Dzwonek, który żartował
Pierwszą rzeczą, którą usłyszeliśmy w poniedziałek o 7:55, nie był zwykły dzwonek. To był beat. Prawdziwy, basowy, z takim wejściem, że nawet pani Genowefa ze stołówki podniosła głowę znad garnka z owsianką, jakby ktoś do środka wrzucił głośnik bluetooth. A zaraz po tym odezwał się głos – ciepły, lekko chrypiący, jakby prowadzący nocnej audycji radiowej. „Dzień dobry, Liceum nr 2 imienia Marii Skłodowskiej-Curie w Zawilcu. Proszę nie biec. Jeśli ktoś biegnie, to wątpię, by było to w stronę sukcesu.”
Przystanęliśmy na korytarzu klasy drugiej C. Róża, która dotąd dopinała swoje glany na dwie pętelki naraz, zamrugała.
— Czy nasz dzwonek ma poczucie humoru? — szepnęła.
— Wygląda na to — powiedział Kamil, już wyjmując z plecaka telefon i odpalając jakąś aplikację, która, jak twierdził, była „do analizy widma”. U Kamila wszystko miało widma: dźwięku, światła, a pewnie i jego humor. Ja jestem Lena. Prowadzimy szkolną gazetkę „Peryskop”. W praktyce to znaczy, że dostajemy za darmo plastikowe koszulki na dokumenty i zniżkę na tonik w bibliotece, bo pani Zosia myśli, że tonik to tusz do drukarki.
Głos wrócił w przerwie po pierwszej lekcji. Tym razem zaczął: „Szanowni, dzisiaj fizyka o dziewiątej. Przypominam: grawitacja nie bierze urlopu. Jeżeli ktoś planował upuścić ocenę, niech robi to z małej wysokości.” Śmiech rozlał się jak herbata po ławce w sali biologii. Nawet pan Marek od WF-u, który potrafi rozpoznać żart tylko jeśli jest rzucony w formie piłki lekarskiej, parsknął.
Pani dyrektor Nowicka nie parsknęła. Wyszła z gabinetu jak okręt, który przecina fale uśmiechów i pozostawia za sobą pianę karteczek samoprzylepnych. — Panie Henryku! — zawołała do woźnego. — Radiowęzeł. Natychmiast. Kto to uruchomił? I KTO pozmieniał sygnały dzwonków?
Pan Henryk pogładził pęk kluczy jak kota i postukał nim o biodro. — Pani dyrektor, ja nic nie uruchamiałem. To samo się mówi — odparł filozoficznie.
W „Peryskopie” mieliśmy zebranie już w drugiej przerwie. Działo się za dużo, by to zignorować. — To idealny temat numeru — stwierdziła Róża, wypisując flamastrem na tablicy szkic nagłówka: „Dzwonek ma głos”.
— Zbadamy źródło — powiedział Kamil. — Radiowęzeł jest w pokoju obok sali muzycznej, ale tam nic nowego. Podejrzewam podsłuch, podpięty gdzieś pod linię. Albo sygnał z zewnątrz, wpięty w starą instalację.
— Prościej — wtrąciłam. — Albo ktoś z uczniów postanowił zamienić naszą codzienność w silnik parowy gadania.
Głos wracał co przerwę, komentując z wdziękiem wszystko: od zagubionej kanapki z awokado („Znaleziono zielone UFO. Świadkowie proszeni o kontakt”) po konkurs matematyczny („Przypominamy: liczby naturalne nie mają uczuć, chociaż zachowują się jakby miały”). Był w tym rodzaj życzliwej ironii, która nie krzywdzi, ale robi z dnia coś ciekawszego.
Około południa przyszedł do mnie liścik. Wypchnięty przez szparę w drzwiach sali polskiego, złożony w samolocik. Rozwinęłam. Litery wyglądały jak z maszyny do pisania, czarne i równiutkie: „Leno, Kamilu. Jeśli chcecie usłyszeć prawdziwy dzwonek, bądźcie o 18:18 przy sali 13. Weźcie banana.”
— Ban… co? — Róża odchyliła się tak, jakby z liściku wyszedł pasikonik.
