Did You Know?

Gdzie zbiegają się ścieżki


Gdzie zbiegają się ścieżki
Wieczór nad rzeką Srebrną spływał jak zimny atrament, który ktoś rozmazał pędzlem po brzegu, trzcinach i mokrych kamieniach. Stary prom, dawno już nieczynny, stał przycumowany do zbutwiałego pomostu i skrzypiał przy każdym łagodnym falowaniu. Nad głową żółte światło lampy portowej kłuło ciemność jak jedyne oko, a poza nim – cisza. Tak przynajmniej powinno być. Tego dnia cisza była pełna szeptów. Nina pochyliła się nad telefonem i przesunęła palcem po mapie. Migające punkty, każdy w innym kolorze, zlewały się na ekranie w jedną gęstą plamę. Etykiety mówiły same za siebie: Szymon – jeż z Parku Kolejowego. Runa – lisica z ogródków działkowych. Kropla – wydra, która upodobała sobie śluzę. Kropka – kot, który pół dnia spał na parapecie biblioteki, a pół włóczył się po nabrzeżu. I biały trójkąt oznaczający bociana, którego uczniowie nazwali Zenon, bo zawsze wracał na ten sam słup. – One naprawdę są tu – mruknęła, przygryzając wargę. – Nie w pobliżu. Tu. W jednym miejscu. Bartek oparł się ramieniem o poręcz mostku, spojrzał na ekran i gwizdnął cicho, ale zaraz zamilkł, bo stado gąsek krążących nad wodą poderwało się niespokojnie. – To nie ma sensu. Jeż, bocian, wydra, kot… Każdy z innej bajki, a nagle wszyscy wybierają tę samą kropkę na mapie? – Podrapał się po karku. – Albo aplikacja zwariowała, albo… – Albo dzieje się coś, czego nie rozumiemy – dokończyła Nina. Jej palce automatycznie dotknęły lekkiej blizny tuż nad nadgarstkiem – pamiątki po pierwszej, zbyt śmiałej próbie karmienia przerażonego łabędzia w ramach wolontariatu w lecznicy „Łapa i Pióro”. Od tamtego czasu miała wrażenie, że uczy się innego alfabetu: znaczenia śladów w błocie, ostrzegawczego posykiwania, sposobu, w jaki wiatr przenosi zapachy nad wodą. – Pani Rogowska mówiła, że jak coś wygląda na żart, to trzeba sprawdzić, czyim. „Atlas Miejskich Zwierząt” był ich projektem na szkolny festiwal nauki. Nadajniki GPS, które przypięli kilkunastu zwierzętom pod okiem lekarza weterynarii i miasta, miały pomóc zrozumieć, jak tworzą własne trasy przez ciasne ulice, ogródki i parki. Przez całą wiosnę dane układały się w rozsądne opowieści: okręgi terytoriów, powtórki powrotów, nocne wędrówki. A potem, dziś, wykresy nagle zaczęły zbiegać się jak promienie do jednego punktu – do starego promu. Z pociemniałej zatoczki wyleciały trzy wrony, zatoczyły szerokie koła i usiadły na kabestanie. Siedziały tak równo, że Nina poczuła lekki dreszcz. Bartek wyciągnął z plecaka mały rejestrator dźwięku i lekkie, puchate mikrofony – pożyczone od klubu filmowego. – Mówisz, że one „idą jak w zegarku”. Może usłyszymy coś, czego my nie słyszymy – powiedział prawie szeptem. Przedostali się niżej, między powyginane poręcze, gdzie cień pachniał metalem i rdzawą wodą. Trzciny szeleściły, jakby ktoś przesuwał dłonią po jedwabiu. Nina włączyła rejestrator i obserwowała histogram: zielone kreski drgały w rytmie tak cichym, że ledwie go czuła pod skórą, w kościach policzkowych. Nie był to zwykły brzęk lampy, ani daleki ryk motocykla. Coś głębokiego drgało tu, jakby rzeka hummnęła pojedynczą, niską nutę. – Widzisz? – Bartek wskazał dwa wąskie piki na wyświetlaczu. – Ultradźwięki. Prawie przy granicy