Gwiezdny balkon Leny
Wieczór był ciepły i miękki jak ulubiony koc. Na balkonie pachniało miętą z doniczek i trochę czekoladą, bo Lena trzymała tam puste puszki po kakao, w których rosły poziomki. Po ścianie wspinały się papierowe planety, przyklejone taśmą tak, by fruwały przy każdym podmuchu. Nad wszystkim wisiały świecące w nocy gwiazdki. Gdy gasło światło w pokoju, wyglądały jak prawdziwe niebo.
Lena, w skarpetach w żółte kropki, kucnęła przy małym teleskopie z rurek i gumek recepturek. Przez szkło patrzyła tam, gdzie zawsze szukała Wielkiego Wozu.
– Tu jesteś – szepnęła. – A obok... Saturn jak pierścionek.
Obok, na poduszce w prążki, siedział Piksel, kot-robot. Miał miękkie uszy z filcu i wąsy z cienkich kabelków, które mieniły się kolorami. Na obróżce świecił malutki ekranik, na którym czasem przelatywały gwiazdki. Kiedy był zadowolony, mówił: – Miau-bip – i jego ogon robił ciche bzz.
– Piksel, dziś będzie coś ciekawego, czuję to w brzuszku – powiedziała Lena i przyłożyła dłonie do policzków, jakby mogła wyłapać dźwięk nieba.
W bloku obok zgasła ostatnia lampa na balkonie. Miasto cichło. Słychać było tylko świerszcze i miękki szum drzew. Nagle w powietrzu zamigotał świetlny punkcik. Nie był jak samolot. Nie migotał jak gwiazda. Płynął powoli, jakby był lekkim dmuchawcem, co spadł z księżyca.
– Widzisz? – Lena wskazała palcem. – To leci tu!
Punkcik przyfrunął bliżej. Zamiast zachować się jak zwykły robaczek świętojański, zaczął jaśnieć. Zatrzymał się dokładnie nad doniczką z miętą, zawibrował, po czym... stał się przedmiotem wielkości śliwki. Metalowym, błyszczącym, z cienkimi rowkami, które układały się w spiralę. Z cichego bziiii przeskoczyło na bzi-bzi-bzi, a powietrze pachniało nagle jak ciepły miód.
– Miau-bip? – Piksel przekręcił głowę. Jego obróżka zamigotała trzema niebieskimi kropeczkami.
– Wygląda jak... nasionko z kosmosu – wyszeptała Lena i wyciągnęła palec.
Gdy dotknęła gładkiej powierzchni, coś w środku kliknęło. Srebrne „nasionko” zaczęło się rozwijać, cichutko jak rozsuwany wachlarz. Urosło. Najpierw do wielkości jabłka, potem do kuli jak piłka do siatkówki, aż wreszcie stanęło na trzech cienkich nóżkach na balkonie. Teraz przypominało miniaturowy statek kosmiczny. Miał okienka jak krople deszczu i małą antenkę w kształcie kociego ucha.
– Ojej... – Lena aż usiadła na piętach. – Halo? – spróbowała. – Dzień dobry?
Statek odpowiedział światłem. Na jego boku zapaliły się kreski i kropki, które ułożyły się w rząd. Potem błysk przeniósł się na ścianę. Po balkonie przebiegł cichy promień, gładząc doniczki. Na suficie nad wejściem pojawiły się świecące punkty. Układały się w kształt, który Lena dobrze znała.
– To Wielki Wóz! – klasnęła. – Patrz, Piksel! Dokładnie tak jak w mojej książce!
– Miau-bip-bip – odpowiedział kot, bardzo poważny. Jego ogon narysował w powietrzu kółko.
Światełka zabłysły znów, teraz bliżej. Promień dotknął cichutko podłogi balkonu i narysował strzałkę w stronę drzwiczek statku. A na boku, tak wyraźnie, że aż Lena wstrzymała oddech, zaświeciły się literki: LENA.
– Znasz moje imię... – wyszeptała. – Skąd? – Rozejrzała się odruchowo. W pokoju za firanką leżał miękki miś, a na krześle drzemkał szalik mamy. – Mamusiu, ja tylko patrzę na gwiazdy – powiedziała w stronę drzwi, żeby było uczciwie. – I jestem na balkonie.
Piksel zamrugał ekranikiem i wyświetlił mały symbol plecaka.
– Masz rację – Lena skinęła głową. – Trzeba wziąć rzeczy.
Szybko zsunęła się do pokoju, cicho jak kot. Do małej listonoszki w gwiazdki włożyła jabłko, notesik z fioletową okładką, różową kredkę, plaster w kropki, latarkę i ciasteczko w kształcie księżyca. Na kartce napisała drukowanymi literami: „Mamo, jestem z Pikslem na balkonie. Wszystko dobrze. Lena”. Położyła kartkę na stoliku obok lampki nocnej, poprawiła misia, żeby patrzył prosto, i wróciła na bosych palcach do balkonowych płytek.
Statek w tym czasie urósł jeszcze odrobinkę. Teraz był wielkości koszyka na zabawki i stał stabilnie, jakby zawsze tu mieszkał. Antenka zamigała do niej, jak mrugnięcie. Wąskie drzwiczki tylko drgnęły i znowu się domknęły. Z wnętrza dobiegł miękki dźwięk, jak gdyby ktoś przesuwał piórko po strunach.
