Dwunasta świeca
Śnieg spadał miękko na Kazimierz, jakby ktoś potrząsał ogromnym sitkiem nad dachami i balkonami. W oknach kamienic paliły się ciepłe, bursztynowe światła, a z którąś klatką schodową wychodził zapach pierników, gdzie indziej – barszczu, pieczonych jabłek, miodu. Maja otworzyła na oścież ciężkie okno w salonie, wpuściła na chwilę mróz, który osadził się brokatem na firance, po czym znów zamknęła, dociskając zamek. Firanka poruszyła się jeszcze raz i zastygła.
– Jak tam, kapitanie kuchni? – Tymon wszedł z korytarza z naręczem drewnianych podkładek pod garnki i z sosenkowym igliwiem we włosach.
– Barszcz gotowy, uszka czekają, karp marudzi w galarecie – odparła Maja z uśmiechem, który był trochę przyklejony, ale miękł ilekroć spoglądała na stół. Biały obrus leżał idealnie, talerze błyszczały, a pośrodku paliło się jedenaście świec w rozmaitych lichtarzach: mosiężnych, ceramicznych, w cienkich szklankach po jogurcie z lat dziewięćdziesiątych.
Dwunaste miejsce było nakryte najstaranniej. Na lnianej serwecie leżał opłatek, a na nim gałązka rozmarynu. Sztućce ktoś wypolerował tak, że w łyżkach odbijał się cały żyrandol jak kilkanaście zagubionych księżyców.
Babcia Stefania, owinięta szalem w kolorze porannej kawy, siedziała w fotelu przy komodzie i kręciła pokrętłem starego radia. Z trzeszczenia, świstów i zaskakujących pisków wyłonił się sopran, a za nim „Bóg się rodzi” – trochę zdyszane, jakby śpiewali zza śnieżnej zasłony. Babcia przymknęła oczy i kołysała się prawie niewidocznie.
Maja wpatrywała się w kopertę leżącą na komodzie, obok mierzącego czas zegara z drewnianym wahadłem. Koperta była kremowa, z drobnym, granatowym emblematem poczty, a w prawym górnym rogu – dzisiejsza data. Adres napisany piórem, odręcznie, charakterem pisma, którego nie dało się pomylić: duże J z zawijasem, spadające y. Dwa lata minęły, odkąd Dziadek Jan odszedł, a jednak to jego litery, jego tusz, jego krój. Na miejscu pieczęci – plamka, jakby ktoś zamknął kopertę żelazkiem.
– Otworzymy? – Tymon stanął obok Maji, przeżuwając kawałek makowca, który niepostrzeżenie wyciął z blachy. – Już pierwsza gwiazdka jest. Mam dowód w aplikacji astronomicznej.
– Bez aplikacji widać – odparła Maja i dotknęła palcem krawędzi koperty. – Ale tak… teraz.
Papier zasyczał cicho, kiedy przejechała nożem do listów. W środku była kartka, pożółkły arkusz z cienkimi liniami, i coś cięższego, co dzygnęło miękko o blat komody. Mały, mosiężny kluczyk, związany czerwoną nitką.
„Maju” – zaczynał list. – „Jeśli to czytasz, to znaczy, że Święta znów przyszły tam, gdzie trzeba. Dwunastą świecę wstaw do kielicha i postaw naprzeciwko starego lustra. Lustro ustaw tak, żeby widziało okno. O północy zapukają trzy razy. Nie bój się. Poproś gościa do stołu. Nie mnie szukasz, a siebie. – J.”
Maja przeczytała zdania po cichu, a potem drugi raz na głos, jakby sprawdzając, czy nabiorą innego znaczenia. Tymon wyciągnął rękę po kluczyk, ale cofnął, bo metal był lodowaty.
– Ktoś robi sobie żarty – mruknął. – Albo… dziadek zrobił je wcześniej. Wiesz, mógł zostawić to u znajomego na poczcie.
– Dziadek nie robił żartów na Święta – odparła Babcia Stefania bez otwierania oczu. – Ale lubił zagadki. Połóż ten klucz na obrusie. Niech sobie przypomni dom.
Maja wzięła lustro ze ściany. Było owalne, w orzechowej ramie, z delikatnym wytarciem na dole od wielu rąk. W dzieciństwie wpatrywała się w jego głębię, żeby zobaczyć coś więcej niż tylko swoją twarz. Zawsze wydawało jej się, że w srebrze jest schowane drugie okno, takie, do którego nie potrzebuje się klucza. Ustawiła lustro na komodzie tak, żeby naprzeciwko niego było okno wychodzące na ulicę.
Tymon przyniósł kielich po winie, przejrzysty, z cienkiego szkła, i wstawił do niego świecę. Maja poprawiła ją z nabożnym skupieniem, palce miała odrobinę drżące. Zgasiła światło elektryczne i salon zatonął w brązach i bursztynach, w mruganiu lampek na choince i w ciepłych kręgach świec.
– Ty powinnaś ją zapalić – powiedział Tymon. – Skoro list był do ciebie.
Maja odłamała kawałeczek siarki z końcówki zapałki. Ogień zapalił się od razu, ochoczo, i kiedy dotknął knota w kielichu, płomień przybrał na moment dziwnie chłodny odcień. Nie niebieski, raczej szklany, jak ogień widziany przez warstwę lodu. Zadrżał, pochylił się ku lustru, jakby je pozdrawiał. A potem zapłonął normalnie, ciepło i jasno.
