Did You Know?

Dwunasta Trzecia


Dwunasta Trzecia
W południe, dokładnie o 12:03, Srebrnik przestał oddychać. Wiatry ucichły tak nagle, jakby ktoś ściszył je jednym ruchem, a dźwięk tramwajów wślizgnął się w wąskie szczeliny między kamienicami i już nie wrócił. W oknach zatrzymały się firanki, kałuże odbiły nieruchome niebo, a gołębie zawisły na półskrzydłach nad rynkiem, jak wycięte z papieru. Zegar na wieży ratusza zablokował się na 12:03 i zabrał ze sobą wszystkie inne — na przystankach, w szkołach, w kuchniach. Miasto, które dotąd żyło na pospiesznych wdechach, nagle usiadło, wpatrując się w jeden nieruchomy przecinek czasu. Lena stała wtedy w Pracowni Napraw Nieba, wśród ram rozsianych po stołach, rozpiętych między nimi jak pajęczyny z nikłego srebra. Nad stołem unosiły się delikatne skrawki ciemności z wpiętymi w nią drobnymi świecami — mapiści nazywali je kaluszami konstelacji, nieprzyszytymi jeszcze do właściwych miejsc na niebie. Pachniało rozgrzaną miedzią, kurzem księżyca i starą kalafonią. Mistrz Remigiusz, w śmiesznie krzywej kamizelce, pochylony był nad rozsypaną Plejadą, kiedy w warsztacie zrobiło się tak cicho, że słyszała własny puls w palcach. — Nie dotykaj — powiedział Remigiusz bez podnoszenia wzroku, choć niczego nie dotykała. Miał ten zwyczaj: wymawiać słowa, które przychodziły sekundy przed wydarzeniami. — Teraz będzie spadek. Niebo nad Srebrnikiem nie miało zwyczaju upuszczać czegokolwiek. A jednak powietrze drgnęło, jakby ktoś pstryknął palcami, i do warsztatu, przez uchylone okno, wpełzł śpiew. Nie był to śpiew ptaka ani człowieka; brzmiał jak cienka metalowa linia przeciągnięta przez palce, jak mrużone światło, jak woda, która pamięta swój kształt. Lena poczuła go między łopatkami i wiedziała, że to nie ona drży, tylko rzeczywistość wokół. — Dworzec — szepnął Remigiusz, w końcu podnosząc głowę. Jego oczy, zwykle śmiesznie łagodne, teraz były ostre jak igły. — Stary Szklany. Zanim inni się zorientują. Zanim inni — czyli Wydział Zbieżności, urzędnicy w grafitowych płaszczach, którzy zjawiali się zawsze wtedy, gdy coś odchylało się od prostego toru. Ludzie od miary i porządku. — Weź to — Remigiusz wsunął Lenie w dłoń cieniutki stalowy drut. Na jego końcu połyskiwała maleńka kulka światła uwięziona w węzeł. — Na wypadek, gdyby trzeba było coś naszyć w biegu. — A pan? — Dołączę. Muszę zamknąć mapę, zanim się rozsypie. Nie dołączył. Kiedy Lena wracała wzrokiem do stołu, rem na jego placu był już pusty, krzesło kołysało się jeszcze lekko, jakby wstał przed chwilą. Na blacie zostały dwa słowa, zapisane na odwrocie faktury za sprzed miesiąca: „Nie pozwól milczeniu złapać tchu”. Wybiegła z Pracowni, prawie wpadając na Antka, który czekał pod bramą. Miał włosy w kolorze mokrego węgla i płaszcz cały poplamiony farbą w ptasie skrzydła. Na łydce, pod podwiniętą nogawką, widać było tatuaż: wędrujący pas czarnych jerzyków. — Słyszałeś? — spytała bez przywitania. Antek skinął głową i wskazał brodą w stronę nieba. Nad miastem widniała cienka, prawie niewidoczna rysa, jakby niebo przeciągnięto zbyt ciasno i pękło w miejscu, gdzie trzymało się najgorzej. A potem usłyszeli to sam — ten sam metaliczny śpiew, teraz wyraźniejszy, prowadzący ich przez ulice, które stały się scenografią wstrzymanego przedstawienia. Szklany Dworzec w Srebrniku zawsze wyglądał, jakby był bardziej wspomnieniem niż budynkiem. Jego hala, z dachem z matowych płyt, zatrzymywała w sobie stary chłód i fotografie ludzi, którzy tu czekali, odchodzili, wracali. Dawno go zamknięto; a jednak nocami ktoś rysował na jego ścianach ptaki, które się nie bały — Lena wiedziała, czyje to były ptaki. Teraz ptaki wydawały się patrzeć na nich z farb, wyciągając szyje ku rysie na niebie. W środku ktoś potłukł zegar. A może zegar sam pękł od próby poruszenia się na opornym czasie. Płyty na posadzce były popękane, jakby coś z dużą prędkością spróbowało przejść przez kamień. Pośrodku dawnej