– Halo, czy mogę wejść? – Lena przyklękła tak, by zajrzeć w malutkie okienko. W środku było ciemno, ale zobaczyła maleńkie światełka jak świetliki. Układały się w pasy i kręgi, a po nich przesuwały się, cichutko brzęcząc, malutkie, okrągłe krzesełka. Wyglądały jak bujaki.
– Miau – powiedział Piksel, wypinając pierś. – Bip.
– No dobrze. Tylko ostrożnie – szepnęła Lena. Dotknęła boku statku. Metal był chłodny i gładki, ale miał w sobie miękką drżącą siłę, jak mruczenie kota.
– Gość rozpoznany – odezwał się nagle cichy głosik. Nie był ani chłopięcy, ani dziewczęcy. Był jak srebrny dzwoneczek. – Gość: LENA. Towarzysz: PIKSEL. Witajcie.
– Ojej! – Lena aż podskoczyła, a potem roześmiała się cicho. – Dzień dobry, statku.
– Program balkonowy – kontynuował głosik. – Opcja: gwiazdy blisko. Chcesz zobaczyć?
Lena spojrzała na niebo. Wielki Wóz świecił jak zawsze, spokojny i pewny. W jej środku drżała radość, jakby była balonikiem pełnym heliowego śmiechu.
– Chcę – powiedziała bardzo sennie, ale zdecydowanie. – Ale najpierw... czy jest bezpiecznie?
Piksel zrobił miau-bip tak długie, że brzmiało jak słowo „tak”, a na jego ekraniku pojawiła się zielona kropka. Statek odpowiedział miękkim: bzzz.
– Bezpiecznie – powtórzył głos. – Pasuje ci huśtawka lewa czy prawa?
– Lewa dla mnie, prawa dla Piksela – zdecydowała Lena i od razu pożałowała, że nie zapytała, gdzie te huśtawki są.
W tym momencie drzwiczki rozsunęły się na szerokość dłoni. Z wnętrza wypłynął cieniutki promyk. Zatańczył między doniczkami, musnął miętę, która aż zadrżała, i rozświetlił pyłki unoszące się w powietrzu. Wyglądały jak maleńkie planety.
– Zapraszam – powiedział głosik i w środku rozbłysły dwa krzesełka-bujaki. Każde miało pasy w gwiazdki i miejsce na ogon. – Szybkie pytanie: czy macie ze sobą przekąskę?
– Mam jabłko i ciasteczko – powiedziała Lena, zaglądając do torby.
– Doskonale – odparł statek, jakby ktoś się uśmiechnął. – Zapas smaku: jabłko. Zapas radości: ciasteczko. Zapas odwagi: dwie sztuki.
Piksel wskoczył pierwszy, miękko, jakby wchodził do kartonowego pudełka. Bujak sam dopasował się do jego brzuszka, a pasy cicho zaszurały i zatrzymały się w idealnym miejscu. Kot mruknął z zadowolenia, a jego wąsy zaświeciły zielono.
Lena wsunęła stopę na próg. Drzwiczki były niskie, pachniały ciepłym metalem. Zza firanki w pokoju zawiał delikatny przeciąg i kartka na stoliku poruszyła się odrobinkę, jakby pomachała: do zobaczenia.
– Jeśli coś... – zaczęła Lena, bo jeszcze chciała zapytać o mamę, o noc, o to, czy zdążą wrócić przed poranną owsianką.
– Czas balkonowy – przerwał czule głosik. – Tam, gdzie jesteśmy, czas potrafi być jak gumka. Rozciąga się, kiedy trzeba. Wrócisz, kiedy zechcesz.
To brzmiało tak dziwnie i jednocześnie tak prosto, że Lena poczuła, jak jej serce robi dwa szybkie podskoki. Położyła dłoń na chłodnej ramie drzwiczek i spojrzała na niebo raz jeszcze. Wielki Wóz mrugnął, albo tak jej się wydawało.
– Dobrze – wyszeptała. – Wchodzę.
I wtedy, zanim postawiła drugą nogę, powietrze wokół zabrzęczało. Antenka na dachu statku rozprostowała się jak kocie ucho i zapaliła się cienka kreska światła. Na boku statku, tuż obok liter LENA, pojawiły się cyferki.
– Przygotowanie – oznajmił głosik, teraz jakby bardziej szeptem. – Pas zapięty. Ogon zabezpieczony. Zaczynamy odliczanie.
Piksel przestał mruczeć i przysunął się do swojej pasy. Jego oczy błyszczały jak dwa maleńkie księżyce.
Lena poczuła łaskotki w brzuchu. Usiadła na bujaku i pozwoliła, by pas w gwiazdki otulił ją jak pas w aucie, tylko milutki. Chwyciła Piksela za łapkę. Doniczki wokół szeleściły jak liście na wietrze. W pokoju zegar tyknął jeden raz.
– Trzy... – powiedział statek.
Światełka w środku przygasły na moment, jakby wzięły oddech. Na balkonie wszystko wydawało się cichsze: miasto, świerszcze, nawet lampy na ulicy.
– Dwa... – cichy szept powędrował na sufit, odbił się od świecących gwiazdek i wrócił do uszu Leny.
Lena mocniej ścisnęła łapkę Piksela. Spojrzała w okienko. W jego głębi coś się poruszyło. Jakby za błyszczącą szybą, bardzo daleko, ktoś machał do nich z drugiej strony ciemnego nieba.
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?