Echo z sali gimnastycznej
Zaczęło się od kartki przy mojej szafce. Biała, wąsko wydrukowana, z wersami, które znałam aż za dobrze: "Nie śpię, kiedy świat cichnie, bo cisza pyta o zbyt dużo". Moje słowa. Mój plik, który trzymałam na laptopie w folderze, o którym nie mówiłam nikomu.
W korytarzu Liceum im. Wisławy Szymborskiej pachniało kredą i mokrymi kurtkami. Popołudniowy deszcz ściekał po szybie jak zbyt długie przecinki. Kilka osób już stało przy kartce i czytało, podejrzanie po cichu. Zauważyłam spojrzenia, te krótkie, jak trzepot wrony: od tekstu, do mnie, i z powrotem.
Zerwałam wydruk i zwinęłam go w dłoni aż do pogniecionej kulki. Później zobaczyłam następną, przy sali biologicznej. I jeszcze jedną, nad dziennikiem frekwencji. Były oznaczone tą samą drobną czcionką, bez podpisu, bez psich śladów autora. Tylko moje uciekające zdania, wytarte z tonacji, ale wciąż moje.
Wieczorem napisał do mnie Tymon, pierwszy raz od wakacji, odkąd nasze milczenie rozciągnęło się jak gumka recepturka, gotowa pstryknąć boleśnie przy byle ruchu. "Czytałem. To twoje?" — wyskoczyło na ekranie w zielonej chmurce. Odpisałam po długiej chwili: "Nie wiem, co widziałeś". I wtedy przysłał zdjęcie: tafla naszej sali gimnastycznej, sufit załamywany rusztowaniami świateł, i rzutnik, na którym ktoś ustawił zapowiedź: ECHO NOCY — PREZENTACJA OTWARTA, 21:45.
"To dzisiaj" — zadzwonił do mnie zanim zdążyłam napisać, że to jakiś chory żart. Słyszałam w jego głosie ten dawny, zacięty spokój, którym oswajał nawet najgorsze sprawdziany. — "Wpadł mi plakat przez drzwi do klubu filmowego. Nie ma podpisu, ale to nie przypadek. Jeśli to twoje teksty, ktoś ich użyje. Mogę otworzyć od zaplecza. Spotkajmy się o dwudziestej pierwszej za salą. Weź bluzę. Tam zawsze zimno".
Przez pół godziny leżałam na łóżku, mierząc wzrokiem sufit, jakbym miała znaleźć tam jakąś odpowiedź w formie wzoru z matematyki. "Może to nie o mnie" — podszeptywał rozsądek. Ale kulka papieru w plecaku przypominała, z każdym krokiem po mokrych płytkach, że nic nie jest tak proste. Mama zapytała z kuchni: "Wracasz do szkoły? Jeszcze przecież pada". Skinęłam tylko, sznurując buty, obiecując sobie, że wrócę zanim zacznie się cokolwiek, zanim cokolwiek uruchomi się bez możliwości cofania.
Plac za salą gimnastyczną był ciemniejszy niż zwykle. Lampy nad boiskiem ledwo jarzyły się bursztynowo, a liście klonu robiły w powietrzu bezradne ósemki. Tymon już czekał, wsunięty w ciemną, za dużą kurtkę. Zobaczyłam, jak ściska w dłoni pęk kluczy.
— Myślałem, że nie przyjdziesz — powiedział, nie patrząc mi w oczy, jakby to było nakrycie do stołu, które trzeba wykonać dokładnie, bez rozlewania emocji.
— Przyszłam — odpowiedziałam, i w tym jednym słowie zmieściło się to wszystko, czego nie powiedzieliśmy sobie przez ostatnie miesiące: mój upór, jego zawód, nasze niezdarne przeprosiny. — Pokaż mi.
Minęliśmy metalowe drzwi od zaplecza, które zawsze zacinają się na trzynastej minisiekwencji ruchu klucza. Tymon trafił od razu, jakby robił to setny raz. Przeszliśmy wąskim korytarzem, gdzie ściany pamiętały tyle turniejów, co potu, i zapach gumowej nawierzchni uderzył we mnie falą wspomnień. W odległej części budynku sprzątaczka odkurzała rytmicznie, jak metronom, który ktoś zostawił włączony.
Weszliśmy na salę. Mrok zawisł pod sufitem, rozgryźć go można było jedynie wachlarzem bladego światła, który wychodził z rzutnika. Na środku parkietu stała składana trybuna, jeszcze złożona. Na ekranie migotał tytuł i odliczanie: 00:08:17. Ktoś to ustawił, ktoś to zostawił. Nikt z nas nie lubił „ktoś”.