hali, tam gdzie kiedyś wisiała tablica odjazdów, leżał odłamek. Był czysty jak kropla szkła, a jednak nieprzeźroczysty — otulała go cienka mgła światła, jak skóra. Nie parzył, gdy Lena podniosła go ostrożnie; pod palcami czuła chłód i ruch, pulsienie, jakby ten kawałek nieba oddychał. Na jego powierzchni doznała drapania znaków: delikatnej siatki graweru, przypominającej mapę rzek. — Słyszysz to? — zapytała. Głos wydawał się zbyt głośny w tej nieruchomej hali. — Tylko trzaski — odpowiedział Antek, odwracając się w stronę tablicy. — I… patrz. Tablica, która od lat pokazywała tylko przestawione litery i niedopalone miejsca, zadrżała. Szarość zunosiła się, cyfry migotały. Pojawił się napis: „Skarga 03: Dolne Niebo — tor 9”. Godzina odjazdu pulsowała rytmem, który zrównał się z biciem serca Leny. Dziewczyna spojrzała na Antka. Spojrzał na nią. Żadne z nich nie żartowało. — Tor 9 nie istnieje — stwierdził Antek, ale już szli ku końcowi hali, tam, gdzie brudny mur zasłaniał kiedyś wejście do zamurowanej części peronów. Farba ptaków pękała pod ich dłońmi, gdy odrywali cienkie, kruche łuski tynku. Za nimi ukazały się drzwi — metalowe, ciche, z rękojeścią w kształcie zamkniętego oka. Odłamek w dłoni Leny poruszył się i zapiał cienkim tonem, który znalazł właściwą strunę w powietrzu. Drzwi odpowiedziały westchnieniem. Zamek miał kształt, którego nie widziała w żadnym warsztacie: bardziej przypominał węzeł splątanych wstążek niż mechanizm. Zanim zdążyła coś zrobić, odłamek wysunął jej się z palców, zawisł na moment i postukał lekko o metal. Kształty na jego powierzchni zaświeciły, jakby krew dalej biegła. Zamek przesunął się o milimetr. Lena zatrzymała dłonią odłamek i wsunęła do kieszeni. — Jeśli jest tor, zobaczmy tor — powiedziała, czując, jak w gardle rośnie jej suchość, ten rodzaj suchości, który pojawia się w chwilach, gdy decyzja jest już podjęta, a ciało dogania rozum. Drzwi ustąpiły bez jęków. Za nimi było chłodno, jak w piwnicach, gdzie leżakują słowa. Schody prowadziły w dół. Każdy stopień brzmiał inaczej pod ich krokami; jeden jak szkło, inny jak drewno, trzeci jak oddech. Im niżej schodzili, tym bardziej powietrze pachniało wodą. Antek świecił latarką z telefonu, ale światło odbijało się od ścian jak od tafli, wracając do nich z opóźnieniem, jak echo światła. Korytarz kończył się peronem. Nie takim jak te u góry. Tutaj, zamiast tablic i ławek, były pływające świetliki zamknięte w szklanych bańkach. Z sufitu zwisały nitki — cienkie, jakby ktoś przędł pajęczą przędzę z samej nocy. Woda płynęła równolegle do toru, tworząc cichy kanał o czarnej powierzchni. Słychać było cichy pomruk — nie maszynowy, bardziej jak mruczenie dużego kota, który śni. Tor dziewiąty był torami tylko umownie. Zamiast stalowych szyn biegły dwa pasy ciemnego połysku, jakby ktoś ułożył kilometry wyprasowanego obsydianu. Nad nim zbliżało się coś, co nie jechało, nie płynęło i nie leciało — zjawisko o kształcie pociągu, z wagonami z przydymionego szkła, w których poruszały się cienie tak delikatnie, jak poruszają się słowa na końcu języka, zanim zostaną wypowiedziane. — Lena… — Antek wciągnął powietrze tak, że zabrzmiało to prawie jak śmiech, ale wcale nie było mu do śmiechu. — Wiesz, że to zły pomysł, prawda? — Oczywiście — odparła i uśmiechnęła się krzywo. — Ale zły pomysł, który się już wydarza, jest lepszy niż żaden. Pociąg zatrzymał się bez dźwięku. Drzwi nie miały szpar ani klamek. Przez szkło widać było wnętrze: siedzenia jak zgięte liście, półki pełne pustych futerałów po instrumentach, lustra, w których nie odbijali się oni, tylko nigdy nie wysłane listy. Na jednym z siedzeń spoczywała kasetka na pozytywkę — identyczna, jak ta, którą przy łóżku trzymała niegdyś mama Leny. Dziewczyna poczuła, jak coś w jej brzuchu osuwa się w dół, ciężkie i uparte. Jej mama zniknęła pięć lat temu, w noc, gdy z nieba odłączono trzecią część Perseusza. Nikt nie umiał odpowiedzieć na żadne z pytań. Przez