słychać — powiedział cicho Franek, ale jego oczy mówiły coś innego. Patrzył w głąb gaju, tam, gdzie mrok gęstniał między pniami.
Zapach jałowca stał się wyraźniejszy. Przez polanę przemknął cień, kształtny i bezgłośny, jakby przemknęła tam sarenka, choć żadne źdźbło trawy się nie poruszyło. Z czubka słupa spłynęła kropla soku i zatrzymała się na wyżłobionej brodzie jednej z twarzy, połyskując w ostatnich promieniach słońca jak bursztyn.
— Czy ty to też widzisz? — Nina wskazała palcem.
— Widziałem — odparł Franek krótko. — I to jeszcze zanim o to zapytałaś.
Znad torfowiska doleciał odległy, przeciągły dźwięk, który od razu rozpoznałaby każda sowa. Ale to nie była sowa. Dźwięk był starszy niż ptaki, głębszy niż woda w Narwi, roznosił się pod korzeniami drzew i wracał z różnych stron jednocześnie. W odpowiedzi w gałęziach dębów coś zaszmerało, jakby setki suchych dłoni klaskały bezgłośnie.
— Nino — szepnął Franek. — Noga.
Spojrzała w dół. Pomiędzy jej trampkami a kamieniem pełzł wąski korzeń, pękaty i gładki, jak palec. Nie dotykał jej, zatrzymał się przed sznurówką, jak pies, który pyta, czy może podejść bliżej.
— Spokojnie — powiedziała bardziej do siebie niż do niego. — To tylko rośnie.
— W ciągu dwóch sekund? — Franek sięgnął do kieszeni i wyciągnął scyzoryk, po czym zawahał się i schował go z powrotem. — Dobra. Macie rację, dęby. Słuchamy.
Nina uniosła gwizdek jeszcze raz. Tym razem dmuchnęła mocniej. Zawisła nad nimi dziwna, lepka cisza, a potem na moment wszystko się rozjaśniło, jakby ktoś zdrapał z powietrza cienką warstwę kurzu. Zobaczyła twarze na słupie wyraźniej: jedną łagodną, drugą surową, trzecią uśmiechniętą, czwartą skupioną. Na każdej z nich ktoś kiedyś zaznaczył paznokciem mikroskopijne znaki, które teraz wyglądały jak ślady słów.
— Słyszysz? — spytała, choć sama nie była pewna, czy to dźwięk, czy po prostu myśl, która nie miała skąd się wziąć.
Z głębi gaju, tam, gdzie czerń coraz gęściej plątała się z zielenią, popłynął ton — bardzo cichy i równy. To była odpowiedź. Powtarzał melodię, której Nina nie usłyszała, kiedy dmuchała, ale którą czuła pod skórą, jak gdyby kości nauczyły się jej szybciej niż uszy.
— Ktoś tu jest — powiedział Franek. Nie było w tym pytania.
— Albo coś — dodała Nina bez przekąsu.
Od strony rzeki powiało zimnem. Telefon w kieszeni Franka zawibrował raz, krótko, i zamilkł, jakby coś go uspakajało. Kołowrót na skrzydełku gwizdka zadrżał, a jego cienie zamigotały na dłoni Niny, układając się na sekundę w kształt, którego nie zdążyła zapamiętać.
Gdzieś niedaleko trzasnęła gałązka. Nie tak jak pod stopą człowieka. Raczej jak pod łapą. Albo pod czymś ciężkim, co nie powinno mieć łap ani nóg. Franek odwrócił się gwałtownie i w tym samym momencie Nina poczuła, że włosy na karku unoszą się jak łan trawy przed burzą.
— Nino — rzekł Franek, tym razem już bez żartu, bez mądrych uwag, po prostu po imieniu.
Niebo nad polaną przybladło. Cienie wśliznęły się bliżej. Cztery twarze na słupie wydawały się czekać. Korzeń zatrzymany przy trampku Niny drgnął raz, jakby pytał o pozwolenie.
Wtedy, tuż za ich plecami, rozległ się ten sam ton — identyczny jak z gwizdka, tylko bardziej mięsisty, prawdziwy — i tak bliski, że poczuli na karkach ciepły, wilgotny oddech.
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?