Did You Know?

Gdy zegar bije trzynaście


Gdy zegar bije trzynaście
W Nadjeziornem jesień przychodziła zawsze nieco wcześniej niż gdzie indziej. Mgła rozwieszała się nad wodą jak ciężka kotara, a liście kasztanów szeleściły na brukach wokół liceum imienia Konarskiego, budynku z czerwonej cegły, który pamiętał więcej, niż ktokolwiek chciał przyznać. Nad wszystkim górowała wieża zegarowa, tak stara, że nikt już nie próbował jej naprawiać – przynajmniej oficjalnie. Lena siedziała na parapecie swojego pokoju z nogami opartymi o grzejnik i słuchawkami na uszach. Miksowała nagrania do szkolnego podcastu, kiedy usłyszała to po raz pierwszy: słaby, metaliczny ton wpasowany między trzask wróbli a stukot kół po kostce. Pojedynczy dźwięk, jakby ktoś uderzył w zapomniany gong z drugiego świata. Odrzuciła włosy z twarzy i cofnęła nagranie. Wykres amplitudy był czysty, wąski jak igła. Czas nagrania wyświetlił 01:13. – Znowu? – mruknęła do siebie. To „znowu” wzięło się z nocy sprzed tygodnia, kiedy ten sam ton przewinął się przez jej rejestrator, ustawiony przy otwartym oknie. Wtedy zrzuciła to na radiowe szumy. Dziś już nie mogła. Ekran telefonu rozbłysnął. „Masz to?” – napisał Maks. – „Nie śpię. SDR złapał pik o 01:13. Kierunek: wieża.” Lena od razu do niego zadzwoniła. – Ile masz pewności? – zapytała bez przywitania. – Więcej niż lubię przyznawać. Ustawiłem antenę na dach internatu. Pasmo jak żyleta. To wychodziło stamtąd – z góry. I nie było to zwykłe buczenie transformatora. – Wiesz, że jeśli ktoś to nadaje, to albo robi sobie z nas żarty, albo woła – Lena zatrzymała się, wsłuchując w milczenie po drugiej stronie – o coś innego. – Może i jedno, i drugie – odpowiedział po chwili Maks. – Spotykamy się jutro. Biblioteka. Mam coś jeszcze. Następnego dnia cienkie słońce pływało nad dziedzińcem jak niedopita herbata. Biblioteka pachniała kurzem, atramentem i starymi atlasami, które Pani Wrona przerzucała z nabożną cierpliwością. Lena weszła, zdejmując słuchawki z szyi. Maks już czekał między regałami z rękami w kieszeniach bluzy, niecierpliwy, z błyskiem w oczach, który pojawiał się u niego zawsze, kiedy rzeczy zaczynały się składać w układankę. – Zobacz – powiedział, kładąc na stole pomięty kopertopis. – Dostałem to rano. Bez znaczka, ktoś powinien to wrzucić prosto do mojej skrzynki. W środku… Wysunął na stół mały, ciężki klucz na mosiężnym kółku. Na blaszcze przy kluczu ktoś wygrawerował: 1903. – To nie wszystko – dodał. – Był jeszcze liścik. Krótko: „Patrz w półcień, nie w światło. Północ nie bywa sama. — L.” – L? – Lena uniosła brew. – Znasz taką osobę? – Nie taką, która zostawia stare klucze – Maks wzruszył ramionami. – Coś ci to mówi? Lena poczuła, jak w środku zimno zazębia zęby. Jej dziadek, Leonard, od lat nie żył, ale jego inicjały L.K. widniały na grzbiecie zeszytu, który trzymała na półce od dziecka. Był kiedyś fizykiem i uczył w Konarskim. Na niektórych kartkach rysował wieżę zegarową z taką drobiazgowością, jakby w jej murach grały wzory, które tylko on słyszał. – Może to nic – powiedziała, chociaż nie wierzyła w „nic”. – Ale 1903… rocznik przebudowy skrzydła z salą fizyczną. I podobno wtedy powstało coś jeszcze. Pod spodem. – Pod szkołą? – wyszeptał Maks, jakby Pani Wrona mogła czytać z ruchu warg. – Jest jakaś mapa? Podeszli do gabloty z planem budynku. Na planie z 1968 roku korytarze schodziły w dół, ale pewien odcinek był zamazany stemplami, jakby ktoś niechlujnie ukrywał coś markerem. Współczesny plan, wiszący obok, nie zawierał już żadnych piwnic poza kotłownią. – Półcień – mruknęła Lena, patrząc na szkło gabloty. – Cienie są tam, gdzie światło nie sięga. Jeśli jest coś „między” oficjalnym planem a tym starym… Machinalnie przesunęła dłonią po ramie gabloty. Drewno przy lewej krawędzi było delikatnie wyślizgane, jakby ktoś często tam dotykał. Podparła róg i wyczuła szczelinę. Plan dał się wysunąć jak szuflada. Za szkłem, pod mapą, leżała druga – cieńsza, wyblakła fotografia planu na przezroczystej kalce. – Patrz – syknęła. – Tu jest korytarz, którego nie ma na żadnym z dwóch planów. Schodzi pod bibliotekę. I zakończony jest pomieszczeniem oznaczonym „A-13”. – Trzynastka – uśmiechnął się nerwowo Maks. – Chyba dziś lubi nas ten numer. Pani Wrona uniosła wzrok znad kontuaru. Lena szybko wsunęła kalke z powrotem. Nie chcieli tłumaczyć zbyt wiele. Pani Wrona miała talent do pytań. Wieczorem, kiedy szkoła pustoszała, wrócili. Lena ryzykowała, że zamkną ich w środku, ale ściany Konarskiego kryły zbyt wiele, żeby odpuścić. Wiedzieli, gdzie szukać: regał z atlasami sprzed wojny stał na końcu rzędu, przy zakurzonym oknie. Wspólnymi siłami odsunęli go kilka centymetrów. Zaskrzypiał tak, że Lena mimowolnie wstrzymała oddech. Za regałem była ściana. I coś więcej: pionowy pas cegieł, które nie pasowały odcieniem. Kiedy przejechała po nich dłońmi, jedna z cegieł ustąpiła. Za nią połyskiwał zamek, na tyle stary, że aż nieprawdopodobny. – 1903 – wyszeptał Maks i podał jej klucz. Pasował idealnie. Zamek zazgrzytał, ciemność zaskwierczała jak papier w płomieniu, i fragment ściany odchylił się lekko. Za nim zaczynały się wąskie, strome schody. Pachniało kredą, rdzą i suchą lawendą, jakby ktoś dawno temu powiesił tu woreczki, które wciąż trzymały ślad zapachu. – Masz latarkę? – zapytała Lena. – Mam dwie – wyjął z plecaka. – I rejestrator. Ustawiam na nagrywanie. Schodzili powoli, licząc stopnie szeptem. Trzydzieści dwa. Trzydzieści trzy. Po czterdziestym piątym schód urwał się w wąski korytarz o niskim sklepieniu. Rury ciągnęły się pod sufitem jak metalowe żyły. Co kilka metrów na ścianie wisiały porcelanowe lampy, od lat niepodłączone. Na pierwszych drzwiach po lewej ktoś kiedyś nakleił literę A. Pod spodem, prawie starcie, Lena dojrzała cienkie rysy, które ktoś wykonał kompasyem lub ostrzem: kontury tarczy zegara z dłońmi ustawionymi na 01:13. – Kto to robił? – wyszeptał Maks. – Ktoś, kto wiedział, że będziemy patrzeć – odpowiedziała, czując, jak włosy na karku stają dęba. Poszli dalej. Drzwi były zamknięte na klucze, których nie mieli. Korytarz łagodnie skręcał, a wtedy usłyszeli to: bardzo ciche, jakby zasysane przez ściany dudnienie, rytmiczne, niemal