pięć lat Lena ćwiczyła ręce, by nie drżały, gdy łata konstelacje. Przez pięć lat nie pytała głośno. Teraz kasetka leżała tam, jak obietnica, której nie wolno dotykać. Świetliki na peronie zaczęły trzepotać, jakby w korytarzu pojawił się przeciąg, chociaż powietrze nie poruszyło się ani o milimetr. Coś, co mogło być konduktorem, wysunęło się z pierwszego wagonu. Miało postać sylwetki, która nie wypełniała powietrza ciałem, tylko cieniem, ubranej w długi płaszcz zszyty z potłuczonych odbić. Zamiast twarzy miało powierzchnię polerowaną jak tafla jeziora przed burzą. Gdy nachyliło się w ich stronę, Lena nie zobaczyła siebie, ani Antka — zobaczyła kogoś, kto kiedyś ostatni raz całował ją na czole, zanim zgasła lampka nocna. Wyciągnęła rękę, ale Antek chwycił ją za nadgarstek. — Nie dotykaj — powtórzył cicho słowa Remigiusza, choć nie wiedział, skąd je zna. Cała hala pod peronem zadrżała niewyczuwalnie, jak wdech, który próbuje w końcu nadejść. Tablica nad torami rozbłysła jeszcze raz; czas z 12:03 przesunął się o sekundę do tyłu i wrócił, zostawiając po sobie lekki ślad, coś w rodzaju smugi po spadającej gwieździe. Odłamek w kieszeni Leny poruszył się tak gwałtownie, że poczuła ciepło przez tkaninę. Zanim zdążyła go powstrzymać, wydostał się, mignął między ich dłońmi i wbił się w gładką powierzchnię drzwi, jak kropla, która znalazła szczelinę. Cisza nie była już ciszą — wypełnił ją niski, rosnący dźwięk, w którym wybrzmiało czyjeś imię. — Lena — powiedziała hala głosem wielu ludzi naraz. Drzwi pociągu, dotąd niewidoczne, rozsunęły się bezszelestnie. Z wnętrza buchnął chłód niespotykanego powietrza, pachnący ozonem i jesiennym mchem. Światła w wagonach przygasły, jakby przygotowywały miejsce na czyjeś wejście. W tym samym czasie, gdzieś za ich plecami, na schodach, dało się słyszeć echo kroków — równych, odliczanych, jakby ktoś mierzył nimi dystans między „jeszcze” a „już”. — Mamy jedno wejście — odezwał się konduktor bez ust, choć nikt nie widział, żeby poruszał się materiał. — Bilet wydrukowano. Czas… na chwilę nas polubił. Antek ścisnął jej dłoń mocniej. Lena poczuła puls pod skórą tam, gdzie od dziecka miała cienką, mleczną bliznę na nadgarstku w kształcie łuku — pamiątkę po zbyt gorącej mapie Oriona. Blizna zapiekła jak nowe światło. Pociąg czekał; dźwięk rósł i rósł, jak nabrzmiewający deszcz. Ktoś na schodach przyspieszył, równe kroki zamieniły się w bieg. Lena zrobiła pół kroku naprzód. Wówczas z wnętrza wagonu odezwała się pozytywka. Melodia, którą znała lepiej niż swoje imię, popłynęła w stronę peronu, a z lustra konduktora, na sekundę krótszą niż mrugnięcie, wyłoniła się czyjaś dłoń, ta, której nigdy nie miała już dotknąć — i zatrzepotała w powietrzu, jakby docierała do nich przez wodę. — Jeśli wejdziesz, nie będziesz już mogła udawać, że nie wiesz — szepnął Antek, ale kiedy Lena odwróciła głowę, zobaczyła w jego oczach to samo, co dudniło jej teraz w klatce: pragnienie, żeby wreszcie przestać stać w bezruchu 12:03. Z korytarza dobiegł szept urzędowych głosów, zimnych i praktycznych. Cienie na ścianie skleiły się ze sobą. Pociąg poruszył się o milimetr, cierpliwie, jak ktoś, kto nie wybacza spóźnień. Świetliki zgasły naraz i zapaliły się ponownie, tym razem w kolorze głębokiego błękitu. Melodia pozytywki przybrała wyższy ton, ostrzejszy, wołający. Drzwi, w których tkwił odłamek, zaczęły się domykać powoli, jak powieki kogoś bardzo zmęczonego. — Lena! — zawołał z góry głos, który znała z bezsenności i z poniedziałkowych poranków, głos należący do świata na powierzchni. — Stój, natychmiast! Zegar w jej głowie drgnął. Czas, który dotąd nie przepuszczał powietrza, zrobił małe okienko. Pociąg czekał, kroki nadchodziły, a odłamek w drzwiach wysyłał w jej stronę pozbawione wątpliwości, jasne uderzenia światła.


Author of this ending:

Age category: 16-17 years
Publication date:
Times read: 39
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.