– No i co? – Tymon rozejrzał się, jakby spodziewał się chóru aniołów, który wyskoczy zza kanapy.
– Teraz jemy – zdecydowała Babcia. – Nic nie przychodzi do pustych brzuchów.
Zasiedli do stołu. Dziesiątki razy opowiadali sobie, co było kiedyś – jak Maja nie chciała zjeść karpia i ukradkiem wsunęła go do kieszeni, a potem przez tydzień nie mogła znaleźć płaszcza; jak Dziadek Jan, jeszcze młody, przyniósł do domu choinkę tak wielką, że gałęzie musiały przejść przez okno, i pół sąsiedztwa trzymało je, żeby nie wypadły na ulicę. Teraz mówili o tym wszystkim jak o ciepłej mapie, którą rozkłada się na kolanach, żeby nie zapominać, dokąd wracać.
W pewnej chwili radio zamilkło. Nie było trzaśnięcia, nie było buczenia, po prostu cisza. W tej ciszy drgnął wahadłowy zegar, raz, drugi, jakby zastanawiał się nad kolejnym krokiem, po czym stanął. Wahadło zostało odrobinę wychylone w lewo, jak palec przyłożony do ust.
– Bez przesady – Tymon wstał, pstryknął w obudowę. Zegar nie zareagował.
Maja zerknęła na okno. Śnieg padał gęściej, uliczne latarnie zamieniły się w mleczne plamy. W lustrze zobaczyła odbicie lampek na choince, strużkę wosku i… coś jeszcze, coś, co nie mieściło się w kącie pokoju. Jakby tuż za jej ramieniem zaczynał się wąski korytarz z kafelkami w kształcie rybich łusek. Klatka schodowa ich kamienicy miała właśnie takie kafelki. W lustrze odbijały się teraz nie tylko one, ale i metalowa poręcz z zadrapaniem na czwartym stopniu – tym, na którym Maja kiedyś upadła w pośpiechu, niosąc doniczkę z wilczomleczem.
– Widzisz to? – wyszeptała, a Tymon przyjrzał się i pohamował odruch żartu.
– Widzę.
Płomień w kielichu pochylił się znowu, nie w przeciągu, ale jakby nasłuchiwał. Maja poczuła, że w powietrzu coś się zmienia – jakby całe mieszkanie wciągnęło powietrze i zatrzymało je, czekając. Oparła dłonie o blat stołu. Pod palcami wyczuła drobne drganie. Położyła na chwilę rękę na kluczyku – był mniej zimny, jakby zdążył już poznać ciepło obrusu.
– O której to miało być? – spytał Tymon ciszej, zerkając na wskazówki zegara, które, choć nieruchome, wciąż mówiły: dwadzieścia dwie po jedenastej.
– O północy – odpowiedziała Maja, ale i ona spojrzała na wiszący na ścianie zegarek z pamiątkowej wystawy. Ten wskazywał 23:58 i również się zatrzymał.
Śnieg nie przestawał sypać. Gdzieś daleko zadzwonił tramwaj, tłumionym, niemal uprzejmym dźwiękiem, jak życzenie „wesołych”. Babcia Stefania podniosła się z fotela i podeszła do stołu. Wzięła opłatek z dwunastego nakrycia, podała go Majce, a Majka ułamała maleńki kawałek i uniosła go, jakby witała kogoś, kogo jeszcze nie widać.
Pierwsze pukanie było miękkie, trzy ciche uderzenia jak dotknięcia palców. Nie zabrzmiało ani w drzwiach, ani w oknie, tylko gdzieś w środku tego, co widzieli w lustrze. Maja spojrzała na Tymona. Ten skinął głową i sięgnął do łańcucha, który zwykle zakładali na noc.
Drugie pukanie było wyraźniejsze, odrobinę wyżej, jakby ktoś znajdował się już na podestach, tuż przy ich piętrze. Dźwięk potoczył się po mieszkaniu i zgasł na zasłonie.
Maja podeszła do drzwi. Chłód bił od nich jak od niejasnego, zimowego pytania. Słyszała, jak babcia za jej plecami szepcze: – Nie bój się. Ktokolwiek to jest, głodny nie będzie.
Dłoń Maji zawisła nad łańcuchem, którym coś lekko szarpnęło od zewnątrz, nie mocno, raczej stanowczo. Na stole kluczyk drgnął i potoczył się w stronę krawędzi. Maja odwróciła się odruchowo, żeby go złapać, ale płomień w kielichu strzelił nagle w górę, cienkim, bezgłośnym językiem, i jego światło odbiło się w lustrze tak jasno, że na moment zobaczyli więcej: nie tylko kafelki i poręcz, ale zarys buta zatrzymanego tuż przed ich progiem, skrawek płaszcza w kolorze granatu, rękę unoszącą się do kolejnego pukania.
Trzeci dźwięk nie był głośny, a jednak przeszył pokój jak srebrna igła. Tym razem nie dobył się z drewna ani metalu, tylko – Maja miała pewność – z samej tafli lustra. Powietrze zgęstniało, łańcuch napiął się jak struna, a kluczyk wysunął się z jej palców i upadł, stukając o parkiet jeden, jedyny raz. Maja chwyciła zasuwę, spojrzała na brata i…
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?