Did You Know?

Echo, które zna moje imię


Echo, które zna moje imię
Noc była lepka od deszczu, a nasze liceum pachniało kredą, starym papierem i kakao z termosów. Noc Bibliotek. Śpiwory rozłożone między regałami, latarki ukryte pod kocami, szeptane wyznania przetaczające się falami przez biblioteczny gwar. Na biurku pani Anny stał stolikowy mikrofon, wpięty w szkolne nagłośnienie, obok kubek z napisem „Czytam, więc jestem” i talerz z ciastkami, które ktoś piekł za długo i jeszcze pachniały przypaloną krawędzią. Siedziałam na podłodze między działem reportażu a półką z atlasami, czyszcząc struny gitary chusteczką. W sekundach, kiedy mój kciuk sunął po metalowych żyłach, wszystko wokół zwalniało; dźwięk odrywał mnie od tłumu, od spojrzeń, od myśli, które zawsze są o krok przede mną. Maja, moja najlepsza przyjaciółka, kręciła rolkę na szkolnego Instagrama, łapiąc żółte plamki świateł i uśmiechy. Igor, jak zwykle z kamerą przewieszoną przez ramię, polował na potknięcia, z których później sklejał czułe i śmieszne montaże. Nad naszymi głowami wisiały girlandy z papierowych gwiazd, a między nimi — ciche rozmowy o tym, kogo kochamy, czego się boimy, co pamiętamy. Przyłożyłam palce do progów i wybrzmiał ciepły akord. Gotowałam się psychicznie, żeby może, w tej bezpiecznej ciemności, zagrać komuś coś własnego. Przynajmniej refren. Nadal pamiętałam grudniowy szkolny koncert, kiedy moje gardło zacięło się po pierwszym wersie. Szum w uszach, swetry w pierwszym rzędzie, mokre od potu palce. Zeszłam ze sceny i przez kilka tygodni nawet mój cień wydawał się za głośny. Od tamtej pory grałam po kryjomu — o szóstej rano, kiedy szkoła jeszcze nie zdążyła obudzić swoich korytarzy, w magazynku przy sali gimnastycznej, gdzie stał niemłody keyboard z odklejonym klawiszem H. — Lena, wchodzisz na open mic? — Maja pochyliła się nade mną, jej bransoletki zadźwięczały jak miniaturowe deszcze. — Słowo honoru, nikt nie będzie nagrywał bez zgody. Uśmiechnęłam się nie wprost, tam gdzie zaczyna się kącik ust. Odchrząknęłam, ale głos utknął na dnie. Wtedy w głośnikach pierdnęło lekkim sprzężeniem i zamiast kolejnego wiersza z poetyckiego jamu popłynęły dźwięki, które znałam lepiej niż swój podpis. Prostą linią wyrysował się motyw, który grałam tylko wtedy, kiedy byłam sama. Trzy akordy, raz za razem, i przerwa. Potem mój szept, niepewnie, prawie niewyraźnie: „Jeśli kiedyś mnie usłyszysz, nie odwracaj głowy”. Zamarłam, jakby ktoś przycisnął pauzę na moich mięśniach. Maja spojrzała na mnie szeroko, Igor uniósł brwi. Ktoś w kącie podniósł głowę znad śpiwora, a na kilka sekund biblioteka wstrzymała oddech. — To… twoje? — Maja wsunęła dłoń pod moją dłoń, jakby sprawdzała, czy nie drżę za bardzo. Nie odpowiedziałam. Szum przegonił myśli jak wiatr liście po korytarzu. Przeczesałam wzrokiem sufit, głośniki, twarze — szukając czyjegoś uśmiechu, mrugnięcia, czegokolwiek, co wyjaśniłoby, jak strzęp mojej piosenki trafił do szkolnego nagłośnienia. Telefon zawibrował w kieszeni dżinsów. Nieznany nadawca na komunikatorze. Nazwa konta: Echo. Zdjęcia profilowego brak, tylko szare kółko. „Słyszę cię.” „00:17. Zaplecze sali gimnastycznej.” „Nie uciekaj.” Przełknęłam suchość, która nagle przykleiła mi język do podniebienia. Poczułam w żołądku ten dziwny, dobrze mi znany ciężar — mieszaninę wstydu, ciekawości i gniewu. Ktoś dotknął czegoś, co miało być moje. Ktoś włożył ręce do kieszeni mojej ciszy. — Wszystko ok? — Igor przykucnął, zerkając na mój ekran. Zbyt szybko odsunęłam telefon. — Muszę… przewietrzyć głowę — powiedziałam. — Za chwilę wrócę. Maja zmarszczyła brwi. — Chcesz, żebym poszła z tobą? Pokręciłam głową, niezdarnie się podnosząc. Zostawiłam gitarę opartą o regał, jakby ktoś miał pilnować jej za mnie. Minęłam stolik z mikrofonem, poczułam na karku ciepło kilku ciekawskich spojrzeń. Potem był już tylko korytarz — długi, chłodny tunel do środka nocy. Światła awaryjne świeciły zielonym mlekiem, w gablocie odbijały się moje oczy i rząd pokrytych kurzem pucharów sprzed dekady. Na ścianach wisiały plakaty z cytatami o wolności słowa i plakat o wyborze rozszerzeń, który nie schodził, choć już dawno po naborze. Przez szybę w drzwiach sali biologicznej mignęła ciemna sylwetka szkielecika anatomicznego, który w tych okolicznościach miał w sobie coś z chichotu. Mijając salę chemii, przejechałam palcem po kredowym odcisku dłoni na framudze — ślad po wcześniejszych warsztatach. Moje własne dłonie też były w kredzie, jakbym dotąd dotykała czegoś, co dopiero zaczynam rozumieć. „Jesteś?” — kolejna wiadomość od Echo. „Kim jesteś?” — napisałam, po czym skasowałam. Napisałam znowu: „Skąd to masz?”