Gwiezdny guzik pod łóżkiem
Deszcz stukał w parapet: kap, kap, kap. Na oknie tańczyły krople, a w pokoju Leny i Olka było ciepło i przytulnie. Na podłodze leżał miękki dywan w niebieskie gwiazdy. Na regale stała rakieta z klocków, a na krześle wisiała chustka w żółte kropki. Kot Kminek przeciągnął się jak długi szalik i zamruczał.
„Nuda” – westchnął Olek, obracając w palcach papierowy samolocik. Lena rozłożyła mapę świata, taką z wielkim oceanem i małymi wyspami, i nagle zmrużyła oczy. Coś połyskiwało pod łóżkiem.
„Widzisz to?” – szepnęła. Olek zajrzał razem z nią. Pod łóżkiem, na brzegu dywanu, błyszczał guziczek. Nie byle jaki. Był w kształcie gwiazdy i miał w środku maleńką dziurkę. Wokół niego nitki dywanu układały się jak promienie słońca.
„Skąd ten guzik? Przecież wczoraj go nie było” – zdziwił się Olek. Kminek wsunął pyszczek pod łóżko i zrobił „mrauu?”, jakby pytał o to samo.
Lena dotknęła guzika czubkiem palca. Był chłodny i gładki. Spróbowała przekręcić. Nic. Olek przycisnął go lekko, jak się naciska dzwonek przy drzwiach. Cisza. Deszcz dalej grał swoje kap, kap.
„Może trzeba dmuchnąć?” – zaproponowała Lena. Usta zrobiła w kółeczko. Dmuchnęła. Olek dmuchnął też, na wszelki wypadek. Kminek dmuchnął po kociemu, czyli kichnął: „apciu!”
Coś cichutko zabrzęczało: dzyń. Guzik zamigotał. Na jego brzegach pojawiła się cienka, srebrna niteczka światła. Najpierw jedna, potem druga, a potem cała pajęczynka, która zaczęła się wirować jak koło.
„Ooo...” – Lena wytrzeszczyła oczy. „Patrz!”
Światło rosło. Niteczki zaplatały się i rozplatały, aż na środku dywanu powstało okrągłe okienko. Pachniało malinami i wiatrem. Z okienka wysunął się podmuch. Poruszył mapę, podniósł rożek chustki w żółte kropki i postawił do pionu uszy Kminkowi.
„To brama” – powiedział półgłosem Olek. Słowo zawisło między nimi jak bańka mydlana. Lena wyciągnęła rękę i dotknęła krawędzi okienka. Nie parzyło. Było jak ciepła woda w misce, tylko świeciło.
Kminek wystawił łapkę. Łapka zniknęła na sekundę po tamtej stronie i wróciła cała, tylko obsypana drobniutkim pyłkiem, który błyszczał jak brokat w słońcu. Kocie oczy zrobiły się okrągłe jak guziki.
Po drugiej stronie coś zaszumiało. Lena i Olek przyklękli. Przez bramę widać było kawałek ścieżki z miękkich piór i wysokie trawy, które świeciły w środku jak lampki. Nad ścieżką wisiały latawce bez sznurków. Unosiły się same i mrugały do siebie ogonkami. Niebo miało kolor wieczoru, chociaż w pokoju było dopiero popołudnie.
Ni stąd, ni zowąd z bramy wypadł papierowy samolocik. Ten sam, który Olek trzymał przed chwilą, tylko jakby urósł i miał przyklejoną gwiazdkę z cyrkonii. Zatrzepotał skrzydełkami i wylądował prosto na mapie Leny. Na skrzydle widniały koślawe literki: „Dla Leny i Olka”. Pod spodem ktoś nakreślił strzałkę do środka bramy i dopisał: „Proszę”.
„Kto to napisał?” – zastanowiła się Lena. Z bramy dobiegł szept, tak delikatny jak suwanka po kartce: „Lena... Olek...”
Kminek zamruczał głośniej. Przysiadł przy krawędzi i zawinął ogon jak pas bezpieczeństwa. Olek otworzył szufladę i wyjął latarkę, chociaż w bramie świeciło dość. Lena narzuciła chustkę w żółte kropki na ramiona, jak płaszcz.
„Jeśli wejdziemy, zapamiętamy drogę” – powiedział Olek, pewny jak kapitan statku. Rozwinął skakankę i jeden koniec przywiązał do nogi łóżka. Drugi trzymała Lena. „Tak na wszelki wypadek.”
„I zostawimy karteczkę” – dodała. Wzięła flamaster i napisała na skrawku papieru: „Jesteśmy w pokoju. Wracamy na podwieczorek.” Położyła karteczkę na biurku, obok miseczki z koralikami.
Guzik-gwiazda zamigotał znów: dzyń. Brama zrobiła się większa, prawie jak drzwi. Wiatr pachniał malinami mocniej. Latawce po tamtej stronie machały ogonkami coraz szybciej, jakby nie mogły się doczekać. Gdzieś dalej zabrzmiał dzwonek, potem drugi, a po chwili trzeci, troszkę głośniejszy.
„Słyszysz?” – spytała Lena. „Jak na rozpoczęcie przedstawienia.”
„Albo jak na pociąg” – odparł Olek, nachylając się, by zajrzeć w głąb. W piórkowej ścieżce pojawiły się ślady, maleńkie, jakby zostawiły je buty wielkości kasztanów. Zatrzymały się tuż przy krawędzi bramy.
„Halo?” – powiedział Olek do środka. „Jesteśmy tu.”
Coś poruszyło trawami. Na moment, tylko na mgnienie oka, w świetle mignęła sylwetka kogoś z kapeluszem w kształcie liścia. Ktoś skinął wesoło dłonią i znów zniknął wśród światełek.
Kminek nie wytrzymał. Zrobił „mrrau!” i jednym susem wskoczył na piórkową ścieżkę. Nie zniknął. Przycupnął po drugiej stronie i odwrócił się, jakby mówił: „No chodźcie!” Jego wąsy iskrzyły się drobinkami, a oczy błyszczały odbitymi latawcami.
Lena ścisnęła dłoń Olka. Serce podskoczyło jej do gardła, ale nie ze strachu. Raczej tak, jak podskakuje na trampolinie. Olek uśmiechnął się szeroko. „Raz...” – zaczął szeptem, jakby liczył do skoku do basenu.
Guzik zamrugał po raz kolejny. Wiatr rozgonił krople deszczu na szybie tak, że w szkle na moment pojawiło się całe, małe słońce. Latawce po tamtej stronie wydały cichutkie „szszsz”, jak liście.
„Dwa...” – odpowiedziała Lena, stawiając stopę tuż przy świecącej krawędzi, gdzie cieplutkie światło łaskotało ją w palce.
Z głębi bramy popłynął wyraźny, wesoły głos: „Leno! Olku! Szybciutko!”
Powietrze w pokoju zadrżało, skakanka lekko naprężyła się, a gwiezdny guzik rozbłysnął tak jasno, że przez ułamek sekundy wszystko wokoło wyglądało jak zaczarowane przez zorzę... i wystarczyło zrobić jeszcze jeden, malutki krok.
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?