— Niech zgadnę — rzekł Kamil. — Symbolika. Banan jak uśmiech. Albo kod radiowy. Albo… po prostu ktoś chce nam zrobić banan w kieszeni.
— Banan w kieszeni robi sobie każdy, kto idzie do stołówki po owocowe — mruknęła Róża. — Idziecie?
Poszliśmy. O 18:18 korytarze są ciche jak słoik z paznokciami – nikt nie chce ich otwierać. Światła zapalały się i gasły z lekkim poślizgiem, jakby szkoła brała wdech i wydech. Sala 13, „Pracownia historii”, miała długie, żółte żaluzje i gablotę z zieloną czapką legionisty. Gdy podeszliśmy, zamigotał głośnik pod sufitem, a potem usłyszeliśmy to:
„Dziękujemy za punktualność. Korytarz za salą 13 prowadzi do schodów w dół. Tam proszę przekazać banana osobie upoważnionej.”
— Osobie upoważnionej? — wyszeptałam.
— Jeżeli to jest orangutan, to ja wracam do domu — powiedział Kamil. — Ale spoko. Mam dwa banany. Jeden na wypadek, gdyby upoważnienie trzeba było okazać w dwóch egzemplarzach.
Schodki za salą 13 widywałam rzadko. Prowadziły do korytarza, który pachniał kurzem i lakierem do parkietu – zapomniana część szkoły. Drzwi na końcu miały tabliczkę „Kotłownia — po remoncie. Nie wchodzić.” Kto by nie chciał wejść, prawda?
Zanim jednak dotknęliśmy klamki, zza szafy na mapy wysunął się pan Henryk. — A wy to z jakiej racji? — spojrzał na nas sprawą wewnętrznej Inspekcji Klamek.
— Z racji umowy społecznej. Pomagamy roznosić owoce — wypaliłam, zanim mózg uznał to za zły pomysł. Wskazałam na banana. — Order dla osoby upoważnionej.
Pan Henryk spojrzał na owoc, potem na nas. Westchnął. — Pani dyrektor ma dzisiaj konferencję, więc nic nie widzi. Ale jak zobaczę, że wyciągacie coś, czego nie powinniście, to… — zawahał się. — To wezwę pana Marka i każe wam robić pajacyki aż do matury.
— Rozumiemy — skłonił się Kamil. Wymienił banana na krótkie kiwnięcie głową pana Henryka, które wyglądało jak pieczątka. Drzwi skrzypnęły, gdy je otworzył.
Kotłownia po remoncie była kotłownią bez kotła. Zostały rury, trochę kabli, metalowe regały i zapach betonu, który wciąż pamięta kroki majstrów. W rogu stała tablica korkowa z przyklejoną kartką: „WSPOMNIENIA PO KALORYFERZE”. Ktoś przyczepił do niej spinaczem rysunek serduszka.
— A teraz technika — szepnął Kamil, jakby ktoś tu miał przyłapać go na cytowaniu podręcznika. Wyjął z plecaka małe pudełko z migającą diodą. — Skoro głos idzie przez radiowęzeł, powinniśmy usłyszeć lekkie buczenie linii. Jeżeli jest dodatkowy nadajnik, wykryję. Mniej więcej.
— Boję się tego mniej więcej — przyznałam. — Ale lubię je.
Przystawiliśmy ucho do ściany. Buczenie było. Równe, jednostajne, jak oddech śpiącego potwora. Gdzieś wyżej zawył włączający się alarm stojący przy drzwiach ewakuacyjnych, ale tylko na sekundę, jakby się rozmyślił.
— To jest gdzieś bliżej sceny — powiedział wreszcie Kamil. — Radiowęzeł ma rozdzielnię za aulą. Jeżeli ktoś się podpiął, to tam.
Aula w naszej szkole była starsza niż wszystko. Pachniała kredą i starą kurtyną, którą dziesięć lat temu ktoś chciał wyprać, ale zrezygnował po przeczytaniu metki. Zeszliśmy przez kulisy. Kulisy to takie miejsce, gdzie stają wszystkie rzeczy, które nie dały rady stać gdzie indziej: trzy manekiny, rekwizyt-żyrandol, wiadro po farbie i model układu słonecznego, który był teraz raczej układem niezależnych planet znajdujących się w kartonie po pomarańczach.