— Nie chcesz zgłosić tego nauczycielom? — wyszeptał Tymon, jakby mury miały uszy. — Wiem, brzmię jak szkolny radiowęzeł, ale cokolwiek to jest, może być... no, nie w porządku.
— Zanim ktokolwiek się tu zjawi, pójdzie live — odpowiedziałam. — Nie dam się oglądać jak wystawa przyrodnicza.
Podskórnie byłam wściekła. Wściekłość miała kolor ostrzeżenia na sygnalizatorze: jeszcze chwila, a trzeba biec. Podeszliśmy do stolika technicznego. Leżała na nim lista przyłączeń, długopis z logiem szkoły i pendrive, czerwony jak kropla po ugryzieniu warg. Dotknęłam go, a wtedy rzutnik zaskwierczał i na ekranie pojawiło się pierwsze zdanie: "Połykam łzy, żeby nikt nie słyszał ich deszczu". W gardle zaschło mi jak po pięciu kilometrach bez wody.
— To twoje — Tymon nie pytał.
— Nigdy tego nikomu nie pokazywałam — wyszeptałam, i to zdanie rozprysło się jak porcelana o parkiet. — Nie wiem, skąd to... — urwałam, bo głośniki na ścianach przeżyły własne przebudzenie. Najpierw szum, potem cichy trzask, jak rozpinany suwak, a potem — mój głos. Mój, bez wątpliwości, ze wszystkim, co w nim rozpoznaję: miękka chrypka po chorobie, ten śmiech, który w połowie zdania zmienia się w szept.
— Przestań — powiedziałam do sprzętu, do powietrza, do kogokolwiek. Rzuciłam się do laptopa, który ktoś zostawił otwarty na stole realizatora. Zastygłam. Na pulpicie wciąż był mój plik: MAJA_zwierzenia.docx. Zmieniona nazwa: ECHO_MAJA. Kursor poruszył się, choć go nie dotykałam. Jakby czyjaś ręka była przede mną, tylko niewidzialna. Z paska narzędzi zaczęły znikać ikony, jedna po drugiej. Na górze okna mignęło: użytkownik: gość.
— Ktoś to steruje zdalnie — Tymon obszedł stolik, spojrzał na kable, jakby w kablach była odpowiedź. — Odłączymy. — Zanim zdążył sięgnąć po wtyczkę przy listwie, ekran zalała biel, a potem pojawiły się kolejne wersy, tym razem nie z wierszy, a z zapisu rozmowy. Rozpoznałam datę i godzinę sprzed dwóch lat. Rozmowa z nim. Po tym, jak odszedł z naszej grupy teatralnej, bo nie wytrzymał słów, które rzuciłam jak pijana złość. Oddech zawisł mi w klatce piersiowej, ciężki jak zawieszka od kluczy.
— Nie mamy na to czasu — szepnęłam bardziej do siebie. — Trzeba to wyłączyć.
— Idę na balkon — Tymon wskazał na galerię nad salą, gdzie stał mikser oświetlenia. — Może to idzie stamtąd. Wyłączę zasilanie.
— Nie znikaj — wyrwało mi się za szybko, nagle. Nigdy nie prosiłam go o nic od tamtego lata. On skinął, coś jak obietnica przeszła między nami i zniknęła w ciemności. Wbiegł po schodach, a ja zostałam przy stole, słuchając, jak mój głos w głośnikach mówi rzeczy, których już nie chciałam pamiętać, jak: "Bałam się wtedy, że jeśli powiem prawdę, to wszyscy zobaczą, że jestem mniejsza niż udaję".
Palce miałam jak z waty cukrowej, lepkie od naporu. Odłączyłam pendrive. Nic. Przecięłam zasilanie listwy. Wyświetlacz rzutnika zamrugał, jak powieka nad niewygodnym pytaniem, i wrócił do pracy, a mój głos, już nie z rzutnika, a z głośników przy ścianie, powiedział wyraźnie: — Cześć, Maju.
Zamarłam. To nie był cytat. To brzmiało tak, jakby ktoś mówił do mnie teraz, bardzo blisko, jakby stał tuż za zasłoną sceny i widział mój profil, moje zaciśnięte szczęki, moją dłoń na kablu, która nagle wydała się śmiesznie mała.
— Tymon? — zawołałam, bez przekonania. Z sufitu odpowiedziało mi tylko ciche stuknięcie, może but o metalową krawędź, może coś innego. Żółte światło lampy ewakuacyjnej rysowało cienkie prostokąty na parkiecie, a każdy cień wyglądał jak litera, której nie umiem odczytać.
