Gwiazdkowy kufer
Na skraju miasta wyrósł wielki namiot w pasy: czerwone, niebieskie i żółte. Flagi na masztach trzepotały, a w powietrzu pachniało popcornem i watą cukrową cytrynową. „Słyszysz? Bum, bum, bum!” – szepnął Franek do Zosi, kiedy bębenki prób grały w rytmie podskakującego serca.
Zosia ścisnęła bilet. Miała na włosach spinkę w kształcie gwiazdki, która błyszczała jak lampka w ciemnym pokoju. Franek trzymał balonik z namalowanym klaunem. Ich Mama uśmiechała się, a oczy miała tak ciekawskie, jak oczy dzieci. Przyszli wcześniej, bo Zosia i Franek pomagali rano rozwieszać kolorowe proporczyki na płotku. Dzięki temu Pani Kapelusz – prowadząca cyrku – obiecała im małe zwiedzanie przed występem.
Pani Kapelusz miała wysoki, malinowy cylinder i frak z połyskującymi guzikami. Kiedy mówiła, jej głos był jak trąbka: wesoły i trochę podniosły. „Witajcie w Cyrku Tęczowa Plama!” – rozłożyła ramiona. – „Zapraszam za kurtynę. Tylko cicho, bo artyści się koncentrują.”
Za kulisami było jak w ruchomym obrazku. Pan Błysk, żongler, podrzucał w górę jabłka i kijki z wstążkami. Wstążki rysowały w powietrzu koła, ósemki i małe spiralki. Lila Lina, akrobatka, rozgrzewała kostki i kolana, a jej lina zwisała jak srebrna nitka z bardzo wysokiego drążka. Pies Fikoł – biały jak chmurka, z łatką nad okiem – przeskakiwał przez papierowe obręcze, które kruszyły się jak płatki śniegu.
„Patrzcie tam.” – Pani Kapelusz wskazała na sam środek areny. Na piasku stał kufer. Był prążkowany, obity granatowym materiałem, a na nim rozsypały się złote gwiazdy. Zamek błyszczał jak kropla miodu na słońcu. „Przyjechał dziś rano, sam. Listonosz zostawił go przed namiotem. Miał tylko tę karteczkę.”
Na uchu kufra wisiał bilecik. Zosia umiała już czytać, więc zadarła brodę i wymówiła wyraźnie: „Otworzyć tylko przy werblach!” Słowa zapisane były złotą farbą i wyglądały, jakby tańczyły.
Franek zrobił wielkie oczy. „A co jest w środku?” – spytał tak cicho, jakby bał się obudzić śpiącego kotka.
„Niespodzianka na dziś wieczór.” – uśmiechnęła się Pani Kapelusz i przyłożyła palec do ust. – „Nikomu nie zdradzamy. Nawet Fikoł nie wie.”
Jak na zawołanie pies Fikoł podszedł do kufra, przekrzywił głowę i zaszczekał raz: „Hau?” Z kufra odpowiedziało ciche: tik… tik… jak kropla stukająca o szklankę. Zosia i Franek wstrzymali oddech. Kufer nie poruszył się, ale coś w środku zrobiło mały, bardzo mały oddech, jak piórko, które spada i zawisa w powietrzu.
„Słyszeliście?” – Zosia ścisnęła spinkę w kształcie gwiazdki. „Może to piłki do żonglowania?” – zgadywał Franek. „Albo… no, może poduszeczki dla akrobatów?” – dodał, trochę niepewnie.
„A może dźwięki.” – powiedział Pan Błysk i złapał żółte jabłko na czubek palca. – „Są takie dźwięki, które lubią siedzieć w pudełkach. Wypuszczasz je i hop! Lecą.”
Zosia roześmiała się, ale znów spojrzała na kufer. Pani Kapelusz klasnęła w dłonie. „Czas wracać na miejsca. Zaraz zaczynamy. A kufer… kufer poczeka. W otwarciu pomogą nam werble.”
Widzowie napłynęli jak kolorowa rzeka. Dzieci szeleściły programami, dorośli cmokali na watę cukrową. Lampki nad areną zamigotały i rozjaśniły piasek tak, że wyglądał jak ciepłe, złote ciasto. Trąbka zagrała długi dźwięk, a Pani Kapelusz wkroczyła na środek, ukłoniła się i zrobiła obrót, od którego spadła jej z ramienia maleńka, piórkowa paprocha.
„Szanowni, mili, uśmiechnięci!” – zawołała. – „Cyrk Tęczowa Plama zaprasza na wieczór pełen barw i stuku dłoni!” Sala zahuczała brawami, a Zosia i Franek poczuli, jak ich krzesła podskakują razem z nimi.
Najpierw Pan Błysk żonglował pięcioma jabłkami, potem sześcioma piłeczkami, a na końcu trzema parasolkami w groszki. Lila Lina płynęła po linie jak ważka nad stawem, robiąc przewroty, które sprawiały, że każdemu robiło się lekko w brzuchu. Pies Fikoł przeskoczył przez osiem papierowych obręczy i za każdym razem dostawał chrupkę, którą grzecznie odkładał na bok, jakby zbierał je do własnej kolekcji.
A jednak, za każdym razem, kiedy oklaski cichły, Zosia i Franek spoglądali na kufer. Stał tam, spokojny, jakby drzemał. Czasem na jego wieku zatańczył refleks światła, jak małe słoneczko. Czasem zamek mignął, jakby mrugnął do kogoś, kto tylko patrzy uważnie.
Pani Kapelusz wróciła na arenę z długą, błękitną wstęgą. Wstęga wirowała, zawijała się i rozwiązywała, aż w końcu opadła jej na rękę jak falka z jeziora. „A teraz” – powiedziała cicho, tak że wszyscy pochyli głowy, żeby lepiej usłyszeć – „przyszedł moment, na który czekają wszystkie oczy w tym namiocie.”
Światła przygasły. Nad areną zgasły lampki jedna po drugiej, zostawiając tylko jeden, okrągły snop światła. Snop światła spadł prosto na kufer w złote gwiazdki. Widzowie zrobili wspólny, cichy wdech. Zosia poczuła, jak jej spinka drży. Franek złapał ją za rękę.
„Werble, proszę!” – zawołała Pani Kapelusz i skinęła dłonią. Bębenki zaczęły szeptać: trrrr… trrrr… coraz głośniej, aż dźwięk zrobił się jak rozlewająca się fala. Kufer drgnął. Raz. Drugi. Zamek zadygotał i zabrzęczał jak dzwoneczek. Ktoś na trybunach cichutko pisnął z emocji.
Coś w środku stuknęło: tik… tik-tik! W wieku kufra pojawiła się wąska szczelina, z której uciekł strzępek srebrnego blasku, jakby ktoś dmuchnął błyszczącym pyłkiem. Fikoł uniósł łapkę, jak do powitania, i nakręcił ogonem mały wiatr.
Werble dudniły już pełnym głosem. Pani Kapelusz wyciągnęła rękę do zamka, a snop światła zrobił się jeszcze jaśniejszy. Kufer poruszył się po piasku o tyciutki kawałek, jak łódeczka na fali. Zamek podskoczył, syknął cichuteńko i… klik
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?