tego, co łapią nasze mikrofony. To by tłumaczyło, czemu ludzie nic nie zauważyli. – Ale po co? – spytała Nina, nie oczekując odpowiedzi. – I kto? Z mgły nad lustrem wody wyłonił się cienki kształt. Wydra. Zatrzymała się przy pływającym pniu, wynurzyła pysk i, co było dziwniejsze niż samo jej pojawienie się, spojrzała dokładnie w stronę promu. Potem, jak na sygnał, ruszyły sarny – dwie, może trzy – odbijając się od mokrych brzegów, aż stanęły w gęstych sitowiach, gdzie zniknęły prawie całkiem. Jeż, nabrzmiały od jesiennej tłuszczy, toczył się powoli kamienną alejką z parku. A z mroku po lewej przemknęła lisica, nizutko przy ziemi, ogon nisko, ale bez paniki. Żadne z nich nie zwracało uwagi na ludzi. Jakby Nina i Bartek przestali na moment należeć do świata ważnych rzeczy. – Filmuję – wyszeptał Bartek, podnosząc telefon. – Nie włączaj latarki. Nie chcę ich przestraszyć. Nina skinęła głową. Zamiast światła, otworzyła notatki w aplikacji: godzina 21:37. Pierwsze zwierzęta przy promie. Niewielki tłok w trzcinach. Słyszalne brzmienie – niskie, ciągłe. Ptaki siadają na poręczach promu. Zero ruchu ludzi. To ostatnie było nieprawdą, kiedy pomyśleć o wronach. Siedziały wciąż, jak czarne pinezki wpięte w stal. A w tym samym czasie Zenon, bocian, który od tygodni trenował odlot, nadleciał od strony południa i jakby od niechcenia zacieśnił krąg. Potem opadł nisko nad rzeką, prześlizgnął się obok promu, po czym wylądował po drugiej stronie, dokładnie naprzeciw. Ptaszyska nie lądują byle gdzie, kiedy wokoło nic nie ma – to wiedziała nawet Nina, która wciąż czuła się bardziej uczennicą niż badaczką. Bartek musnął łokciem jej ramię. – To nie wszystko. Patrz – powiedział, przewijając mapę. – Nadajniki… Na ekranie różnokolorowe punkty – jeden po drugim – zatrzymywały się i gasły, jakby ktoś po kolei kładł palec na przyciskach i ściszał żywe instrumenty. Nie znikały. Po prostu przestawały wysyłać nową pozycję, jakby czekały na komendę. Gdzieś dalej, poza światłem lampy, coś uderzyło o metal. Suchy klik, niegłośny, ale tak bardzo niespodziewany, że dźwięk wdrapał się Ninie aż do gardła. – Co to? – wymknęło się jej. – Może lina się poluzowała – odparł Bartek, ale nie brzmiał przekonująco. Przesunęli się tak, by osłonił ich słup oświetleniowy. Prom nie wyglądał na martwy: w żyłach miał wodę, rdzę i czas. Ale teraz Nina zobaczyła coś jeszcze – trzy skrzynie, przywiązane pasami do centralnego pokładu. Były nowe, z gładkiego, ciemnego tworzywa, z niewielkimi otworami wentylacyjnymi po bokach. Prawie nie było ich widać zza poręczy, ale Ninie mignął wewnątrz połyskliwy kształt – jakby coś się poruszyło. Myśl, która pojawiła się w jej głowie, była tak prosta, że aż nie chciała jej dopuścić: ktoś mógłby przewozić zwierzęta. Nielegalnie. Przez ich rzekę. – Czujesz to? – Bartek zmarszczył nos. – Jakby… cytrus. I smar. – Zapach był ostry, obcy dla tego kawałka brzegu, gdzie zazwyczaj unosiło się tylko błoto, ryby i dym z grilla. Nina dotknęła krawędzi poręczy. Pod palcami została jej smuga namaczanego czymś oleju. – Jeśli to jest czyjeś… – zaczęła i urwała. Bo to było czyjeś, bez dwóch zdań. Tylko czyje i po co – tego nie miała odwagi na głos nazywać. Rejestrator zadrżał w jej dłoniach: pasma na ekranie zwęziły się i