— Cześć, Maju — powtórzyło, tym razem z lekkim śmiechem. — Wreszcie jesteśmy wszyscy.
Rozejrzałam się. Nikogo na trybunach. Kątem oka zobaczyłam, że na ekranie pojawiło się nowe okno: folder z nazwą PRYWATNE. W środku miniaturki plików, które znałam aż do bólu: zdjęcia z zeszłorocznej wycieczki, plik z głupią piosenką, którą nagrałam dla siebie w grudniu, i dokument z nieudanym listem do taty, którego nie wysłałam.
— Jeśli mnie słyszysz, przestań — powiedziałam do tej nieobecnej obecności, starając się brzmieć tak twardo, jak twardnieją kolana podczas upadku. — To nie jest twoje.
— A może po prostu powinniśmy porozmawiać — odpowiedział głos, już bez udawania mojego brzmienia. Był obcy, ale dziwnie znajomy, jak echo korytarza, którym chodzisz codziennie. — Sama chciałaś, żeby ktoś w końcu cię usłyszał.
Czułam, jak wzbiera we mnie złość, ale pod nią było coś innego: strach nie przed tym, co usłyszą inni, tylko przed tym, co ja sama usłyszę o sobie. Spojrzałam na zegar nad bramką do sali: 00:02:49. Odliczanie wciąż szło.
— Relikt świetlówek na balkonie — usłyszałam szept z góry. Tymon. Ulga przeszła mi po plecach jak ciepły dreszcz. — Zaraz wyłączę.
— Nie ruszaj — powiedział głos. I wtedy coś kliknęło w zasilaniu, coś małego, szybkie, jak mrugnięcie oka. Światła przygasły o odcień i zgasły światła w korytarzu za drzwiami. W półmroku ekran rozjaśnił się jeszcze bardziej, oślepiając, wymuszając patrzenie. Na środku pojawił się tekst, nie wiersz, nie notatka, tylko proste zdanie: "Wejdź na scenę, sama".
— Nie rób tego — Tymon z góry, bardziej stanowczo, niż mówił kiedykolwiek do mnie. Słyszałam, jak schodzi po metalowych schodkach, pośpieszniej. W nagłośnieniu zaszumiało, jakby ktoś poruszył mikrofonem bardzo blisko membrany.
— Wejdź, Maju — powtórzył głos. — Albo odpalimy wszystko. Całość.
Wyobraziłam sobie, co oznacza "całość". Te pliki, te zdania, rzeczy, które trzyma wszystkie w folderach, bo łatwiej mieć nad nimi pozorny porządek niż wypuszczać je w świat. Płyta parkietu zahuczała pod moimi krokami jak werbel. Zrobiłam jeden, potem drugi. Czułam, jak ziemia jest jednocześnie taka sama jak zawsze i obca jak miasto na mapie, które widzisz pierwszy raz.
— Przestań! — Tymon był już na dole. Wbiegł na scenę z drugiej strony, zderzyliśmy się spojrzeniami w pół drogi. W jego oczach było tyle rzeczy, których nie wzięłam pod uwagę, gdy decydowałam, że poradzę sobie sama.
Wtedy coś zaszurało po kurtynie. Ciężka, bordowa tkanina poruszyła się w miejscu, gdzie kurtyna nie dotykała podłogi. Odruchowo spojrzeliśmy oboje. Pomiędzy fałdami błysnęła mała dioda, czerwona jak nagły wstyd. Dźwięk z głośników urósł do krótkiego, niskiego tonu, od którego zadrżało powietrze, a na ekranie licznik przeskoczył szybciej, jakby ktoś przyspieszył czas. 00:00:09. 00:00:08. 00:00:07.
Wyciągnęłam rękę, żeby odsunąć tkaninę. Czułam pod palcami szorstkość materiału, igiełki kurzu, które uciekają, i chłód blachy gdzieś pod spodem. Drzwi zaplecza zatrzasnęły się z hukiem, jakby przeciąg miał ręce.
— Maju, nie! — Tymon krzyknął, kiedy moje palce wbijały się w fałdę kurtyny, a głośniki, tuż nad naszymi głowami, zagrały pianissimo trzy dźwięki, jak sygnał do wejścia. Ekran w tym samym momencie wyświetlił coś nowego: nagłówek maila, adres odbiorcy, temat: "Do wszystkich". I zanim zdążyłam złapać oddech, licznik zniknął, a na salę spłynął bezlitosny, biały blask.
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?