— Słyszysz? — spytałam. Przez chwilę, między jednym a drugim piknięciem Kamila, wydawało mi się, że coś się odzywa. Jak trzepot. Jak wzdychanie starych mikrofonów, kiedy ktoś przejeżdża palcem po siatce.
— Jest — potwierdził Kamil. — To ten przewód. Idzie do skrytki za starym pulpitom.
Wskazał na żelazne drzwiczki w ścianie, tak niskie, że trzeba się było schylić, by zajrzeć. „Rozdzielnia teletechniczna” — informował napis, który jeszcze pamiętał czasy, gdy słowo „teletechnika” brzmiało jak obietnica kosmicznej przygody. Klamka była zimna i oporna. Pociągnęłam mocniej, przedramię drżało. Kamil przyłożył się razem ze mną. Drzwiczki ustąpiły, skrzypiąc jak zawiasy w bajce o niedolewie oliwy.
W środku było coś, czego się nie spodziewałam: plątanina kabli, ale poukładana. Na każdym przewodzie naklejka z literą i numerem. Na półce stał kubek z napisem „Najlepszy Realizator Dźwięku”. W kubku — świeże ślady po kawie. Ktoś tu był. Niedawno. Obok pudełko po słuchawkach, instrukcja miksera, a na końcu metalowy case, taki, w jakich wozi się instrumenty. Case był zamknięty na kłódkę z szyframi.
— 0-0-0-0? — spróbowałam.
— Błagam, uczyliśmy się o kombinatoryce. — Kamil kręcił pokrętłami z miną matematyka, który wreszcie znalazł zastosowanie dla trójmianu. — Popatrz na naklejki. Litery są jak plan. D1, D2… To może być data. Albo godzina.
— 1-8-1-8? — spytałam, czując jak głos po korytarzu wraca, jakby ktoś niósł go na patelni — ciepły i gotowy. — Przecież było w liście.
— To byłby najgłupszy i najlepszy kod na świecie — Kamil uśmiechnął się. Przekręcił kółka. 1-8-1-8. Spróbował unieść kłódkę. Zatrzeszczała, ale… nie pękła.
— Szkoda — mruknęłam. — Prawie jak w filmie.
Zanim zdążyliśmy spróbować nowej liczby, rozległ się głos. Ten sam, co rano, tylko bliższy, jakby siedział obok w kulisach, owinięty w czarną kurtynę. „Test mikrofonu. Raz, dwa, raz, dwa. Uwaga na pogłos. Kamil, nie dotykaj tej czerwonej wtyczki, bo będę mówił przez stołówkę. Leno, wdech, wydech. Serce ci bije szybciej niż tempo 120 bpm.”
Zamarliśmy. Spojrzeliśmy na siebie, na kabel, na kubek z kawą, który jeszcze wydawał się ciepły. Głos kontynuował, tym razem ciszej, prawie szeptem: „Jeśli dotarliście aż tutaj, to znaczy, że słyszycie nie tylko dźwięki. Słyszycie też to, co między nimi. Za minutę zaczynam program tylko dla was. Nie spóźnijcie się… bo zaczynam od piosenki, której nie chcecie przegapić.”
Światła na scenie po lewej migotały przez sekundę i zapaliła się jedna, samotna lampa, rzutując na kotłowniany kurz krąg światła jak wyspa na mapie. Kamil odruchowo wyciągnął rękę do kłódki. — Jeszcze jedna próba — szepnął. — Może to nie 1818, tylko…
— Czekaj — przerwał mu głos. — Zanim zacznę, mam jedno pytanie.
Poczułam, jak skórą na karku przebiega mi prąd. Głos zrobił krótką pauzę, tak precyzyjnie, że słychać było jak na sali auli coś tyka, może stary zegar w gabinecie historii. Wtedy ten nieznajomy, uśmiechnięty radiowy głos, tuż obok, powiedział: „Leno, Kamilu… jesteście gotowi usłyszeć, kto mówi do was od samego rana?”
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?