zamigotały. Dźwięk, który do tej pory był tłem, jak mruczenie dalekiej lodówki, nagle wdarł się do środka, aż powietrze zrobiło się ciężkie, jakby wisiadł w nim deszcz, choć niebo było czyste. Żaby w trzcinach ucichły. Ptaki na kabestanie poruszyły się niespokojnie, a potem – wszystkie naraz – odwróciły głowy w tę samą stronę. – To sygnał – powiedział Bartek ze ściągniętymi brwiami. – Ktoś to włącza na komendę. – Ale gdzie jest nadajnik? – spytała Nina. Rozejrzała się, trzymając się cienia. Była pewna, że jeśli rozświetlą latarkę, wszyscy – oni, zwierzęta i ten, kto naciska guziki – zobaczą się nawzajem zbyt wyraźnie. Wtedy usłyszeli warkot. Nie głośny, nie taki, jak silnik motorówki. Wyższy, bardziej równy, z cichym, lekko kwaśnym brzęczeniem. Nad promem, mniej więcej na wysokości masztu, zawisło coś wielkości dużej mewy, z czterema śmigłami, czerwonymi punktami zamiast oczu i kamerą, która obracała się leniwie, jak oko jaszczurki. – Dron – wydyszał Bartek. – Nie włączaj telefonu! – dodał natychmiast, jakby dopiero teraz zrozumiał, że każdy błysk to zdrada pozycji. Dron zbliżył się do skrzyń i zatrzymał w miejscu, modulując ton. Nina zobaczyła, jak w sitowiu kilkadziesiąt drobnych punktów zapłonęło bursztynowo – oczy. Pojedyncze, podwójne, niskie, wysokie. Nie mrugały. Cała ta zbieranina żywych stworzeń patrzyła na prom, jakby czekała na hasło. Telefon w kieszeni Ninie zawibrował. Spróbowała go uciszyć, ale było za późno: krótkie, głębokie „bzz” rozcięło ciemność. Dron uniósł się o kilka centymetrów i jego kamera przejechała po brzegu, jak zimny palec. Przykucnęli odruchowo. Ziemia pod butami była zimna i wilgotna. Nina poczuła na języku słoność rzeki i metaliczny posmak adrenalinowego strachu. – Ktoś to steruje – powiedziała, aż zęby lekko stuknęły jej o siebie. – To nie przypadek. Oni… Szmer za plecami przeciął ją w pół zdania. Nie w trzcinach, nie nad wodą. Tuż za nimi, na ścieżce, gdzie powalone gałęzie tworzyły łuk. Ktoś albo coś wdepnęło w suchy liść tak blisko, że to nie mógł być wiatr. Bartek zamarł. Odwrócił głowę milimetr po milimetrze. Nina usłyszała, jak przesuwa mu się materiał bluzy po trawie. W ciemności między wierzbami zabłysły dwie kropki. Przez ułamek sekundy mogły być wszystkim: odbiciem lampy w kawałku szkła, nocnym robkiem na liściu, dwiema zwykłymi kroplami rosy. Dopiero kiedy przesunęły się o włos, zrozumiała, że patrzą. Na nich. Na promie tymczasem dron zaczął obniżać lot, a jedna ze skrzyń poruszyła się gwałtowniej, jakby coś od środka naparło na ściankę. Wszystkie światła – lampy, diody, bursztynowe plamki w trzcinach – wydawały się nagle ostrzejsze, jak rozciągnięte struny. – Nina – szepnął Bartek tak cicho, że prawie nie poczuła ruchu powietrza. – Nie ruszaj się. Coś ciężkiego postawiło następny krok. I jeszcze jeden. Dron zawył wyżej, prom zaskrzypiał, a woda przy burcie spuchła nierealną falą, jakby pod powierzchnią przesunęło się coś wielkiego. Kiedy nad ich głowami przeciął strumień zimnego, białego światła, a do Niny dotarł ciepły, wilgotny oddech bardzo blisko jej karku, zrozumiała, że nie są już tylko obserwatorami.


Author of this ending:

Age category: 13-15 years
Publication date:
Times read: 35
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.