Drzwi w dębie
Słońce dopiero wspinało się nad łąką, a krople rosy błyszczały jak małe lampki. Lila skakała w żółtych kaloszach, zostawiając na ścieżce śmieszny ślad, jakby ktoś narysował grzebień kury. Tymek szedł obok, ostrożnie niosąc plecak w kratkę. Z kieszeni wystawała mu lupka i mała latarka. Za nimi kroczył pręgowany kot o dostojnym imieniu Pan Migotek. Na szyi miał dzwoneczek, który dzwonił cichutko przy każdym kroku.
— Patrz! — zawołała Lila, stając przy największej kałuży. — Widzisz to?
Tymek schylił się nad wodą. W kałuży odbijało się nie tylko niebo i gałązki. W samym środku migotał kształt okrągłej furtki, jakby ktoś narysował ją ze światła. Po brzegu krążyły mieniące się krople, układając się w ścieżkę.
— To wygląda jak mapa — szepnął Tymek. — Mapa do... no, do czegoś.
Pan Migotek zamruczał, przeszedł przez kałużę suchą łapą (bo koty potrafią dziwne rzeczy), a dzwoneczek zadźwięczał jak wietrzny dzwonek. Lila i Tymek ruszyli za mruczkiem ścieżką z kropli, która wiła się między paprociami, aż dotarli na małą polankę. Na jej środku stał dąb tak wielki, że aż trudno było objąć go wzrokiem. Kora miała barwę kakao, a po jednej stronie rósł na niej puszysty, zielony mech.
— To Dąb Słuchacz — powiedziała Lila z zachwytem. — Babcia mówiła, że wie, co mówią ptaki.
Tymek przesunął dłonią po korze. — A może wie też, co mówią krople? — zastanowił się półgłosem.
Nagle z wysokiej gałęzi opadł na ziemię srebrny liść. Nie był jak inne. Trząsł się delikatnie i pobrzękiwał, jak mały dzwoneczek. Miał w środku dziurkę, taką, przez którą czasem przewleka się wstążkę albo... wkłada klucz.
— Ojej — Lila wzięła liść do dłoni. Był cieplutki, jak świeżo upieczony rogalik. — Posłuchaj, on... tyka!
Rzeczywiście, w środku liścia brzmiało cichutkie: tik, tik, tik. Tymek zmrużył oczy i zauważył w korze coś jeszcze. Pomiędzy dwoma pęknięciami był wąski otwór. Dokładnie taki sam kształt jak srebrny liść.
— To pasuje — powiedział, a jego głos zabrzmiał jak wtedy, gdy układa się ostatni element układanki.
Pan Migotek wskoczył na omszały korzeń i patrzył uważnie, przechylając łepek. Lila, z bijącym sercem, wsunęła liść w otwór. Tiknięcie rozbrzmiało głośniej, a cały dąb westchnął, jakby ktoś obudził go łaskotkami.
Kora zaświeciła miękkim, miodowym blaskiem. Linie sęków i rys, do tej pory zwyczajne, zaczęły układać się w kształty: gałązki, gwiazdki, fale. I nagle, dokładnie na wysokości Lilowych oczu, narysowały okrąg. Okrąg drgnął i przemienił się w prawdziwe drzwi. Były zrobione z drewna tak gładkiego, jakby je ktoś polerował promieniem słońca. Miały maleńką klamkę z pędu paproci i trzy wypukłe kropeczki, jak piegi.
— Ojejku... — wyszeptała Lila. — Czy my naprawdę...
— ...znaleźliśmy sekretną furtkę — dokończył Tymek, choć brzmiał bardziej zdziwiony niż pewny.
Zza drzwi poczuł się zapach ciepłego dymu, jak wtedy, gdy piecze się jabłka z miodem. Pomyśleli przez chwilę, że to może kominek w środku dębu. Pan Migotek uniósł wąsy i kichnął: — Ksi-psik! — a jego dzwoneczek odpowiedział śmiesznym brzękiem.
— Słyszysz? — Tymek przyłożył ucho do drzwi. — Ktoś tam... coś tam stuka. Cichutko. Jak pazurki o... filiżankę?
Lila zachichotała, ale trochę nieśmiało. — Może to ptak w kapciach? Albo jeż, co pije herbatę?
Stukanie urwało się, a zamiast niego dobiegło ich miękkie: puf, puf, jakby ktoś dmuchał na świeczkę i bał się, że ją zgasi. Tymek wyjął z plecaka latarkę, choć słońce świeciło jasno. — W razie czego — mruknął.
— Gotowi? — zapytała Lila. — Na trzy. Raz...
— Dwa... — powtórzył Tymek, szeroko otwierając oczy.
— Mrrr... — potwierdził Pan Migotek, otulając ogonem swoje łapy.
Zanim powiedzieli „trzy”, klamka z pędu paproci sama poruszyła się i drzwi rozchyliły się na szerokość łapki. Z wnętrza wypłynęła wąska smuga złotego światła. Ta smuga położyła się na trawie i potoczyła po Lilowych kaloszach jak ciepły szalik. W powietrzu zatańczyły drobinki, które wyglądały jak maleńkie, przezroczyste motyle.
— Halo? — szepnęła Lila. — Jesteśmy mili.
Z głębi rozległo się ciche westchnienie. A potem, na samym skraju światła, zamigotały dwa małe punkciki. Były jak iskierki z ogniska, ale miały kształt oczu. Mrugnęły raz. Potem drugi. I jeszcze raz.
Tymek przełknął ślinę i ścisnął latarkę. — Ktoś tam jest.
Pan Migotek wyciągnął łapę i dotknął progu. Coś po drugiej stronie odpowiedziało krótkim, niecierpliwym „tup”. Zawiał cieplutki podmuch, pachnący cynamonem i chmurą po burzy.
— Trzy — powiedzieli naraz i Lila sięgnęła do klamki.
W tej samej chwili drzwi uchyliły się szerzej. Światło rozlało się jak miód, a w jego środku poruszył się okrągły cień. Coś małego wywinęło w półkolu ogonek, który zaiskrzył jak świeczka... i wtedy tuż przy progu rozległo się szybkie, zabawne „A-psik!”, po czym zza krawędzi światła wyjrzało coś, co błysnęło jak rozżarzony węgielek i zaczęło wychylać się coraz bardziej...
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?