Drzwi w kałuży
Deszcz padał równiutko jak nitki z nieba. Krople stukały w parapet, pluśkały o liście i robiły w trawie tysiące koralików. Zosia miała żółte kalosze i niebieską pelerynę z kieszonką na fasolki, piórka i skarby. Obok niej kroczył Puszek, pręgowany kot z białym końcem ogona, który udawał, że każda kropla to psotna myszka.
Pod blokiem, między drzewami, rozlały się kałuże. Jedna była jak jezioro, druga jak staw w kształcie serca, a trzecia cienka jak wstążka. Zosia skakała z brzegu na brzeg, robiła plask-plask i słuchała, jak woda odpowiada plim-plim.
– Puszek, zobacz! – Zatrzymała się nagle. – Ta kałuża... ona mruga!
Rzeczywiście, przy ławce, tuż obok krzaczka porzeczek, leżała gładka, okrągła plama wody. W środku coś zamigotało jak biedronka w słońcu. Zosia przykucnęła. Puszek usiadł, zawinął ogon i zamruczał pytająco.
Na samym dnie kałuży, jakby pod szybą, Zosia zobaczyła malutkie drzwi. Były tak maleńkie jak jej paznokieć, a jednak doskonale prawdziwe. Miały drewniane deseczki, gwoździki jak kropeczki i klamkę błyszczącą jak pestka słonecznika. W ramie drzwi migotały drobne żyłki ze złota, jak nerwy w liściu. Nad klamką było okienko wielkości ziarnka grochu. W tym okienku mignęło coś błękitnego, jak ogonek ważki.
– Czy ty to widzisz? – szepnęła Zosia. Puszek dmuchnął w wodę wąsami i zrobił krąg fal, który rozbiegł się dookoła jak sruby na stawie.
Zosia urwała najgrubszy liść babki i położyła go na kałuży. Liść zamienił się w łódkę. Popłynął prosto nad drzwi i... zniknął pod powierzchnią. Zosia wstrzymała oddech. Po chwili łódeczka wypłynęła z drugiej strony. Miała na sobie wzór w prążki, jakby ktoś pomalował ją tęczą w paski.
– Oho – mruknęła. – To nie jest zwykła woda.
Na kamyku obok pełzł ślimak. Jego muszla była jak zawinięty cukierek. Zostawiał za sobą błyszczącą nitkę. Nitka układała się w zygzaki, a potem w literki. Zosia zmrużyła oczy. Litery skleiły się w wyraz: „Cicho zapukaj”.
Puszek parsknął cichutko, jakby się zgadzał. Deszcz zwolnił, jakby i on chciał popatrzeć. Z okna trzeciego piętra wysunęła się głowa babci.
– Zosiu, tylko nie wchodź na trawę! – zawołała życzliwie. – I trzymaj się ławki!
– Dobrze, babciu! – odkrzyknęła Zosia. – Jesteśmy przy ławce!
Usiadła na piętach i nachyliła się nad kałużą. Zapukała ostrożnie paznokciem w wodę, raz, dwa, trzy. Woda nie rozbryzgała się. Zadrżała jak lustro. Z głębi dobiegł dźwięk – dzyń! – cieniutki, srebrny, jak dzwoneczek ukryty w szyszkach.
Klamka przy drzwiach roziskrzyła się cieplejszym blaskiem. Przez okienko mignęło znów coś błękitnego, tym razem bliżej. Wokół zrobiło się ciszej. Krople deszczu na moment zawisły w powietrzu, jakby chciały odpocząć. Zapach mokrej ziemi zmieszał się z wonią kakao i żywicy, jak w zimowy wieczór, gdy ktoś otwiera pudełko z bombkami.
Zosia położyła palec na powierzchni wody. Nie była mokra, wcale się nie rozpływała. Była gładka i miękka jak skórka brzoskwini. Dotknęła maleńkiej klamki. Była ciepła, jak gdyby ktoś trzymał ją chwilę wcześniej.
– Mrau? – spytał Puszek, prostując ogon jak wykrzyknik.
– Chyba trzeba spróbować – odszepnęła Zosia. – Tylko delikatnie.
Chwyciła klamkę dwoma palcami. Policzki miała ciepłe, serce biło jej troszkę szybciej, ale nie jak przed burzą – raczej jak przed skokiem na skakance. Puszek stanął na ławce, żeby widzieć lepiej, i ułożył uszy do przodu.
– Raz – powiedziała Zosia do siebie. – Dwa. Trzy.
Klamka drgnęła. Drzwi poruszyły się leciutko, a powierzchnia kałuży rozciągnęła się jak błona mydlana. Świat naokoło przygasł, jakby ktoś przykręcił lampkę. W okienku błysnęło światło barwy porannego nieba. Drzwi uchyliły się na szerokość paznokcia. Spod spodu powiał wiaterek, który pachniał igliwiem, pieczonym chlebem i czymś jeszcze – czymś, czego Zosia nie potrafiła nazwać, a co sprawiło, że palce jej nóg zatańczyły w kaloszach.
Za drzwiami, w miniaturowej szczelinie, widać było trawę tak wysoką jak palec, kołyszącą się jak morze. Po tej trawie, nad nią, przelatywały kolorowe rybki z przezroczystymi skrzydełkami. Z daleka dobiegało tykanie, ale nie zegara – raczej chodzących guziczków: pyk, pyk, pyk.
– Halo? – szepnęła Zosia, zaglądając do okienka. – Jest tam kto?
Z wnętrza odpowiedział ledwie słyszalny chichot i cichutkie „dzyń-dzyń”, jak uśmiech dzwoneczka. Drzwi drgnęły drugi raz, jakby ktoś po drugiej stronie też trzymał klamkę. Powierzchnia kałuży rozjarzyła się i zaczęła rosnąć, jakby ktoś rozciągał ją w górę. Zrobił się z niej błyszczący, okrągły tunel. Krople deszczu, które wisiały nad ławką, poruszyły się równo i spłynęły po jego ściankach jak paciorki na sznurku.
Puszek podrapał łapą powietrze, spróbował wsunąć nos, ale cofnął go zaskoczony. Nos zrobił mu się nie kapką mokry, tylko lekko mrowiący, jak po dotknięciu mchu.
– Tylko jeszcze kawałek – powiedziała Zosia, czując, że śmiech dzwoneczka łaskocze ją w kark. – Trzymaj się, Puszku.
Ujęła klamkę mocniej. Drzwi zatrzepotały jak skrzydło. Z wnętrza dobiegł szum, jakby morska fala przeleciała nad łąką. Tunel zamigotał wszystkimi kolorami zachodu słońca. Coś małego i szybciutkiego błysnęło w okienku – pasek błękitu, żółta plamka i różowy cień.
I wtedy klamka poruszyła się sama, jakby ktoś po drugiej stronie nacisnął ją równocześnie. Zosia poczuła lekki, przyjazny nacisk na palcach. Drzwi uchyliły się jeszcze odrobinę szerzej, a ze środka wypłynęło ciepłe światło, w którym zatańczyły srebrne ziarenka. Tuż za nimi, prościutko w stronę Zosi i Puszka, zaczęło się zbliżać coś, co skakało jak guziczek i zostawiało w powietrzu świetlisty ślad...
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?