jak serce. Rejestrator zareagował: na ekraniku zamigotała linia. Lena podniosła go wyżej, mikrofon niemal dotykał tynku. – Nie powie mi, skąd to idzie – pomruczała. – Kierunek rozmyty. Jakby było wszędzie. – Albo jakby stąd coś słuchało nas – dodał cicho Maks i natychmiast pożałował. Kiedy doszli do końca korytarza, zobaczyli stalowe drzwi inne niż wszystkie. Miały okrągłe okienko grube jak pień starego dębu, uszczelnione czarną gumą. Obok, na tabliczce, wypolerowana dawno temu dłońmi wielu ludzi, odczytali wyblakły napis: ARCHIWUM A-13. – To jest niemożliwe – powiedziała Lena, choć wiedziała, że już dawno przestała ufać temu słowu. Okienko było zamglone od środka, jakby za nim panowała inna pogoda. Lena przyłożyła do niego dłoń. Chłód przegryzł skórę do kości. Z drugiej strony, jakby na odpowiedź, pojawił się ślad – od wewnątrz okna, ktoś przejechał palcem po szkle, odsłaniając w półprzezroczystej mgle pojedyncze litery. Odwrócone, ale wciąż czytelne: N I E S A M I. Lena cofnęła rękę tak gwałtownie, że niemal upuściła rejestrator. W tym samym momencie światło jej latarki zachwiało się i zgasło. Latarka Maksa zachrobotała, przygasła, znów rozbłysła, jakby baterie bały się tego, co jest przed nimi. – To musiało się omsknąć – wymamrotał, ale głos mu zadrżał. Z głębi za drzwiami dobiegł miękki dźwięk, jak włączający się gdzieś daleko projektor filmowy. Nad ich głowami coś przeszło po rurach – ciężko, odważnie, z nieśpiesznym zamiarem. W ciszy po tym kroku Lena usłyszała echo własnego oddechu i zabłąkane tik-tak, choć żaden zegar tu nie chodził. – Słyszysz? – spytała i przycisnęła ucho do zimnego metalu. Wibracja przeszła przez nią jak słowo w innym języku. Maks skinął głową i wskazał brodą na zamek. To nie był zamek na klucz, lecz stary mechanizm z czterema pokrętłami, każde z literami alfabetu. Ktoś dawno temu nakleił nad nimi krótką sentencję: „Patrz w półcień, nie w światło”. – To znów ten cytat – wyszeptał. – Myślisz… – Że to… – Lena przełknęła ślinę. – Że ktoś prowadzi nas tu krok po kroku. W kieszeni zawibrował jej telefon. Ekran rozjaśnił się na sekundę i od razu pociemniał. Brak sieci. Brak czasu: zegar na wyświetlaczu drgnął, mignął 01:13 i zgasł na dobre. – Nie – powiedziała do ciszy. – Jest dziewiętnasta. Wiedziałabym. Ktoś nad nimi poruszył się znowu. Tym razem usłyszeli wyraźniej: skrzypnięcie, trzask, powolne zejście po schodach, jakby stary but zsuwał się po posadzce. Maks zadrżał, ale wyprostował się i przyłożył palce do pierwszego pokrętła. Lena wzięła głęboki oddech i pochyliła się nad mechanizmem, próbując złożyć w całość wszystkie podpowiedzi, które zostawiono im na drodze. A wtedy po drugiej stronie okna, w mgle, oprócz liter pojawił się kontur kogoś stojącego bardzo blisko szkła, jakby tylko milimetry dzieliły ich od spojrzeń. Drzwi zaskowyczały cicho, jakby próbowały zawczasu uprzedzić, co się stanie, gdy pokrętła ustawią się we właściwym słowie.


Author of this ending:

Age category: 16-17 years
Publication date:
Times read: 38
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.