. Wysłałam, zanim znów zdążyłam się przestraszyć. Odpowiedź przyszła prawie natychmiast. „Zanim powiesz, że nie miałaś na to siły: miałaś. Słyszałem. Słyszałam.” Zatrzymałam się. To „słyszałem/słyszałam” było dziwnie podwójne, jakby nie mogli się zdecydować. Jakby byli każdym. „Nie masz prawa” — odruchowo odbiłam na klawiaturze. „Ty też masz prawo brzmieć.” Prawa i brzmienia. Te słowa zderzyły się ze sobą jak dwa wózki w supermarkecie, które ktoś puścił na siebie z rozpędu. Poczucie przekroczenia i wyrwania z kąta, który sama sobie wybrałam. Część mnie chciała zawrócić, schować się w śpiworze, w Majowym śmiechu, w łatwych rozmowach. Druga część już liczyła kroki, dopasowując oddech do rytmu kafelków: cztery na wdech, sześć na wydech. W wejściu do sali gimnastycznej pachniało gumą i kurzem. Parkiet milczał, wygładzony i czarny w tej godzinie. Nad sceną kołysały się siatki, jakby łapały nocne sny. Drzwi do zaplecza były uchylone o szerokość dłoni, a spod nich wypełzał wąski prostokąt żółtego światła. Mój telefon zadrżał jeszcze raz. „Pukasz czy wchodzisz?” Palce zdrętwiały. Dotknęłam klamki; była zimna jak poranny parapet. Wsłuchałam się — najpierw nic, potem jakiś cichy szmer, jak przesuwane po stole papierki. I dźwięk, którego bałam się najbardziej: ledwo zestrojone akordy, dokładnie w tej kolejności, w jakiej grałam, kiedy myślałam, że nikt nie słyszy. Ktoś po drugiej stronie dotykał klawiszy starego keyboardu, myląc się na tej samej odklejonej literze dźwięku, co ja. Jedno wspomnienie napłynęło na drugie: zimowy dzień, mróz, mój głos roztrzaskany o ciszę w auli; wiosna, puste poranki, kiedy liczyłam każdy krok do magazynku; dzisiejszy wieczór, głośniki, szept mojej własnej piosenki wyjęty spomiędzy żeber. Moja złość była jak zimny ogień, który uparcie się tli. „Dlaczego?” — napisałam. Przesunięcie, trzykropek. „Bo czasem trzeba usłyszeć siebie z daleka, żeby uwierzyć, że to jest.” Zacisnęłam usta tak mocno, że poczułam metaliczny smak. Ktoś mnie prowadził jak po niewidzialnej ścieżce naklejonej na podłodze. I to, co czułam, nie było już tylko strachem. Było też wstydem, że na mnie tak działa. I czymś jeszcze: rodzajem upartej ciekawości, tej, która nie pozwala spać, póki nie sprawdzi się, skąd idzie światło. W głowie przesunęły mi się dwa obrazy naraz: ja wchodząca i ja odchodząca. Maja, która zapyta rano: „I?”. Ja, która skręcam to „I” w warkocz milczenia. Przesunęłam palcem po ekranie i samą siebie zaskoczyłam, nagrywając krótkie: „Jeśli to jest gra, nie gram. Ale jeśli naprawdę chcesz pogadać, wyjdź.” Wysłałam. Przed wysłaniem nie odsłuchałam własnego głosu. Już wystarczająco dużo razy rozpadłam się na autotune w swojej głowie. Po drugiej stronie rozległ się lekki trzask, jak odkładany na stół telefon. Muzyka umilkła. Przez szparę zobaczyłam cień. Ktoś podszedł bliżej i na sekundę zamigotał blask latarki, omiatając gwoździe w ścianie, pogniecioną siatkę na piłki, szare pudła z napisem „karnawał — przebrania”. Telefon znów zawibrował, tym razem krócej. Bez słów. Tylko wysłany plik audio: 0:07. Kliknęłam. Usłyszałam swoje imię, wypowiedziane powoli, tak jakby ktoś smakował litery. Nie spieszyli się. Nie bali. „Lena”. Przymknęłam powieki i policzyłam do pięciu. Na sześć znów otworzyłam oczy. Przesunęłam stopę o pół centymetra do przodu i jeszcze o pół. Dotknęłam klamki mocniej. Wszystko we mnie było napięte jak struna tuż przed uderzeniem. Wiedziałam, że jeśli teraz wejdę, będę musiała obejrzeć się za siebie tylko po to, by zrozumieć, jak bardzo nic już nie wróci na swoje miejsce. I — najbardziej zaskakujące — nie czułam, że to coś złego. Światło za drzwiami drgnęło. Zawył gdzieś daleko zbyt zmęczony alarm. Powietrze zatrzymało się między mną a wąskim prostokątem blasku. Wtedy klamka poruszyła się w mojej dłoni z czyjejś strony. Jeden cichy klik, jakby ktoś po drugiej stronie właśnie zdecydował za mnie. Oddech utknął mi w gardle, a moje imię znów zabłysło ekranowym neonem na telefonie, który zadrżał trzeci raz, jakby próbował uprzedzić, co za chwilę zobaczę.


Author of this ending:

Age category: 16-17 years
Publication date:
Times read: 42
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.