Dzwon z pustej wieży
Poniedziałkowy poranek w naszym liceum pachniał mokrą kredą i świeżo parzoną herbatą. Wieża zegarowa od lat była zamknięta, niby zbyt krucha po remoncie. O 7:17 usłyszałam jednak dzwon, czysty i chłodny, jak kropla na szybie. Nie powinien działać, mówił regulamin, a mimo to mury drgnęły jakby budziły się. Jestem Lena z drugiej C, redaktorka gazetki, więc dziwne dźwięki to mój żywioł.
– Słyszałeś to? – zapytałam Kubę w radiowęźle, gdzie testował nowy mikser. Skinął tylko głową i odtworzył zapis z porannego monitoringu dźwięku na korytarzach. Zerknęliśmy na wykres; fala była idealna, jakby ktoś dzwonił ze środka ściany. Minutę później przyszła anonimowa wiadomość do gazetki: „Wieża nie jest pusta”, z planem skrzydła północnego. Wicedyrektor Nowak przysłał zaraz ogłoszenie o awarii instalacji, choć nikt nie dotykał wieży.
W bibliotece pani Irena wyciągnęła kronikę szkoły, grubą jak cegła i pachnącą kurzem. Między zdjęciami klas z lat dziewięćdziesiątych ktoś zapisał atramentem: „Nie otwieraj 312 o zmierzchu”. Pod stołem znalazłam stary brelok z numerem 312, przyklejony taśmą do blatu. – Nie ma już takiej sali – mruknął woźny Feliks, mijając nas z mopem i unikając wzroku. – W tym skrzydle czas chodzi inaczej, a drzwi lubią pamiętać cudze klucze. Kuba przejrzał księgę szkolnych kluczy i mruknął, że numer trzysetny zakreskowany jest czerwonym flamastrem.
Po lekcjach przeszliśmy za scenę auli, gdzie stara kurtyna skrywała wejście do północnego korytarza. Lampy mrugały nerwowo, a płytki pod stopami skrzypiały jak niewyspane skrzypce. Na jednej framudze widać było pod farbą ślad cyfr, wyraźne trzy, jeden i dwa. Przymierzyłam klucz; pasował, jakby czekał na nas od ostatniego dzwonka sprzed lat. – Jeśli to głupi żart, idziemy prosto do dyrekcji – uprzedził Kuba, ale nie cofnął ręki. Telefon w kieszeni sam włączył latarkę, jakby spragnioną wszystkiego, czego nie powinniśmy oglądać.
Zamek drgnął i drzwi otwarły się na centymetr, wypuszczając strugę zimnego, starego powietrza. W środku migało coś jak projekcja, chociaż nikt nie włączył prądu w tej części budynku. Na tablicy kredowej pojawił się nowy napis, wilgotny i ostry, jak świeżo szeptany. Było tam moje imię i dokładna godzina, równa sekundzie, w której staliśmy w progu. Zanim zdążyłam odsunąć rękę od klamki, dzwon uderzył po raz drugi, jeszcze bliżej. Na powietrzu zatańczył pył i ułożył się w kształt, który oboje rozpoznaliśmy z korytarzy.
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?